Szampańskiej imprezy... Taka szampańska to ona nie była, ponieważ szampana wypiłam ciut - ciut. Gdybym wlała w siebie jeszcze szampana, to potem nie doszłabym nigdzie (choć i tak nie mam zielonego pojęcia jak Kaśce udało się mnie zaciągnąć do domu, naprawdę, gratulacje dla niej).
Nie wypiłam dużo, a byłam tak spita, jakbym wytrąbiła ze dwa wiadra wódki. To było koszmarne. Nigdy więcej tyle picia, naprawdę. Chociaż to też tak się zawsze obiecuje i obiecuje, a tak na poważnie to i tak pije się tyle, że głowa boli (rano, oczywiście).
Ale ogólnie było całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy Sylwestra spędziłam poza swoim osiedlem. Było to coś nowego. No i na pewno nowością było męskie towarzystwo, którego często nam brakowało. Ogólnie to była kwestia dość dziwna, ponieważ jak chodziłyśmy do różnych klubów, to płci męskiej nam nie brakowało. A w Sylwestra? Na odwrót... Wyżej wspomnieni
mężczyźni tak naprawdę byli dziećmi. Najstarszy był rok młodszy ode mnie. Ale to się wytnie, naprawdę. Za rok Sylwestra spędzam w Sopocie, z moim M.
W każdym razie, ostatnio w różnych kontaktach z mężczyznami mam potem z rana kaca moralnego. Dlaczego? W sumie to był tylko pocałunek. No ale nie pytajcie, ile ten kandydat miał lat. Eh... Zaczynam zachowywać się potwornie! Obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię, nigdy.
Rano rozmawiałam z M. Miał taki śliczny głos. Uwielbiam go. Jest cudowny. Ja się naprawdę zakochałam. Bo ja naprawdę żałuję tego, co zrobiłam w Sylwestra. Pocieszam się myślą, że gdybym była trzeźwa na pewno bym tego nie uczyniła. Kocham mojego M. Naprawdę go kocham. Cholera, dawno tak nie kochałam.
1 stycznia '07