Nie mogę w to uwierzyć. Całkiem niedawno posprzątałam w swoim pokoju. Przetrzepałam wszystkie półeczki, pokrztusiłam się kurzem i teraz jest cacy. Wzięłam prysznic i odpoczywam w rytmach Radia Eska i Radia Zet.
Przedwczoraj przyszedł mój aparacik. Moje nowe, śliczne dziecko. Jest boski, ma piękny obiektyw i robi śliczne zdjęcia. Miałam poczekać z nim do Wigilii, ale wiadomo, że jestem kobietą niecierpliwą, tak więc otworzyłam go od razu, kiedy znalazł się w moich rękach. Nie, przepraszam... Przez pierwsze piętnaście sekund próbowałam się powstrzymać przed otworzeniem go, ale niestety nie dałam rady. I zaczęło się wielkie pstrykanie. Oczywiście niczego konkretnego, no bo jakie zdjęcia można robić w domu? Artystyczne pudełko po ptasim mleczku, uschnięta i zakurzona już róża, dzwoneczek wiszący na mojej lampie... Aktualnie czekam na choinkę, wtedy zrobię jakieś potencjalnie ładne zdjęcia.
Moje Święta wcale nie są wesołe. Wczoraj zabrali moją babcię do szpitala. Biedna... Ma zapalenie opon mózgowych i nie będzie jej na Wiglii. Ja nie wiem, przecież to jest jakieś okrutne fatum! Jak los mógł tak skrzywdzić człowieka, że każe mu siedzieć w najpiękniejszy (teoretycznie) dzień w roku, w szpitalnym łóżku?! Przecież to jest straszne.
Po Świętach może spotkam się z M. Ciekawe jak to będzie...
23 grudnia '06