Jest godzina piętnasta. Za jakieś piętnaście minut (ach to piętnaście i piętnaście) muszę wyruszyć na przystanek autobusowsy, wsiąść do tegoż środka komunikacji, przejechać jeden przystanek, potem poczłapać chodnikiem i znaleźć się tuż przed domofonem pani Danuty L., która usilnie stara się przygotować mnie to matury rozszerzonej z języka polskiego. Nie chce mi się. Och, naprawdę mi się nie chce. Przez ostatnie kilka miesięcy już tak mam. Potrzebuję odpowiedniej motywacji, a że takowej mi brak to niestety wciąż będę chorowała na
nicmisięniechceidupa.
Jutro jest wigilia klasowa. Nie idę. Powody? Patrz wyżej. Albo nie, nie patrz wyżej. W sumie to chce mi się iść, ale idą akurat te osoby, którym nie mogłabym z pięknym i szczerym uśmiechem złożyć życzeń. Nie płynęłyby z głębi serca. Po co więc się męczyć i być fałszywym? Powiem śliczne
wszystkiego dobrego osobom, które darzę sympatią i ucieknę ze szkoły wraz z Kamilą i jeszcze kilkoma osobami.
Jaka ta opiekunka mojej babci jest nieuważna! Co za kobieta... Żeby zamknąć nas w domu od drugiej strony, żeby nie można było go opuścić? To przecież paranoja. Niech Pani Alinka nauczy się wreszcie zamykać drzwi tak, abyśmy mogli opuścić dom. Teraz pewnie spóźnię się na te korepetycje z polskiego. Pięknie, pięknie.
21 grudnia '06