Tak, i stało się. Opuściłam raz na zawsze mieszkanie, w którym to żyłam piętnaście lat z kilkoma miesiącami. Szkoda mi było, ale jakoś specjalnie nie płakałam. Baaa... W ogóle nie płakałam. No bo za czym? Przecież tam wracam, i to nawet często.
Aktualnie mieszkam na kartonach. Jedyny mebel w moim pokoju to wersalka (nowa!), na której śpię. Szczerze przyznam, że nawet pościel nie jest skompletowana i zamiast prześcieradła używam wielkiej poszewki na kołdrę. W sumie to nie jest źle, wysypiam się i jest git.
W przeciągu tych trzech (tak?) tygodni oprócz samej przeprowadzki trochę się wydarzyło. Odbyło się kilka imprez, w tym urodziny Kamili, potem urodziny Emili i tak jakoś zleciało. Na tych pierwszych byłam z moim lubym. Przesadziliśmy trochę z alkoholem (nic dziwnego, skoro Kamila wszystkim stawiała w takich ilościach, że nikt, oprócz jej znajomych z Akademii Medycznej, nie wyszedł stamtąd trzeźwy). Michał wyznał mi miłość, a ja byłam wniebowzięta.
Niestety moja radość trwała aż do przedwczoraj jak oznajmił mi, że jego promotor zaproponował mu czteroletnie studia w Las Vegas... W jednej sekundzie mój cały świat zawalił się i nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć. Michał jeszcze nie podjął decyzji... Z jednej strony nie chciałabym, żeby jechał, wolałabym, żeby został tu ze mną, ale z drugiej to dlaczego miałabym mu odbierać taką szansę? Jednak wiem, że on tutaj dostał niezłą pracę (w sensie, że w Polsce, we Wrocławiu) , dostał się na studia doktoranckie... I czego można chcieć więcej? On załapał się na tyle szczęścia... A dla mnie on jest jedynym szczęściem i gdyby wyjechał straciłabym dużą część siebie, to smutne.
Michał boi się, że on dla mnie zostanie w Polsce, nigdzie nie wyjedzie a ja za kilka miesięcy do niego przyjdę i powiem mu, że już nie chcę z nim być. Jestem w stanie zrozumieć jego obawy bo sama nie wiem jak zareagowałabym, zresztą nie mogę mu zagwarantować, że tak rzeczywiście się nie stanie, choć ja go bardzo kocham i nie wydaje mi się, żebym w najbliższym czasie z nim zerwała. Mój luby wciąż się zastanawia czy jechać, a raczej lecieć. Sam nie jest pewny czy mnie kocha (a kilka dni wcześniej powiedział, że tak), a mi jest niesamowicie przykro. Szczerze? Nie chcę być nieskromna, ale on sam siebie oszukuje. Dlaczego? Bo po nim widać, że mnie kocha, ale boi się odrzucenia, bo
przecież poprzednie tak robiły. Dam mu czas do namysłu. Albo Vegas, albo ja. Jeśli zostanie (i mam nadzieję, że tak) to już nie będzie musiał mi mówić, że mnie kocha.
-
Widzisz... Bo ty się chyba boisz, że to tobie się odwidzi, a nie mi - stwierdziłam, gdy wczoraj odprowadzał mnie na przystanek, na Dworzec Świebodzki.
-
Gdyby tak było, to już bym z tobą zerwał i załatwiał sobie wizę - odpowiedział, a ja już sama zgłupiałam i nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Wieczór, podczas którego dowiedziałam się o tej propozycji był dla mnie przeklęty. I kolejny wrzesień spędzony na miłosnych rozterkach? Życie jest brutalne... Ostatni wrzesień był koszmarny, mam nadzieję, że ten się taki nie okaże, bo już mam dość płakania za facetami.
A tak na marginesie to jutro komisyjne zaliczenie ćwiczeń z chemii organicznej. Trochę się boję, ale większość już umiem. Mam nadzieję, że nie będzie tak, jak w zeszłym semestrze bo stres to chyba mnie zje w całości. Poczekam aż panowie robotnicy sobie pójdą i douczę się wszystkiego. Ciekawy dzień przede mną, co?
10 września '08
Nie mam ochoty się rozpisywać... Chemii nie zaliczyłam, idę na Uniwersytet Ekonomiczny. Jak to się stało? A no tak, że miałam mieć dopytkę przed całą komisją i niestety tym razem mi się nie udało. A może to i lepiej? Tłumaczę to sobie, że tak miało być, zrobiłam z tym wszystko to, co mogłam.
Wczoraj odwiedził mnie Michał. Tak, przyjechał do mnie i poznał moich rodziców. Zdziwiłam się bo ojciec był niebywale dla niego miły. To znaczy wcześniej go nie widział, więc nie wiem czy mogę powiedzieć, że
niebywale, ale myślałam, że zamknie się gdzieś u siebie na górze albo w garażu udając, że zajmuje się czymś niezwykle ważnym. Czasami tak robił, stąd moje zdziwienie.
A tutaj co? Tato zszedł na dół, zagadał go, pożartowali sobie, poruszali ważne tematy. Całkiem miło mi się zrobiło, bo, jakby nie patrzeć, liczę się ze zdaniem moich rodziców odnośnie tego z kim jestem.
Jadę dzisiaj do Kaśki i Emili, muszę z nimi porozmawiać o moim problemie rodem z Las Vegas, a raczej o tym, że mój luby dostał propozycję wyjazdu tam. Tłamsiłam to w sobie dość długo i mam nadzieję, że jakoś podniosą mnie na duchu, że może mi wmówią, że jednak nie pojedzie? Takie zakończenie oczywiście byłoby dla mnie najszczęśliwsze, ale dla niego? Nie wiem jak to będzie. On moje zdanie zna. Sam pewnie wolałby zostać tu, ale taka szansa nigdy się nie powtórzy. Chyba nie zniosłabym następnej straty. No bo bądźmy szczerzy... Nie można prowadzić przez cztery lata związku na TAKĄ odległość.
Chyba już kończę, bo inaczej nie zdążę na osiemnastą trzydzieści. Głupio tak bo już szesnasta trzydzieści sześć a ja jeszcze niczego konkretnego ze sobą nie zrobiłam. Nawet mama wróciła z pracy. Ale ze mnie leń.
14 września '08
Wczoraj poszłam z moimi laskami do
Creatora. To bez sensu, że teraz potrzebuję około czterdziestu minut, żeby się z nimi spotkać. Oczywiście ja już tutaj nie liczę czasu, który poświęcam na samo fizyczne przygotowanie się do wyjścia. Mowa tu o myciu się, ubieraniu i malowaniu. Ostatnio doszłam do wniosku, że przez wakacje strasznie długo to wszystko robię i muszę koniecznie to zmienić.
Na piwie było jak zwykle, to znaczy tak nijako. Nie to, żeby nie było miło, ale spodziewałam się, iż będziemy same, a nie z całą watahą Anek, Gabryś, Dawidów i Tomków. Z całym szacunkiem - bardzo ich lubię, ale nie w momencie, w którym muszę porozmawiać z moimi przyjaciółkami o dręczącym mnie problemie. Wiadomo o jaki problem chodzi, a raczej o kilka problemów, konkretnie dwóch. To znaczy jeden już nie jest problemem i jakoś z tego powodu niespecjalnie płaczę, ponieważ tego się spodziewałam. Głównie chciałam obmówić z nimi kwestię Michała i Las Vegas. Jakiś cudem udało mi się zostać z nimi na chwilę sam na sam, dlatego usłyszałam co mają na ten temat do powiedzenia.
-
Tak jak kiedyś miałam schizo słysząc lub czytając na temat Trójmiasta tak teraz będzie z Las Vegas - powiedziałam do Kaśki i Emili szczerze nie wiedząc czy mam się z tego śmiać czy też płakać. Najchętniej to drugie, ale to wcale nie jest takie proste.
A tak apropo Trójmiasta to z Marcinem już nie mam żadnego kontaktu. I tu też pojawia sie moja niewiedza - to dobrze czy źle? Ciekawa jestem co u niego słychać, jednakowoż z dnia na dzień coraz mniej mnie to martwi, aczkolwiek nie powiem... Miło by było pogadać z nim chociażby na GG, ale trudno. Na łeb nikomu włazić nie będę. Za bardzo pragnę harmonii między mną a ludźmi, którzy coś dla mnie znaczą lub znaczyli, i to jest chyba moja największa wada.
Michał bardzo zdenerwował się na swoją byłą, tą z którą był najdłużej. Po odprowadzeniu mnie spotkał się na chwilę z jej znajomymi i w tym z nią (i jej chłopakiem, który okazał się całkiem miły, dla Michała oczywiście). Panna Anna zerwała z nim ponieważ stwierdziła, że jest za mało czuły (WTF?) i ma dość informatyków. No cóż... Okazało się, że kręciła ze swoim aktualnym facetem (informatykiem tak swoją drogą) jeszcze będąc z Michałem i przespała się z nim dwa dni przed rozstaniem. Aktualnie Michał nazywa ją (uwaga, niecenzuralne słowa):
Dupy-dająca-jebana-kurwa-anna. Wiem, że to może nie moja sprawa, ale zaintrygowała mnie ta sytuacja. W sumie to nawet specjalnie nie zmartwiłam się tym, że po odprowadzeniu mnie na przystanek zahaczył o małą imprezkę z udziałem jego byłej. Boże... Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaka ja się wyrozumiała zrobiłam!
15 września '08
Wczoraj idąc na spotkanie z Michałem, z kapturem na głowie powtarzałam sobie w myślach:
Ty jesteś nienormalna! Co ty dla tego faceta robisz? I rzeczywiście tak było. Przez pół dnia szukałam wsuwek do włosów, a przez drugie pół próbowałam wyczarować na głowie fryzurę księżniczki Lei z
Gwiezdnych Wojen. Mój Michał ma fioła na tym punkcie, a już szczególnie uwielbia wyżej wspomnianą księżniczkę. Zawsze prosił mnie, żebym się uczesała tak, jak ona. Zawsze powtarzałam, że nigdy tego nie zrobię, że chyba jest śmieszny, że ta fryzura jest okropna. Potem mówiłam mu, że mam za krótkie włosy (a guzik prawda w sumie). Aż w końcu coś mnie natchnęło i stwierdziłam, że zrobię mu tą przyjemność.
Przyjemność ta kosztowała mnie trochę wysiłku, ale jego radość zatuszowała wszystko to, co było złe. Boże... Jak jemu niewiele do szczęścia potrzeba! Patrzył na mnie z takim uśmiechem, dotykał moich włosów...
-
Uważaj, żebyś się nie pokłuł wsuwkami - powiedziałam, ale on nie słuchał. Widać było po nim, że miał ochotę rzucić się na mnie jak dziki zwierz na uciekające jedzenie, ale się powstrzymał bo chciał, żeby było delikatnie i romantycznie. Włączył muzykę filmową z
Gwiezdnych Wojen, na co ja zareagowałam śmiechem, ale on nawet na to nie zwracał uwagi. Miał swoją Leię chociaż na chwilę.
Wiecie, wydaje mu się, że on był taki zadowolony nie dlatego, że w tej fryzurze w jakiś sposób byłam podobna do księżniczki Lei (bo tak wcale nie było), ale dlatego, że wreszcie spełniam jego fantazję, zrobiłam coś, co zawsze chciał. Sam zresztą powtarzał, że poprzednie kobiety czesały się tak dla niego, ale one nic dla niego nie znaczyły, ani on w zasadzie dla nich. Miło, może jeszcze kiedyś zrobię sobie te cholerne
drożdżóweczki na głowie, co by się chłopak ucieszył.
17 września '08
A ja dzisiaj poruszę kwestię siedzenia w domu. Otóż wczoraj właśnie zaszła taka sytuacja, że moim jedynym wyjściem była wycieczka do sklepu (przy okazji z psem), który jest oddalony jakieś pięćdziesiąt metrów od mojego domu. Miałam ogromną ochotę wyjść nieco dalej, najlepiej poza moje aktualne osiedle zamieszkania, aczkolwiek nikt nie wyrażał chęci, aby mnie zaprosić tudzież udać się ze mną.
Pisałam do Michała, pisałam do Kasi, pisałam do Emili, rozmawiałam z Kamilą na GG i co? I nikt nie mógł, bo to miał grypę, bo to za późno, bo to musiał kończyć stronę, bo to, bo tamto, bo sramto. W końcu straciłam nadzieję na jakiekolwiek wyjście. Ba...! W pewnym momencie nawet zaczęłam straszyć, że pójdę sama, ale to nikogo jakoś specjalnie nie wzruszyło.
-
Cześć Agata! My z Emilą dopiero z tych tipsów wróciłyśmy - powiedziała Kaśka gdy odebrałam dzwoniący koło dwudziestej pierwszej telefon. -
Dlatego dzwonię bo nie mogę pisać... Daj spokój, jak chciałam napisać koleżance coś na Gadu-Gadu to musiałam wsuwką! - powiedziała a ja parsknęłam śmiechem. Po co komu piękne paznokcie, które nie dość, że zaraz odpadną to jeszcze są sztuczne i niepraktyczne. Wiem co mówię, sama kilka razy to przerabiałam.
Ale co do kwestii zostawania w domu, w momencie gdy nie ma się na to ochoty... Nienawidzę tego. Czuję się zgnuśniała, zwiędła i odnoszę wrażenie, że nie wykorzystałam w pełni danego mi przez los dnia. Zamiast spacerować po rynku (bo wczoraj miałam niebywałą chęć na jakikolwiek spacer na, powiedzmy sobie, świeżym powietrzu) to ja siedziałam w domu, przez laptopem i odegrałam jakieś kilkadziesiąt partii makao na
Kurniku i zaraz zagram kolejne. Tak, wiem, brutalne, ale niestety prawdziwe. Z drugiej jednak strony cieszę się, że chociaż mam ten Kurnik, bo gdyby jego nie było to chybabym się zanudziła a to nie byłoby wcale takie dobre biorąc pod uwagę, że z Kurnikiem i tak nie jest do końca sympatycznie bo ileż można?
18 września '08
Wczoraj znowu spotkałam się z Michałem. Poszliśmy na spacer. To znaczy poszliśmy usiąść na ławce w parku. Było strasznie zimno, ale wtuleni w siebie nie czuliśmy niskiej temperatury. Martwi mnie jego myślenie. Michał mówi, że już mu się nie chce żyć i nie to, że coś sobie zrobi...
-
Nie, nie to, że ja coś sobie zrobię, bo wiesz, że nie... - mówił -
tylko po prostu nie zmartwiłbym się gdyby mi się coś poważnego stało. - Walnęłam go w ten głupi łeb, za to jeszcze głupsze myślenie. -
No ale co? Studia już skończyłem, będę chodził do pracy... I cały czas to samo! Zresztą, ja już nie mam po co co żyć.
Słuchając jego słów chciało mi się płakać. W pewien sposób czułam się odrzucona i nie omieszkałam go o tym poinformować.
-
Ale moje całe życie nie może się kręcić wokół ciebie - stwierdził, a ja się z tym w stu procentach zgadzam, z tymże ja mu wcale tego nie zasugerowałam, po prostu myśli w zły sposób.
-
Nie wiem czy cię kocham... Ale pociesz się faktem, że jeżeli nie to ze mną jest coś nie tak. - Zamyślił się na chwilę. -
Ostatnio nawet zastanawiałem się czy przypadkiem nie jestem gejem, ale doszedłem do wniosku, że odrzuca mnie widok liżącego się z innym facetem, po prostu nie mógłbym, choć osobiście nic do nich nie mam.
Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Znowu na mojej drodze pojawił się facet, który zaczyna zastanawiać się nad naszym związkiem? Michał oczywiście twierdzi, że gdyby nie wiedział czy chce ze mną być już dawno by ze mną zerwał. A może on po prostu rzeczywiście jest tym wszystkim zmęczony i sam już nie wie co ze sobą zrobić? Wydaje mi się, że to drugie jest całkiem prawdopodobne, każdy w życiu przechodzi kryzys. Pamiętam sytuację z Marcinem, która była równo rok temu... Też nie wiedział co ma ze sobą zrobić, jak się wobec mnie zachować... I jak się to skończyło? No właśnie, skończyło się. Jednak nie mam co porównywać Michała do Marcina bo to dwoje zupełnie różnych ludzi.
Wróciliśmy do domu, leżeliśmy wtuleni w siebie, Michał zmarznięty, z zimnymi (o dziwo, bo zawsze miał ciepłe) rękoma dotykał mojego już zagrzanego ciała. Zjedliśmy jakiś obiad (a raczej kolację, bo było dość późno) a potem położyliśmy się jeszcze na chwilę obok siebie. Usiadłam na chwilę.
-
A teraz spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że nie masz po co żyć - powiedziałam, a jego wzrok powędrował w stronę mojego. Zobaczyłam w jego spojrzeniu ogromne uczucie, nadzieję... Przez chwilę się zawahał...
-
Chyba mam po co żyć... - Sekunda zastanowienia. -
A może coś więcej...?
19 września '08
Wczoraj Kamila zadzwoniła do mnie wykrzykując, że jest na drugim roku medycyny. Ucieszyłam się bo niby dlaczego miałabym jej źle życzyć? Aczkolwiek wiadomo - serce mi się krajało na myśl, że ja nie, ale trudno, jakoś to przeboleję, może nawet znacznie łatwiej niż
jakoś. W każdym razie koło dziewiętnastej wyżej wspomniana Kamila przyjechała do mnie, zostawiłyśmy samochód u jej siostry, po czym wybrałyśmy się do miasta.
Podłą suką jestem i wiem, że nie powinnam mówić Kamili o Michale i Las Vegas, ale musiałam to zrobić, ponieważ bardzo potrzebowałam rozmowy na ten temat akurat z nią. Kamila stwierdziła, że to super, że ona by na moim miejscu powiedziała do niego:
Jak chcesz to jedź. Co z tego skoro to byłoby nieszczere?
-
Stara, jeśli nie wyjedzie - mówi Kamila -
to masz męża...! A jak wyjedzie no to co... No to szukamy ci nowego faceta, nie? Bo to jeden jest? - Parsknęłam śmiechem. Szczerze przyznam, że do końca nie wiem czy to było śmieszne czy ironiczne, bo doskonale wiem, że w stosunku do siebie do końca tak nie myśli. W każdym razie było trochę racji w jej słowach.
Wszelakie smutki i radości zapiłyśmy znaczną ilością alkoholu. Oczywiście nie taką, żeby się zataczać, ale taką, żeby czuć lekką błogość. Całkiem zabawnie było. No bo w jaki sposób miało nie być? Był z nami jeszcze pan G., który na samym początku mówił, że alkoholu pić nie będzie bo ma trzydzieści osiem stopni gorączki, jednak przekonał się, że kuracja alkoholowa jest dobrą kuracją i wypił cztery piwa. No... Nie ma to jak przekonanie o własnej racji, prawda? Czasami po prostu nie wypada inaczej.
Z racji tej, że Kamila zdała wszystkie egzaminy i już ma święty spokój wybierzemy się gdzieś na... khem... wakacje. Tak, wyjechać, odpocząć i przez kilka dni mieć wszystko w głębokim poważaniu. I nawet jeśli Kamila z Panem G. nie pojedzie to ja i tak z Michałem musimy się gdzieś wybrać. Oboje tego potrzebujemy i tyle. Tylko jeszcze kwestia pieniędzy... Wiem, że teraz zakwaterowanie w górach czy nad morzem nie kosztuje góry pieniędzy bo jest po sezonie, ale ojciec strzela takimi fochami, że głowa mała. I tego w nim nienawidzę. Że mojej siostrze odda wszystko, a mi minimum. Sądzę, że udałoby mi się go przekonać na parę groszy, tym bardziej, że mam silny argument.
Opowiem Wam krótką historię dotyczącą mojego taty i telewizora. Gdy było Euro 2008 mój tato postanowił kupić telewizor. Nie, nie z
Media Markt tylko jakiś inny po promocyjnej cenie. I tak też uczynił. Któregoś wieczoru przyjechał z czterdziestu iluś calowym telewizorem, który tak czy siak był dość spory no i kosztował też pewnie koło dwóch tysięcy. Minęły dwa miesiące a on przyjeżdża z kolejnym, ale pięćdzisięcio dwu calowym! Mam ochotę potężnie zakląć...! No bo po co on za przeproszeniem kurwa pierdoli, że nie ma pieniędzy i nie pojadę nigdzie na wakacje...?! No to skąd do chuja on ma pieniądze na te telewizory a mi skąpi marnych groszy na wyjazd? Bo to jest mój ojciec, zagorzały gadżeciarz. No... Nie wspominając o nowym kinie domowym. Pf.
20 września '08
Do mnie to jak do słupa. Można mi mówić i tłumaczyć a ja w większości przypadków i tak robię swoje. Z jednej strony to dobra cecha, bo w dzisiejszych czasach warto mieć własne zdanie i własną postawę wobec siebie, innych i świata, bo inaczej po prostu Cię wytłamszą, przeżują i wyrzucą do pierwszego lepszego śmietnika. Brutalne, ale prawdziwe. Ale niesłuchanie opinii innych a dobrych rad to już jest zupełnie inna śpiewka. Tym bardziej, że te rady są rzeczywiście odpowiednie. Ale do rzeczy... Co wczoraj zrobiłam? Nie zgadniecie (ironia w moim głosie)! Zagadałam na GG do Marcina (dla niewtajemniczonych - to mój owiany złą sławą były).
Ja naprawdę uważam, że świat jest zbyt piękny, zbyt różowy na to, żeby nie utrzymywać przyjacielskich kontaktów ze swoim eks. Nie to, że coś złego wydarzyło się podczas naszej rozmowy. Wręcz przeciwnie, rozmawialiśmy przez dwie godziny i było bardzo miło, Marcin chyba zauważył, że się zmieniłam. Aczkolwiek nie zmieniło się jedno... Ta cholerna mięta! Nie, nie poleciałabym na jego zawołanie. Baaa...! Ja nawet nie wróciłabym do niego, gdyby klęknął przede mną błagając o powrót, co byłoby najbardziej absurdalną rzeczą jaka kiedykolwiek mogłaby się wydarzyć w moim życiu. Druga absurdalna (jednak o wiele mniej niż to, co opisałam wyżej) wydarzyła się podczas naszej wczorajszej rozmowy (w sumie to dzisiejszej, bo działo się to w nocy). Od słowa do słowa Marcin stwierdził, że mogłabym do niego przyjechać niby na seks. Na początku traktowałam to co pisze z ogromnym przymrużeniem oka bo od dłuższego czasu byłam święcie przekonana, że facet ten widzieć mnie już nie chce. Jednak z rozmowy wynikło, że mówi zupełnie poważnie.
-
No tak, prześpię się z tobą a potem rano jak będziesz spał po prostu sobie wrócę do domu - napisałam nieco ironicznie.
-
To byłoby dobre - odpisał.
-
Przecież masz lasek na pęczki, zawsze mógłbyś sobie jakąś przyprowadzić do domu, sam mówiłeś. Po co Ci jakaś z Wrocławia?
-
Bo z eksportu i sprawdzona. - Szczerze to nie wiedziałam czy to ma być żart czy on tak naprawdę myśli.
-
No bo to jak ze słodyczami z Niemiec, nie? Lepsze bo z Niemiec. - To straszne, że potraktowałam siebie jak słodycz z Niemiec. Właściwie to jestem taki cukiereczek z Breslau (zaraz spadnę z krzesła ze śmiechu). Wciąż myślałam, że sobie żartujemy jednak po kilku minutach dalszej rozmowy poznałam prawdę. Ten zakichany Marcin wciąż chce ze mną być. Napisałam mu, że lepiej będzie jak nie przyjadę bo jeszcze będzie chciał, żebym została dłużej. Odpisał tylko:
Myślisz?
Oczywistym jest fakt, że do niego NIE pojadę, bo to nie najmniejszego sensu. Mam swojego faceta, który zastanawia się czy nie rzucić dla mnie swojej przyszłej kariery w USA, a tu pojawia się jakiś nikczemnik, który bardzo brutalnie złamał mi serce. Poszłam spać zastanawiając się nad tą całą sytuacją i miałam delikatne wyrzuty sumienia, że wdałam się w tą głupią gadkę, ale ja już taka jestem, że lubię pakować się w kłopoty i kace moralne. Zresztą najważniejsze, że nie przejdziemy od słów do czynów (choć przeszło mi to przez myśl, nie bijcie!!!). Boże, jestem tylko człowiekiem i mam swoje słabości.
Nie, nie skończę swoich rozmów z Marcinem (choć w większości są zwykłe, zwyklutkie). Może ja po prostu nie potrafię zamykać poszczególnych etapów w swoim życiu i wciąż mam ochotę do nich wracać? Chociażby myślami. Dobrze, że mam jeszcze łeb na karku i potrafię wybrać to, co dla mnie jest lepsze.
22 września '08
Umieram z głodu a nie mogę nic zjeść ponieważ idę na badania i będą mi robić morfologię krwi i wobec tego muszę być na czczo. Nie lubię tego typu spraw. Denerwują mnie i bezczelnie wcinają się w plany danego dnia. Nie dość, że należy wstać o iście pogańskiej godzinie to jeszcze do tego nic nie jeść. Ja wstałam jakieś czterdzieści minut temu i aktualnie popijam zieloną herbatę (oczywiście niesłodzoną, co by nie wyszedł wyższy poziom cukru i inne tam bzdury), co chyba jest dozwolone, nie?
Wczoraj poszłam na drugi termin egzaminu z fizyki. Gdy spotkałam ludzi ze swojej grupy podeszłam do nich.
-
Hej, ja tutaj przyszłam się z wami pożegnać - powiedziałam. Większość spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Podzieliłam się z nimi swoją
chemiczną historią. Zapytali mnie po co przyszłam na egzamin. Stwierdziłam, że nic nie tracę a mogę tylko zyskać, może by mi przepisali ocenę na nowej uczelni. W gruncie rzeczy bardzo zastanawiałam się czy jest sens iść, ale jak ujrzałam, że dał te same pytania to stwierdziłam, że chyba jednak tak. Nawet jeśli się okaże, że nie zdałam, to przynajmniej próbowałam i będę wiedziała, że widocznie tak miało być.
Potem spotkałam się na chwilę z Kamilą, która umówiła się również z chłopakiem od siebie z grupy, z Jackiem. Mój Boże, dlaczego mi podsyłasz takich mężczyzn? I niebezpiecznie kusisz? Cóż za złośliwość... Jacek jest studentem medycyny i w porównaniu do innych przyszłych lekarzy ten potrafi nawiązywać kontakty z ludźmi i się dobrze bawić no i... jest taki przystojny! I co jeszcze lepsze? Jest wolny. Ja nie wiem jak taki facet może być wolny... Podobnie jest z kumplem Michała. Jest taki Robert, który nie dość, że ma rozwalające spojrzenie, jest przystojny i do tego naprawdę inteligentny, dwadzieścia cztery lata i NIGDY nie miał kobiety. Dla mnie to jest kolejny absurd!
W każdym razie dość o wolnych przystojniakach. W środę (tak, jutro) chciałabym się wybrać gdzieś z Michałem na kilkudniowy urlop. Pan G. miał załatwić domek na Mazurach, ale to chyba nie wypali i pojedziemy z Michałem do Pragi na przykład. To całkiem przyjemna wizja biorąc pod uwagę, że zawsze chciałam tam pojechać i nigdy nie było okazji ku temu. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie z nową uczelnią tak, jak powinno i wydadzą mi wszystko na czas, a Dzień Wstępny mi darują, bo ileż razy można go przechodzić?
23 września '08
Od czwartku do niedzieli gościłam w Szklarskiej Porębie. Przyznam szczerze, że dawno tam nie byłam (jakieś trzynaście lat zapewne). Jeśli chodzi o atrakcje same w sobie to było dość znośnie. Oczywiście największą rolę odgrywało tutaj towarzystwo w postaci Michała, który jako mój luby miał niemalże obowiązek spełniać większość moich zachcianek i dotrzymywać mi towarzystwa. Nie mówię tu oczywiście o dobrach materialnych (których i tak swoją drogą mi nie brakowało, ale to akurat jest mało istotne) tylko towarzyskich. Dzień później przyjechali Kamila i Pan G. Na całe szczęście pomieszkiwali sobie półtora kilometra od nas. Michał stwierdził, że ich lubi, ale to towarzystwo nie jest dla niego dobre i powoli przestaje mu odpowiadać. Ich jedynym zajęciem jest chlanie dzień w dzień. Też to zauważyłam. W ogóle wkurzyli nas niemało. Za jedną stronę ze Szklarskiej do Wrocławia i wycieczkę do Czech policzyli sobie od nas sto złotych... No przegięcie! Wychodzi na to, że wydali dwie stówy na skrawek drogi, no ja pieprzę...
I jakby tego było mało z okazji dzisiejszego święta (Dzień Chłopaka, dla niewtajemniczonych) chciałam zrobić Michałowi niespodziankę a tutaj on mi na GG pisze, że Kamila mu napisała, że niby
będziemy u niego o dziewiętnastej. Nie miałam zielonego pojęcia, że chcą się wpieprzyć na chama. Baaaa... Oni nawet nie spytali mnie o zdanie, o plany! Nic, zero! Przegięcie pełną parą. Napisałam Kamili, że chcę być sama z Michałem z okazji dzisiejszego święta.
A tak zmieniając temat... Muszę Wam o czymś powiedzieć. Pewnie większość z Was się zdziwi (ja też podejmując tą decyzję sama sobie się dziwiłam), ale postanowiłam zapłacić za ten cholerny warunek z chemii organicznej. Co prawda nie będę mogła chodzić na połowę przedmiotów, ale dzięki temu będę mogła równolegle studiować na Uniwersytecie Ekonomicznym, który z dnia na dzień lubię coraz bardziej. Ja wraz z czterema innymi dziewczynami dogadujemy się naprawdę super. Aż sama sobie się dziwię, że po tak krótkim czasie można kogoś naprawdę polubić! I do tego pan od mikroekonomii. Choć dziwny z niego gość (dopisać do Listy Absurdów!) to intrygujący jak nie wiem. Już nie wspominając o tym, że przystojny i młody. W każdym razie ma trochę dziwne stwierdzenia, zupełnie sprzeczne z moimi i ogólnie nie polubiłby mnie (jak to sam stwierdził:
(...) nie potrafię się dogadywać z ludźmi o umysłach ścisłych, ani oni ze mną, albo:
(...) skończy się mikroekonomia i już nigdy się nie spotkamy.) Będę wysłuchiwać jego wywodów z ogromnym zainteresowaniem, to wiem na pewno.
30 września '08