No cóż... Przyznać muszę, że tegoroczna sesja letnia wcale nie była taka tragiczna jak myślałam, że będzie. We wrześniu dwie poprawki - chemia i fizyka. Biorąc pod uwagę, że miałam jakieś sześć egzaminów to nie jest tak źle (ale w tym jakaś etyka i informatyka). Jednak pomimo to złożyłam papiery na Uniwersytet Ekonomiczny na inżynierę i zarządzanie produkcją. Dzisiaj pan (u którego składałam papiery) powiedział mi, że raczej się dostanę. Trochę tak głupio, bo będę uczęszczać na zajęcia, na Uniwersytet Ekonomiczny tylko wtedy, jeśli zawalę komisa z chemii organicznej we wrześniu. Tak się zastanawiałam czy może jakoś pociągnąć dwa kierunki? W pierwszym semestrze i tak będę się nudzić bo w końcu będzie tam wszystko, co miałam na technologii żywności. Może część mi przepiszą? W końcu zaliczyłam sobie maszynoznawstwo, matematykę... Miło by było, nie powiem.
Pierwszego lipca Michał miał urodziny. Dostał ode mnie koszulkę z C&A i grafikę, o której wcześniej wspominałam. Ucieszył się i może nawet trochę wzruszył. Gdy mnie całował poczułam coś więcej aniżeli fizyczną przyjemność. I nie to, że z mojej strony lecz z niego. Już nie jest tak jak kiedyś, że mówiąc o planach na dalszą przyszłość dodawał:
jeśli wciąż będziemy razem. Teraz jest, że może wybierzemy się razem na wakacje, że jak wyjedzie do Belgii to przecież wróci, a jak nie to mnie ściągnie tam. To chyba coś zdecydowanie poważniejszego aniżeli zwykły romans. No cóż, w końcu to już magister inżynier, dokładnie wczoraj się obronił i otrzymał dwie oceny bardzo dobre. Oczywiście przyszłam do niego szczerze mu pogratulować. Mam mądrego faceta i jestem z niego dumna, ot co! Wczoraj powiedział, że jedzie na Kubę, ponurkować. Chciałabym pojechać z nim, ale jedną osobę taki wyjazd kosztowałby jakieś dwanaście tysięcy złotych, do tego życie na łódce i nurkowanie. Najchętniej powiedziałabym, żeby nie jechał, żeby został ze mną, we Wrocławiu, ale nie mogę mu zabronić robienia czegoś, co uwielbia. Jeśli chce, to niech jedzie, tylko musi przywieźć mi stamtąd koniecznie jakiś prezent, o! Ale pewnie wynagrodziłby mi to innym wyjazdem.
Jakiś czas temu, podczas podróży autobusem usiadł obok mnie pan koło czterdziestki. Najpierw zapytał czy ten autobus jedzie na Kuźniki, powiedziałam, że tak. Później spytał czego słucham (na uszach miałam słuchawki), odpowiedziałam mu. Nagle wyjął swój odtwarzacz i przeprowadził ze mną śmieszny dialog. Opowiadał, że jego odtwarzacz mp3 ma jakąś dziwną baterię i cały czas się wyłącza, że to chyba jego kuzyn ją zużył. Potem zaczął się chwalić, że jego mp3 można podłączać do komputera. Śmiać mi się chciało, bo przecież każdy można. Później dopiero przyznał się, że zagadał do mnie, bo ja taka śliczna jestem. Że mam takie ładne blond włosy, że inne blondynki to się wywyższają, a ja nie, że mam iskierkę w oku, że moja masa ciała do mnie pasuje, że jest piękna i dla niego jestem szczupła (na co ja:
Hahaha! No bez przesady!). Kadził mi tak przez pół drogi a potem żegnając się ze mną życzył szczęścia w życiu. O dziwo nie był to żaden pijak ani temu podobne stworzenie, tylko całkiem normalny facet, któremu w życiu się nie ułożyło (kobieta, z którą był przez pięć lat wyjechała z Włochem) i szuka szczęścia wszędzie, gdzie się da. W gruncie rzeczy dziwnie się czułam słuchając zupełnie obcego mi człowieka, a z drugiej całkiem miło było, na pewno nie mogę tego uznać za jakieś negatywne wspomnienie.
3 lipca 2008 × komentarze (4)
Nienawidzę dni przed miesiączką. Kiedyś już o tym wspominałam, ale... One są naprawdę męczące. Teraz Michał drażni mnie nawet tym, że zamiast odebrać telefon napisał mi SMSa. Że dzisiaj powiedział mi, żebym nie przyjeżdżała, bo musi coś ważnego zrobić dla klienta (co z tego, że powiedział, żebym przyjechała na noc do niego?). A jak nie odpisuje to w ogóle mną rzuca. Wszystko mnie denerwuje i drażni. Do tego jestem pyskata jak nigdy (ogólnie taka jestem, więc aż strach pomyśleć co się dzieje kilka dni przed okresem).
Nawet z mamą pokłóciłam się o to, że nie chce mi dać farby Casting, którą sobie kupiła. Nawet argument, że po dwudziestu ośmiu myciach ona po prostu schodzi ją nie przekonał. Doszłam do wniosku, że chyba lepiej po prostu zamknąć się i poruszyć ten temat, gdy mój nerwy nieco przystopują i będę w stanie normalnie rozmawiać z ludźmi.
Z dnia na dzień coraz bardziej zatapiam się w uczuciu do Michała. Już nawet myśl o Marcinie mnie nie wzrusza. Naprawdę nie wiem jak to zrobiłam, ale mogę mówić o nim bez jakichś większych emocji. Boję się tego... Boję się, że jemu coś strzeli do głowy i powie mi, że to nie ma sensu, że on chce wyjechać do Belgii i mnie po prostu zostawi. Albo będziemy ze sobą przez jakiś czas na odległość, aż w końcu on przyjedzie i powie mi:
Agata, słuchaj, związek na odległosć to nie dla mnie i nie ma większego sensu. Do tego jakoś bardzo nie przeżyje naszej rozłąki i będzie tak jak z jedną, z jego poprzednich partnerek...
Dwa browary, paczka misiów Haribo i już o tobie nie pamiętam. Głupia jestem, bo wiem, że te obawy są chwilowe. Podobnie mój smutek, i moje nerwy, i to wszystko.
4 lipca 2008 × komentarze (1)
-
Dobrze ci ze mną? - spytałam leżąc tuż za jego plecami.
-
Ale teraz czy ogólnie?
-
Ogólnie...
-
No masz pare cech, które powodują, że nie powinienem z tobą być. - A mnie zatkało. Miałam ochotę trzasnąć go w te nagie plecy, żeby odbiła mu się tam moja ręka i wyjść, ale musiałam opanować swoje emocje i spokojnie spytałam go o te cechy.
-
Po pierwsze - jesteś dużo młodsza ode mnie... Ty się jeszcze chcesz bawić, a ja...
-
Szczerze? Wolę czas spędzać z tobą niż chodzić na imprezy - odparłam naprawdę zupełnie szczerze. Już od dawna nie mam ochoty na jakieś kluby i imprezy do białego rana (a jak się zdarzają to raz na tak zwany ruski czas).
-
Naprawdę? No... Ale twoje zachowanie w stosunku do mamy. Jakby nie patrzeć to ona też kiedyś byłaby moją mamą, a skoro ona jest według ciebie taka zła... - Nie wiedziałam co mam na to wszystko odpowiedzieć. Leżeliśmy tam obok siebie i nagle on wstał, pokuśtykał do łazienki i przyniósł plaster w płynie ponieważ trochę podrapałam go po plecach i go piekło (nie, nie ze złości). Mój humor diametralnie się zmienił. Po całym zabiegu Michał wstał i poszedł do kuchni, a ja położyłam się na łóżko i ślepo patrzyłam w ścianę. Chciało mi się płakać na samą myśl, że w moim życiu pojawił się facet, który mnie w sobie rozkochał i nagle coś przestało mu się podobać, i koniec.
Nagle usiadł obok mnie.
-
Agatko? Co się dzieje? - spytał (jakby nie wiedział).
-
Skoro nie chcesz się ze mną spotykać to powiedz mi to od razu, a nie... Ja się jeszcze bardziej wkręcę i zranisz mnie mocniej... - powiedziałam patrząc jak zapina spodnie.
-
Ale kto ci powiedział, że nie chcę?
-
Ty...
-
Wcale tak nie powiedziałem. Wiesz... Tu chodzi jeszcze o to jak bardzo wkręcona jesteś.
-
Dobrze wiesz jak. - Po tych słowach odwróciłam się tyłem do niego. Nagle poczułam jak układa swoje ciało obok mojego.
-
Widzisz... Stworzyłaś tag i nie zdefiniowałaś, co on tak naprawdę robi, musisz to zmienić, ale pamiętaj... W XHTMLu, nie? - Zaczęłam się śmiać (chodzi o ten mój prezent dla niego). -
Łatwo jest powiedzieć, napisać... Ale to tylko słowo, to nic wiążącego.
-
Wcale nie tak łatwo - odparłam mijając jego wzrok.
-
Ja bym ci mógł powiedzieć z pięćset razy, że cię kocham!
-
No to powiedz
-
Kocham cię... - Uśmiechnęłam się, a po moim ciele przeszedł mały dreszczyk. Dawno tego od nikogo nie usłyszałam.
-
Miło było to usłyszeć, nawet jeśli to nie jest prawda - stwierdziłam.
-
Ale ja nie powiedziałem, że to nie jest prawda...
-
No to powiedz to jeszcze raz! - Poczułam jego usta przy swoim uchu i nagle wyszeptał...
-
Pewnie cię kocham...
Między nami zapadła cisza. Leżeliśmy tak przez jakieś dziesięć minut całując się i patrząc sobie w oczy. Naprawdę miło było poczuć coś do kogoś i wiedzieć, że ten ktoś też coś do mnie czuje. Michał wstał, nasypał sobie do miseczki płatki, dolał do nich mleka, zjadł po czym stwierdził, że musimy się zbierać. Odprowadził mnie na przystanek i sam poszedł w kierunku domu jego przyjaciela, z którym miał wrócić do rodzinnego miasta na dwa dni. Boże... Co się dzieje, świat się zakręcił.
6 lipca 2008 × komentarze (6)
Wstałam o dziewiątej rano z myślą, że na stronie Uniwersytetu Ekonomicznego są już wyniki rekrutacji. Już nawet śniło mi się w nocy, że są! Włączyłąm komputer, nerwowo wystukałam adres uczelni a tam w dziale
Rekrutacja komunikat, że wyniki zostaną ogłoszone wczesnym popołudniem. A pomyśleć, że jak składałam formularz i kopię świadectwa dojrzałości to Pan powiedział mi, że wyniki będą siódmego lipca o północy. Od tego czasu minęło dziesięć godzin a ich wciąż brak. To jest niesprawiedliwe! Trudno, będę musiała to jakoś przeboleć, nie mam wyjścia.
Żeby się nie stresować poszłam do kuchni przygotować sobie śniadanie. Przyrządziłam sos czosnkowy aż z dwóch ząbków, a potem skroiłam pomidorki i zjadłam sobie oto taką sałatkę. Trzeba się brać za siebie. Czas skończyć z tuczącymi tostami, kalorycznymi omletami i białym pieczywem. Nie wiem na jak długo, ale powinnam to wreszcie zrobić.
7 lipca 2008 × komentarze (2)
Wczoraj myślałam, że po prostu zejdę przed komputerem jak oglądałam wyniki rekrutacji. Na stronie internetowej napisali, że papiery mogą składać ci, którzy uzyskali minimum osiemdziesiąt osiem punktów (88)... Wiecie ile ja miałam? Osiemdziesiąt siedem przecinek osiem (87,8)! No szlag... To nawet nie jest jeden punkt tylko dwie dziesiąte. Napisałam e-maila do dziekanatu z pytaniem czy mogłabym jednak złożyć te papiery i jeśli nie to czy w drugim naborze mnie przyjmą. Mam nadzieję, że tak, bo to w końcu jest prawie osiemdziesiąt osiem... Grrr... W każdym razie gdy wysłałam im tą wiadomość to w mojej skrzynce odbiorczej pojawiła się nowa, ze strony pysznego piwa Desperados! Okazało się, że wygrałam skrzynkę Desperadosa z jakimiśtam gadżetami. Kiedyś brałam udział i jestem jedną ze stu szczęśliwców, ha! Bosko!
Za równy tydzień kończę dwadzieścia lat. To straszne, ale prawdziwe. Już nie będzie
naście lat. Swój wiek zacznę liczyć w dziesiątkach. No dobra, wszyscy wiemy, że dwadzieścia to wcale nie tak dużo. W każdym razie pamiętam jak dziesięć lat temu, właśnie w dziesiąte urodziny mówiłam sobie, że jeszcze drugie tyle i mogę wyjść za mąż! Śmiać mi się chce na samą myśl o tym tekście, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żeby już mieć męża. Może gdybym jakieś dwa lata temu poznała faceta, z którym chciałabym być już do końca życia to kto wie... No... W zasadzie to spotkałam, ale on myślał inaczej, cóż... Stara historia.
Dzisiaj zadzwoniłam do Michała, żeby zapytać go czy pójdzie ze mną, moją siostrą i kuzynką do zoo, bo to już dawno temu im obiecałam a ja uważam, że trzeba dotrzymywać słowa. Powiedział, że pójdzie, ale tak o siedemnastej. Miałam mu ochotę powiedzieć, żeby się punkął w głowę, bo do zoo chodzi się znacznie wcześniej. Niestety w południe nie mógł iść, bo maszeruje do pracy, mój pracuś, no. Trochę szkoda, że nie dało rady. Trudno się mówi. Zabolał mnie fakt, że nie zaproponował mi spotkania po... Może nie pomyślał o tym bo niedawno wstał? No bo skoro miał chęć pójść z nami do zoo, to przecież miał i chęć spotkania się ze mną, no.
8 lipca 2008 × komentarze (10)
Jutro, a raczej już dzisiaj jadę z Michałem na grilla. Ciekawe jak to będzie, jak pozna Kamilę i Pana G. On jest inny niż reszta facetów, ma już tytuł magistra, a oni to dzieciaki w moim wieku. Co prawda mi oni odpowiadają, ale jemu...? Już kiedyś mi mówił, że nasza różnica wieku jest zbyt duża, ale jakoś temat ucichł, mam nadzieję, że po prostu zmienił zdanie, albo przestał to być dla niego problem. Zależy mi na nim bardzo i robię wszystko, żeby wreszcie wydorośleć. Wiem, że to brzmi głupio, ale może to najwyższa pora, najwyższy czas, żeby odłożyć wszystkie swoje kaprysy i grymasy na bok, zaprzestać wojen z mamą, tatą (z siostrą się nie da, ona musi wyjść z tego durnego wieku).
W każdym razie grill u Kamili ma być po prostu dobrą zabawą, a nie testem
czy mojemu facetowi będzie się podobało towarzystwo moich znajomych. Swoją drogą jeśli coś mu nie podpasuje to jego problem, a nie mój. Chociaż trzeba być dobrej myśli. Dlaczego ja się tak do jasnej cholery tym martwię? Będzie fajnie, musi.
Komary gryzą, co mnie niemiłosiernie denerwuje. Psikam się namiętnie OFFem, który (wbrew pozorom) pomaga naprawdę bardzo i te małe skubańce przestają mnie atakować. Nie wyobrażam sobie tego co będzie jutro jak zaczną rąbać nas na tym grillu.
Wczoraj ja wraz z siostrą i kuzynką Magdą poszłyśmy do zoo. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takiego zainteresowania zwierzętami z mojej strony. Tam było naprawdę interesująco i zapragnęłam w przyszłości pracować w zoo. To byłaby naprawdę cudowna praca! Mogłabym projektować im klatki, wybiegi i inne takie. Zresztą patrzenie na te stworzenia to sama przyjemność. Najciekawsze było jak zwykle terrarium a tam różne gady, płazy, owady i oczywiście motylarnia (którą otworzyli dopiero w tym roku). No cudownie! Po wycieczce do zoo spotkałyśmy się z Michałem (tak, siostra i kuzynka też ze mną poszły), który zaprosił nas na lody do Grycana. Szczerze przyznam, że było całkiem miło (pomimo obecności innych). Oczywistym jest jednak fakt, że wolałam być z Michałem sama, co też się później stało bo Edyta i Magda wróciły do domu a ja poszłam ze swym lubym do parku porobić kilka zdjęć jego nowym aparatem. Przyznam, że trochę mu zazdroszczę... Ale z drugiej strony cieszę się, że podziela moje hobby.
11 lipca 2008 × komentarze (3)
Grill u Kamili jak najbardziej udany. Moje obawy odeszły w niepamięć a ja i Michał jeszcze bardziej zbliżyliśmy się do siebie. Ponadto natrzaskałam mnóstwo fotek, które sukcesywnie będę dodawać do
fotologa. Wypiliśmy dużo za dużo, kąpałam się z Michałem i padłam z nim jak mucha w jednym łóżku. Na drugi dzień małe poprawiny, wieczorem jeszcze tequilla, potem piwo... Gdy po dwóch dniach nieobecności wróciłam do domu moja mama i mój tata byli na mnie przeokropnie źli. Ojciec nawet się zbuntował i zabrał mi pamięć z komputera. Jak im wytłumaczyć, że jestem już za stara na tego typu kary? Co? Wychodzić z domu też mi zabronią? A może dostanę karę na telewizor? To brzmi jak jeden, wielki żart.
W ogóle to moja siostra wraz z kuzynką pojechały na wieś. Dawno nie miałam takiego spokoju jak teraz. Cisza od rana do wieczora. Choć z drugiej strony to też nie jest takie do końca dobre. Czasami chciałoby się do kogoś odezwać, albo chociażby z kimś lekko pokłócić (lekko, powtarzam, lekko).
A jutro są moje dwudzieste urodziny. Rety... Jak ten czas szybko leci. Kamila z Gonzem mają dla mnie prezent, podobnie Michał. Nie to, żebym była łacha na dobra materialne ze strony moich przyjaciół, ale miło jest wiedzieć, że w choć małym stopniu poważnie traktują moje
małe duże święto. Jutro spotykam się z Michałem. Jak on to określił -
z pewnych względów, które właśnie nazywają się
moje urodziny. Może wreszcie znalazłam faceta, który mnie godnie w ten dzień potraktuje? Bo w zeszłym roku usłyszałam tylko:
Wszystkiego najlepszego aniołku, nawet kwiatka nie dostałam, tulipanka za złoty pięćdziesiąt. Aaaale... Po co do tego wracać? Teraz jestem szczęśliwa i to chyba tak naprawdę.
14 lipca 2008 × komentarze (10)
Siedzę i piję urodzinowego Reddsa. Zaraz wyjdę na balkon zapalić urodzinowego Westa Ice'a (ja naprawdę rzucam palenie, teraz stwierdziłam, że mam urodziny i mogę zapalić, bo to jest wyjątkowa okazja). Mam już dwadzieścia lat! To straszne. Ojciec dzisiaj rano powiedział do mnie, że już nie będę liczyć swoich lat w nastkach tylko w dziesiątkach. Stara jestem jak nie wiem co. W zeszłym roku pisałam to samo. Za rok też pewnie będę się łapać za głowę i mówić, że ten czas tak szybko leci. Ale to nie moja wina, że to prawda. Już za kilka lat chciałabym mieć męża, dzieci i ogólnie wyjść z tego padołka zwanego
młodzieńczością czy
dzieciństwem. Uwierzcie mi, że ja naprawdę chciałabym mieć własną rodzinę, bobaska i męża. Jakoś mnie tak wzięło...
A jakie plany na dziś? Oczywiście wizyta u Michała (zrobiłam dla niego nawet sałatkę!), a potem małe spotkanko w kamerealnym gronie najbliższych. Tak jest najfaniej. Nawet moje osiemnaste urodziny nie były huczne, bo tego nie chciałam. Po co mam spraszać ludzi, których i tak za bardzo nie lubię? Mówię tutaj o ludziach z liceum. Większość z nich to fałszywce jakich świat wcześniej nie widział.
Wczoraj wieczorem, a raczej dzisiaj w nocy odezwał się do mnie Marcin. Tak, mój były Marcin (
mx jak to z Arkiem go nazwaliśmy, żeby się nie mylił z Michałem, skrót ten pochodzi od
my ex). Porozmawialiśmy, poopowiadaliśmy sobie jakieś głupoty, Marcin pożyczył mi wszystkiego najlepszego i skończyliśmy rozmowę. Cieszę się, że pamiętał, naprawdę. Widzę, że szanuje to, co między nami zaszło a ja wciąż nie jestem mu obojętna. I dobrze. Ta pamięć o moich urodzinach to miły prezent z jego strony.
A w ogóle to na stronie Uniwersytetu Ekonomicznego napisali, że wszyscy, którzy mają siedemdziesiąt siedem i więcej punktów mogą składać papiery na mój kierunek. Super, jutro trzeba będzie tam pobiec z dokumentami i wszystko ładnie załatwić. Śmiesznie będzie jak się okaże, że we wrześniu zdam wszystkie poprawki i studia na UE będą niepotrzebne. Ale ja już powiedziałam, że pochodzę na kilka zajęć, może nawet dłużej (co by poszerzyć swoją wiedzę, a co!).
15 lipca 2008 × komentarze (6)
Tak żeby nie zapeszać... Ale muszę to napisać. Jest mi naprawdę dobrze! Dawno już nie miałam tego przysłowiowego rogala na twarzy. Dawno już nie skarżyłam się na żadnego faceta... Naprawdę! Podoba mi się takie spokojne życie z cudownym facetem u boku. Z niewielką ilością łez. Ja naprawdę widzę u niego szacunek do mnie! Proponuje mi wspólny obiad, gdy ma przerwę w pracy (dzisiaj poszliśmy na pizzę), chodzimy razem do jego, do moich przyjaciół. Pewnie dla większości z Was brzmi to zupełnie normalnie, bo przecież tak zachowuje się dwoje ludzi, którzy są ze sobą... Ale ja będąc w swoim poprzednim związku mogłam zapomnieć o tego typu rzeczach. Nie, ja nie winię Marcina za to, co było. Po prostu inaczej być nie mogło biorąc pod uwagę, że dzielił nas spory kawałek drogi.
Wczoraj Michał składał mi życzenia.
-
Żebyś zawsze była taką fajniutką, śliczniutką i mięciutką jak kaczuszka Agatką... - Parsknęłam śmiechem i lekko udeżyłam w ramię (za tą
mięciutką jak kaczuszka). -
No i ogólnie to wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastki! - Spojrzałam na niego dziwnie. No jak osiemnastki? -
Oczywiście w systemie dziewiątkowym! - od razu odpowiedział -
i chciałbym przeżyć z tobą drugą taką osiemnatkę... - dodał nieco ciszej a moje serce zmiękło. Kochany...
Posiedzieliśmy trochę u niego a potem poszliśmy do Kamili i Pana G. żeby napić się
Luksusowej. Odprowadziłam Michała na przystanek (co by się biedak nie pogubił na nieswoich terenach), a sama powędrowałam na nogach przystanek dalej i usiadłam na ławeczce, i cierpliwie czekałam na nocny autobus.
16 lipca 2008 × komentarze (9)
Cholera... Tak sobie właśnie myślę i dochodzę do wniosku, że ja to jestem takie dziecko, które balansuje na pograniczu dzieciństwa i dorosłości. Moja mama zawsze powtarza, że chcę mieć takie przywileje jak dorosły a zachowuję się jak dziecko. Jest w tym dużo prawdy. Z jednej strony mówię o tym, że chciałabym mieć rodzinę, a z drugiej nie za bardzo chce mi się szukać jakiejkolwiek wakacyjnej pracy. Trochę to śmieszne, prawda? Wciąż jestem dziecinna a mam dorosłego faceta, któremu bardzo przeszkadza moja życiowa infantylność. Jestem z człowiekiem o wyższym wykształceniu, z człowiekiem pracującym, posiadającym własne mieszkanie, prawo jazdy... A ja? Ja wciąż na garnuszku u mamusi i tatusia. Ja wciąż dostaję kieszonkowe, zarabiam na siebie tylko wtedy, jak dostanę jakieś zamówienie na projekt, a to i tak nie są żadne kokosy, takie rozszerzone kieszonkowe.
Rozmawiałam z Adamem na ten temat i powiedział, że to normalne, że w końcu mam wakacje, że wciąż studiuję i praca nie jest moim obowiązkiem. Wydaje mi się, że w pewnym stopniu to też racja. Przynajmniej robiąc strony zarobię szybciej, z większą przyjemnością, a kwota ta niewiele będzie się różniła od pracy na przykład w takim McDonaldzie. Ale Michał uważa, że powinnam zobaczyć co znaczy wstawanie z samego rana, brak imprezowania z dnia na dzień. Ale po cholerę mi to? Przecież jeszcze jestem dzieckiem.
18 lipca 2008 × komentarze (4)
Wczoraj wieczorem usłyszałam, że jestem księżniczką, która musi dostać wszystko to, co zechce, bo inaczej zaczyna tupać nóżką. Usłyszałam również, że jeśli ta sytuacja będzie się powtarzać to on
się z tego wypisuje. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe. Jeszcze wieczór wcześniej pisałam mu jaki to on jest cudowny (w porównaniu do Marcina, któremu chciałam złożyć życzenia przez telefon a on nie odbierał, a jak w końcu to zrobił to wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa i się rozłączył - cała ta sytuacja była conajmniej śmieszna...) a później wkurzony, że musiał wpaść do Opium, że Kamila i Pan G. dzwonili po niego (co według niego wyszło z mojej inicjatywy). Poszłam spać do niego do domu. Wciąż był zły, mówił coś, że chciał wierzyć w to, że rzeczywiście się zmieniłam, ale tak się nie stało, bo wciąż jestem tą cholerną księżniczką. Kamila mnie podburza przeciwko niemu, niech się ugryzie w dupę.
Z rana obudziłam się u jego boku i po przespaniu się ze swoimi problemami wszystko wróciło do normy. Jemu cała złość przeszła, całował mnie, prosił o pieszczoty (które swoją drogą otrzymał, gdyż to było, jak on to nazwał
wykupienie się), a ja robiłam wszystko, żeby znów uważał mnie za swoją cudowną kobietę.
-
Co ty do mnie czujesz? - spytałam, a w odpowiedzi usłyszałam burknięcie w stylu:
Nienawidzę takich pytań. -
Ja mogę się tylko domyślać co, ale sam mówiłeś, że na samych domysłach żyć nie można - kontynuuowałam. -
Widzisz, wiele razy chciałem ci to powiedzieć... Ale nie jestem pewien, szczególnie po dzisiejszym... - odparł a ja odwróciłam się do niego plecami i z moich oczu popłynęły łzy, bo ja znowu jak głupia zaczęłam darzyć drugą osobę takim uczuciem, jakim nikt inny wcześniej danej osoby nie darzył. I co ja z tego mam? Odpowiedź mogłaby zabrzmieć bardzo brzydko, dlatego pozostawiam ją Waszym domysłom.
-
Agatka, co jest? Płaczesz? - spytał głupio słysząc moje głośniejsze pociągnięcie nosem i westchnienie głębsze niż zwykle. -
Nie, nie płaczę, nic mi nie jest - odparłam wycierajac oczy dłonią, jednakże proces ten przerwała ręka Michała, która omal nie dotknęła moich lekko wilgotnych policzków.
Z rana pewnie znowu myślał, że mnie kocha, mówił, że jestem piękna, że jestem jego dziewczyną. A jak znowu coś nabroję to przestanie mnie kochać? Dziwne to wszystko, naprawdę. Nie chcę go bronić ani usprawiedliwiać. Był już taki jeden facet, którego właśnie broniłam i usprawiedliwiałam, ale okazało się, że wszyscy wokół mieli rację, a ja sama musiałam się co do tego przekonać. Mam nadzieję, że Michał miał po prostu gorszy dzień i rzeczywiście był na mnie zły, bo ostatnie dni były naprawdę cudowne i aż miałam ochotę skakać z radości.
21 lipca 2008 × komentarze (4)
-
Dlaczego tak bardzo chcesz ze mną być? - Nienawidzę tego typu pytań. W moim mniemaniu nie wrożą niczego dobrego. Póki co jakoś nie widzę, żeby Michał był skory do tego gestu, ale nie byłoby dobrze, gdyby jednak był. Nie chcę zapeszać i mówić, że coś jest nie tak, bo w istocie nic złego się nie dzieje. Muszę mu teraz tylko pokazać, że nie jestem żadną rozkapryszoną księżniczką, tylko jak wspomniała
Pixelized jego królową.
A jeśli już mowa o Michale to mój luby oddał mi swoje bakterie, które spowodowały u mnie kaszel, ból gardła. Kuracja czosnkowa nic nie pomaga, zaczynam coraz bardziej kichać. Stwierdził, że to ja musiałam go czymś zarazić (bo on przecież nigdy nie choruje, nie?). Dziwne tylko, że moja choroba rozwinęła się tuż po jego. Śmiesznie tak bo oboje prychamy, kaszlemy i na pewno niedługo będziemy smarkać (on już to robi a u mnie to zapewne kwestia czasu).
Pewnie zaraz przybiegnie moja mama, która mi będzie kazała łyknąć jakiś syrop na kaszel, bo jego częstotliwość, z minuty na minutę się zwiększa. Śmiesznie tak prychać i kichać w środku lata, ale szczerze przyznam, że co roku muszę to przeżyć.
22 lipca 2008 × komentarze (3)
Wczoraj pojechałam na Uniwersytet Ekonomiczny zawieźć wszystkie papiery, potem poszłam do strasznego dziekanatu po skierowanie do lekarza medycyny pracy i wyszłam stamtąd przerażona. Panie w dziekanacie wyglądały jakby chciały mnie zabić, były takie lodowate i mało co się w ogóle ruszały. Nie wiem... Ale ja chyba przyzwyczaiłam się do pań w dziekanacie na Przyrodniczym. One są miłe, pogodne i często darują różne niedociągnięcia przymrużając oko na studentów. Są naprawdę w porządku, co się bardzo rzadko zdarza. Pamiętam jak szukałam naszego doktora od informatyki, żeby dał mi wpis. Poszłam do dziekanatu zapytać się czy przypadkiem nie wiedzą gdzie go znaleźć, to jedna pani nawet zadzwoniła do niego i zapytała się czy jest! Byłam zdziwiona i zarazem wdzięczna.
Po zaniesieniu papierów do uczelni stwierdziłyśmy z Kasią (bo pojechałam tam właśnie z nią), że pojedziemy do McDonald's. Nie straszna była mi moja gorączka! Kupiłam sobie cheeseburgera i frytki w sosie śmietanonym, który smakował jak zwykły majonez, a nie jakiśtam sos śmietanowy. Takie coś to ja sobie mogę zrobić w domu. W każdym razie zjadłam ładnie wszystko (część chyba nawet trochę na siłę, bo jakoś pod wpływem choroby zmalał mi apetyt - to pierwszy objaw choroby u mnie, haha) i jak to zwykle bywa... Miałyśmy iść tylko coś zjeść, po czym natychmiast opuścić Galerię Dominikańską i wrócić grzecznie do domu. Oczywiście taki koniec byłby zbyt nudny. Stwierdziłyśmy, że pochodzimy po sklepach... I tak chodziłyśmy jakieś dwie godziny. Kupiłam sobie dwie krótkie spódniczki (nie takie bardzo krótkie, lekkie przed kolano, przepasek nie preferuję) - jedna czarna
podfruwajka a druga fioletowa w paseczki. Są urocze, to trzeba przyznać. Michał dowiedziawszy się, że zaopatrzyłam się właśnie w tą część garderoby posłał mi kuszący uśmiech i wydobył z siebie dźwięk w stylu
mmmm...
W ogóle to ja się poświęcam jak głupia dla tego faceta. Dlaczego? A no dlatego, że mając trzydziestoośmiostopniową gorączkę biorę prysznic, ubieram się i jadę na gapę autobusem (bo najbliższy kiosk zamknięty, a do innego nie mam siły iść...) do niego. Co prawda przyszykował mi w swoim ogromnym
cappuccino kubku wywar z
Gripex Hot Active (czy jakoś tak), który smakował dość dobrze (w porównaniu do
Coldrexa bez cukru był wręcz pyszny), ale w końcu musiałam jechać do niego przez pół miasta, nie? Przykrył mnie kocykiem i wtulił się we mnie jak mały, duży kotek. Gdy podniosłam się, żeby wysmarkać nosek on patrzył na mnie jakimś dziwnym spojrzeniem...
-
Wiesz - zaczął -
rozebrałem sobie ciebie teraz wzrokiem i dochodzę do wniosku, że taka naga, smarkająca w chusteczkę wyglądałabyś całkiem seksownie - stwierdził, a ja zaczęłam udawać panią z reklamy chusteczek
Velvet...
-
Psik! - udałam, że kicham cieniutkim głosem. Kochane stworzenie z tego Michała, no. Może ciężko w to uwierzyć, ale wyszłam od niego czując się znacznie lepiej.
24 lipca 2008 × komentarze (8)
Wakacje w mieście to najgorsza rzecz pod słońcem. No... Może nie tyle co w mieście (bo to jeszcze zależy w jakim mieście, prawda?), tylko co w SWOIM mieście, gdzie zna się na pamięć każdy kąt, do tego jest się zdziebko (już tylko na szczęście) chorym, a tutaj wybudowali nowy aquapark. W każdym razie chuj (za przeproszeniem) mnie strzela gdy słucham Radia Zet, a tam mówią o tym jaka cudowna pogoda jest nad morzem Bałtyckim, jaka tam cudowna bryza, jak tam wszystko jest piękne i jaki jest świetny klimat. Mam ochotę wyrzucić monitor przez okno, stanąć na środku podwórka i tupiąc nogami krzyczeć:
WEŹCIE MNIE NAD POLSKIE MORZE!!! Oczywiście mogłabym pojechać tam bez problemu, ale pod warunkiem, że miałabym za co. Nie poszłam do pracy (bo mnie nigdzie nie chcieli) a ojciec jak słyszy, że chciałabym gdzieś pojechać to zaczyna mi wyliczać na co jeszcze potrzebuje pieniędzy a nie ma.
Obcy ludzie bez przerwy kręcą się po naszym mieszkaniu, a my z nadzieją, że wreszcie znajdzie się jakiś kupiec wpuszczamy ich po kolei do nas. Niektórzy to chyba sobie z nas żartują... Jakaś baba umówiła się z moimi rodzicami, że przyjdzie oglądać mieszkanie i co? I nie przyszła. A umówiła się już na konkretną godzinę i nawet nie dała znać, że nie przyjdzie. Cały dzień siedzisz jak na szpilkach a oni sobie po prostu nie przychodzą. Luuudzie... Zabić to mało.
Już nawet w akcie desperacji napisałam do Marcina czy zna może jakieś taniutkie ośrodki albo pola namiotowe nad morzem. Pewnie gdybym była bardziej zdesperowana to poprosiłabym go, żebym mogła z nim sobie pomieszkać. Pochodziłabym sobie na plażę a on do pracy. Spotykalibyśmy się wieczorem, szli razem na jakieś piwo a potem zasypialibyśmy w osobnych łóżkach... Tak, naprawdę by tak było. Ktoś w to uwierzył? No cóż... Mi samej ciężko w to uwierzyć...
26 lipca 2008 × komentarze (3)
Dopijam zimną herbatę... Obudzili mnie o szóstej rano! Nie to, że specjalnie zgonili mnie z łóżka, ale ja stwierdziłam, że nie dam rady dłużej zasnąć. Wczoraj przyjechała ciocia razem z moją kuzynką Moniką. A wszystko dlatego, że Monika na drugi dzień (czyli dzisiaj) miała wyjechać z Wrocławia na kolonię, nad morze. Skubana... Ona może! W każdym razie o szóstej wstała moja mama i ględziła, że zgubiłam psią smycz (tak, posiałam gdzieś smycz mojego psa i niewiadomo gdzie teraz jest, fujara ze mnie, wiem). To istne barbarzyństwo! Pewnie spać już nie pójdę a przez cały dzień będę wyglądała jak... Lepiej nie mówić, ale pewnie nieciekawie.
Michał wyjechał do Konina nic mi nie mówiąc. Dopiero w sobotę napisał mi SMSa, że jest u siebie w domu. Bardzo ciężko mi powiedzieć, że jedzie do domu. A ja już zaczęłam się zamartwiać, że się na mnie obraził. Tylko to byłoby trochę dziwne, bo w sumie nie miałby powodu.
Wczoraj byłam z moim psem u weterynarza. Biedna ta Brenda bo jak nie kłos w łapce to miejscowe zapalenie skóry pod uszkiem. Już wyłudzili od nas piętnaście złotych za konsultację w tej sprawie. Trzeba jej to psikać trzy razy dziennie jakimś specjalnym środkiem i niby powinno być po tym dobrze, a jeśli nie to będzie chodziła na jakieś kolejne zastrzyki. Paranoja! Ile można wydawać pieniędzy na psa?
Razem z Kaśką wpadłyśmy na pomysł, żeby pojechać na trzydniową wycieczkę nad morze. Być może ktoś stwierdzi, że na trzy dni nie opłaca się jechać aż z Wrocławia, ale obie tak bardzo pragniemy odwiedzić polskie morze, że tak się chyba stanie. Oczywiście wszystko po jak najniższych kosztach. Pociąg, pole namiotowe i żywienie się zupkami chińskimi... Przez trzy dni jakoś damy radę, prawda? Ewa wymyśliła, żeby jechać do Rewala (na Rewal?) we wrześniu na jakiś tydzień. Całość wyniosłaby nas około pięćset złotych, jeśli odezwie się do mnie wreszcie ta chora baba od projektu, to wtedy będę mogła sobie na to pozwolić, ale z drugiej strony trochę bez sensu jechać nad polskie morze we wrześniu... Tam już się robi zimno w sierpniu! A co dopiero we wrześniu? Zresztą to już koniec sezonu i wszystko to, co fajne jest pozamykane. No i gdzie ja kupię pamiątki? Pamiętam jak byłam kiedyś z rodzicami, w drugiej połowie sierpnia w Karwii, już niewiele straganów i innych podobnych rzeczy było pootwieranych. Nic dziwnego, to się po prostu nie opłaca.
28 lipca 2008 × komentarze (8)