Żeby nie zapomnieć...
Miłość jest jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu. A następnego dnia chcesz więcej. I choć jeszcze nie wpadłeś w nałóg, to jednak poczułeś już jej smak i wierzysz, że będziesz mógł nad nią panować. Myślisz o ukochanej osobie przez dwie minuty, a zapominasz o niej na trzy godziny. Ale z wolna przyzwyczajasz się do niej i stajesz się całkowicie zależny. Wtedy myślisz o niej trzy godziny, a zapominasz na dwie minuty. Gdy nie ma jej w pobliżu - czujesz to samo co narkomani, kiedy nie mogą zdobyć narkotyku. Oni kradną i poniżają się, by za wszelką cenę dostać to, czego tak bardzo im brak. A Ty jesteś gotów na wszystko, by zdobyć miłość.
Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam... - Paulo Coelho.
3 lipca 2007 × komentarze (2)
Ja widzę, że to nasze spotkanie (w sensie, że moje i Marcina) odniosło sukces. Wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Aż trudno w to uwierzyć, prawda? Teraz można powiedzieć, że między nami jest jak dawniej. Może nie do końca bo w życiu już tak bywa, że nie ma dwóch takich samych rzeczy czy sytuacji. W każdym razie - wszystko ok.
Moim największym zmartwieniem jest uczelnia. Oczywiście studia wieczorowe czy też zaoczne odpadają. O psychologii dziennej mogę sobie pomarzyć. Aktualnie złożyłam papiery na architekturę krajobrazu (dzisiaj miałam egzamin z rysunku -
O dopomóż mi Panie!) i technologię żywienia na Uniwersytecie Nauk Przyrodniczych we Wrocławiu oraz na kilka kierunków (coś w rodzaju finanse, zarządzanie i takie tam inne nudziarstwa) na Akademi Ekonomicznej we Wrocławiu. Wiadomo, że najbardziej zależy mi na tym pierwszym... Zobaczymy jak to będzie, nie ma co się martwić na zapas. Ogólnie to cieszę się, że tą całą bieganinę (nigdy nie zapomnę jak usunęłam formularz zgłoszeniowy na architekturę krajobrazu) mam już za sobą, a przynajmniej tak mi się wydaje.
Ostatnio z nudów weszłam na czata. I szczęście (albo i pech) chciało, żebym poznała pewnego sympatycznego chłopaka. Kaśka już się ze mnie nabija, że wszystkich moich kolegów poznałam przez Internet. No trudno się mówi, zdarza się. Najczęściej gdy wchodzę na jakieś
czaterie czy inne bzdety to tylko po to, żeby się ponabijać z ludzi i od czasu do czasu poprawić sobie przez to humor. Ogólnie to rzadko się zdarza, żebym poznawała kogoś ciekawego. W każdym razie jakiś czas temu tak właśnie się stało. Adrian (bo tak ma na imię) jest naprawdę bardzo sympatyczny. Właściwie to czasami dochodzę do wniosku, że aż za bardzo sympatyczny. Słodzi mi na każdym kroku. A wszystko pewnie dlatego, że nawet nie wie, że mam chłopaka. Po co mam mu mówić? Tak, wiem, jestem podła. Ale ja naprawdę niczego takiego nie robię, gdyby mnie zapytał czy jestem w kimś zakochana odpowiedziałabym bez żadnych oporów, że tak. Tym bardziej, że rozmawiamy tylko przez Gadu - Gadu. Mi to wystarczy.
4 lipca 2007 × komentarze (5)
Marzą mi się te pocałunki i pieszczoty. Marzy mi się Twój dotyk z rana, Twoje zaspane spojrzenie, Twoje smukłe ciało... Po prostu wszystko to, co tworzy Ciebie. Każdy pieg na Twojej twarzy, choć prawie niewidoczny jest przeze mnie ukochany, każda długa, jasna rzęska, paluszek, paznokieć, miękkie blond włosy... Kocham w Tobie wszystko.
I znów włącza się we mnie syndrom tęsknoty. Ale zakochani już tak mają, że bez siebie żyć nie mogą. Poproszę go, żeby na dniach przyjechał do mnie. Przez pół doby nikogo nie ma u mnie w domu, więc mogłoby być przyjemnie, bardzo przyjemnie.
5 lipca 2007 × komentarze (3)
Siedzę całymi dniami i czytam książki, ślęczę przed komputerem i od czasu do czasu karmię babcię... Dopóki moja mama nie będzie kończyła pracy jak wcześniej tak właśnie będzie wyglądało moje życie. Z jednej strony to dobrze, z drugiej jednak źle, bo ileż można czytać, jeść, pić i palić papierosy? Ja chcę się uwolnić z domu. To znazcy... Uwalniam się, ale tylko na maksymalnie dwadzieścia minut, po to aby umożliwić mojemu psu, a raczej suczce oddanie moczu tudzież kału. A wszystko przez to, że mieszkam z chorą babcią...
Jak już wspomniałam czytam książki... Aktualnie kończę
Majtreji, czyli powieść pożyczyną od mego lubego (czyt. Marcina). Aż dziw człowieka bierze, że jest to jedna z jego ulubionych historii. Kto by pomyślał, że faceta może zainteresować, a nawet zaintrygować romans Bengalki z Anglikiem. Oczywiście to jak najbardziej na plus u niego, aczkolwiek to nie zmniejsza mojego zdziwienia. Mój skarb jednak jest wrażliwy.
Idę zjeść pudding. Tak się tylko zastanawiam. Czekoladowy czy waniliowy?
6 lipca 2007 × komentarze (7)
Skończyłam
Majtreji. Marcin spytał mnie jak mi się podobała. Odpowiedziałam tylko, że byłam w szoku. Gdy zapytał mnie dlaczego, to stwierdziłam, że główny bohater - Allan jest w pewnych momentach do niego bardzo podobny, jednak on jakoś nie był w stanie mi uwierzyć. Odparł tylko, że tam miłość pokazana jest w taki sposób, w jaki on ją rozumie, co czyni tę książkę jego ulubioną. Wzruszyłam się...
Znalazł ją na strychu w Sosnowcu, w mieszkaniu swojego zmarłego ojca. Mówi, że gdy tam przebywa (rzadko, bo rzadko, ale jednak) jest mnóstwo rzeczy, które na każdym kroku przypominają mu o nim. Miałam ochotę napisać mu SMSa jak bardzo chciałabym go teraz przytulić, ale wiem, że on nie lubi, gdy ktoś się nad nim lituje. Zresztą słowa to nie to samo co czyny, więc tylko powiedziałam, że mam podobnie gdy zaglądam do szuflady i odnajduję rzeczy, które kojarzą mi się z moim dziadkiem.
Marcin od piętnastego do dziewiętnastego lipca wziął sobie wolne. Pewnie ze względu na moje (15 VII) i jego (19 VII) urodziny. Chciałabym do niego pojechać. Jeśli dostanę się na studia to muszą mi pozwolić na ten wyjazd. Bez względu na babcię... Wtedy będzie już moja siostra i ona może się nią zajmować. Mi należy się chwila wytchnienia u boku kogoś, kogo bardzo kocham. Zresztą nigdy nie byłam u Marcina, więc teraz jest ku temu świetna okazja.
W ogóle to zastanawiam się co mu kupić na urodziny. Dużo osób mówi, że powinnam zrobić coś własnoręcznie, jakieś zdjęcie nasze (szkoda, że jeszcze nie mamy porządnej, wspólnej fotki...), albo moje wsadzić w antyramę, albo wydrukować na wielkim formacie... Hmmm... Nie wiem, to raczej odpada. Najchętniej kupiłabym mu książkę, ale taką, do której będzie wracał, a wiem, że o takie coś bardzo trudno. Nie wiem, muszę pobiegać po sklepach. Marcin co prawda zażyczył już sobie dawno temu mnie w samej czerwonej kokardce, ale to chyba odpada, hehe...
7 lipca 2007 × komentarze (7)
Powoli dochodzi trzecia trzydzieści. Lubię tę godzinę, bo wtedy dokładnie nie wiadomo czy jest to jeszcze noc czy poranek. Wszystko jest takie niepewne. Patrzę w niebo i zastanawiam się czy ono już jaśnieje, czy jeszcze jest ciemne. Jest takie bordowe. Gdy zaglądam przez okno widzę, że w bloku znajdującym się naprzeciwko nie pali się ani jedno światło, w ani jednym mieszkaniu. Wszyscy śpią i śnią.
Pięknie jest między trzecią a czwartą. Najlepsza pora na przemyślenia i refleksje (oczywiście pod warunkiem, że nie jesteśmy zmęczeni). Szkoda, że nie trwa wieczne, ale jak to mówi stare porzekadło:
Wszystko co dobre szybko się kończy i zgodnie z tą regułą im bliżej czwartej tym niebo nabiera swych dziennych bartw i z minuty na minutę, z sekundy na sekundę błękitnieje.
10 lipca 2007 × komentarze (5)
Możecie mi teraz mówić
per studentka. Dzisiaj zobaczyłam swój PESEL na liście osób przyjętych, na pierwszy rok studiów, na kierunek
Technologia żywności i żywienie człowieka, na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Co to oznacza? A mianowicie to, że już mam spokojne wakacje! Co prawda pozostało mi jeszcze trochę formalności, ale to już pikuś w porónaniu z tym bieganiem za papierami i czekaniem na wyniki. Jestem trochę zła na zaistniałą sytuację, ponieważ chyba zgubili gdzieś mój PESEL i nie ma mnie na liście osób, które starały się o przyjęcie na architekturę krajobrazu... Wychodzi na to, że nie zapłaciłam osiemdzesięciu pięciu złotych, nie złożyłam formularza, kopii dowodu osobistego, dowodu wpłaty i nie byłam na egzaminie z rysunku. Porażka z tymi uczelniami.
W każdym razie jesetm w pełni szczęśliwa, bo dostałam się na kierunek, na którym nawet mi zależało. Jest bosko. Dzisiaj idę opić wyżej opisane wydarzenie i wcale nie mam zamiaru sobie żałować płynów. A co się będę, nie? Tym bardziej, że miejsc na ten kierunek było dwieście szesnaście, lecz niestety aż osiemset chętnych. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że dostanę się tam... W pewnym momencie już myślałam, że nigdzie mnie nie przyjmą!
W każdym razie teraz kolejny etap moich wakacji, który będzie się nazywał
Namawianie rodziców na wyjazd do Marcina. Dostałam się na studia, muszą mnie puścić, ha!
11 lipca 2007 × komentarze (12)
Podgryzam czekoladę... cholera! Poszła już prawie cała tabliczka, nie mam skrupułów co do swojego ciała, nie mam. Ja powinnam zacząć dbać o linię, ale gdy widzę w szafce biało - czarną czekoladę mówię sobie pod nosem:
A co tam, na czekoladę mogę sobie pozwolić... I rzeczywiście tak robię, choć nie powinnam.
Nie wiem jaki sukces odniosła mama, ale wiem, że mój jest godny podziwu. Udało mi się przekonać rodzicielkę, żeby puściła mnie do Marcina, a raczej, żeby namówiła do tego tatę. Zapewne przed samym wyjazdem będę musiała ich zapewniać, że: nie będę uprawiała seksu, nie będę palić papierosów, nie będę pić alkoholu, nie będziemy nigdzie łazić po nocach... Oczywiście z ręką na sercu przyżeknę mu to wszystko po czym pojadę z myślą o tych właśnie wyczynach i pierwsze co zrobię przed wejściem do pociągu to odpalę papierosa, a u Marcina będzie mnie czekała namiętna noc z dodatkiem alkoholowym. Tato, ja nie jestem dzieckiem. Dorosłym co prawda też nie... Jestem zawieszona tak w toni pomiędzy dzieciństwem a dorosłością i tylko czekam aż przekroczę tą magiczną granicę.
Teraz niedobrze mi od tej czekolady. Hmm... Przynajmniej będę mieć przez jakiś czas święty spokój z chęcią na tego typu łakocie.
Cały czas coś czytam. Powracają tamte lata, kiedy z nosem w książkach potrafiłam spędzać całe godziny, a nawet dnie. Siedziałam wtedy i jedna za drugą szła. Wszystko to dopóki nie dopadł mnie świat rodem z dwudziestego pierwszego wieku. Era komputerów, odtwarzaczy mp3 i aparatów cyfrowych. Do tego pojawiły się imprezy, szaleństwa i całkiem inne życie. Wtedy książki poszły w odstawkę. Teraz gdy imprezy nie bawią mnie jak kiedyś, teraz kiedy nocne szaleństwa to dla mnie średnia rozrywka powraca statyczny świat zatapiania się w literaturze. Aktualnie na tapecie jest Anna Gavalda i jej powieść
Po prostu razem. W ogóle to powinnam coś napisać. Jakieś opowiadanie albo wiersz. Dawno nie tworzyłam tego typu sztuki, pani C. będzie ze mnie niezadowolona jak się dowie, że ostatnio zdradzam panią literaturę z panią fotografią. Ach Boże, daj weny trochę.
12 lipca 2007 × komentarze (5)
Jutro jadę do Gdyni, do Marcina. Jutro mam urodziny, ostatnie naste. Właściwie to mogę powiedzieć, że już za trzy godziny i dwadzieścia osiem minut skończę dziewiętnaście lat. Gdy byłam dziesięciolatką mówiłam, że jeszcze drugie tyle i będę mieć męża, wyprowadzę się z domu... Ależ ja byłam głupia! Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak naprawdę wciąż będę dzieckiem i wciąż będę mieć mnóstwo zakazów i nakazów ustalanych odgórnie od rodziców. Śmieszna byłam. Ale sądzę, że nie tylko ja tak myślałam. Uważałam, że ktoś, kto ma już te dziewiętnaście czy dwadzieścia lat musi być naprawdę dorosłym i inteligentnym człowiekiem. A tu co? A tu szczeniactwo, szczeniactwo, powtarzam.
Kupiłam, a raczej moja mama (kochana mamusia) kupiła Marcinowi prezent (on ma urodziny dokładnie cztery dni po mnie). Chodziłam po Pasażu Grunwaldzkim i zastanawiałam się co mogę kupić mojemu chłopakowi. Myślałam nad jakąś koszulką z fajnym nadrukiem, potem nad czarną koszulą, ale wszystko co widziałam było conajmniej beznadziejne, a gdy pojawiło się coś, co prawdopodobnie mogłoby mu się spodobać kosztowało majątek... Wróciłam do domu i zaczęłam marudzić mamie, że nie mam pojęcia co mu kupić. Rodzicielka wpadła na pomysł, żeby kupić perfumy. Popatrzyłam na nią i powiedziałam tylko, że nie stać mnie na tak drogi prezent, a jakiegoś badziewia za trzydzieści złotych nie będę mu kupować, bo to nie ma sensu. No to mama z dobroci swojego serca powiedziała, że będzie dzisiaj na Oławskiej i zerknie do rozlewni perfum. I co? I kupiła dla mojego Marcina perfumy
Hugo Boss, pachną ślicznie...! Do tego w bardzo ładnej buteleczce, w sam raz na prezent. Do tego zakupiła mi mały flakonik moich ukochanych
Amor Amor. Nie jest to jakieś barachło, które po pół godzinie wietrzeje i już nic nie czuć. Do tego wybrałam się do sklepu i wróciłam z antyramą i papierem fotograficznym. Wydrukowałam swoje zdjęcie... I taki będzie mieć uroczy prezencik. Sądzę, że to chyba wystarczy. Będzie ładnie pachniał i miał mój wizerunek.
Już nie mogę doczekać się jutrzejszego dnia. Powinnam zacząć powoli depilację, prasowanie i mycie głowy. Ale kurczę... Od czego to wszystko zacząć? Nie wiem. Cholernie boli mnie głowa, nic mi się nie chce. Brak mi entuzjazmu do jakiegokolwiek zajęcia. Zmuszam się.
14 lipca 2007 × komentarze (4)
Już dzisiaj jadę do Gdyni. Mam nadzieję, że będzie tak, jak być powinno. Nie wymagam wiele. Po prostu nie chcę kłótni z Marcinem, nie chcę, żeby spał całymi dniami i chcę porobić trochę zdjęć.
Mój luby skopał sprawę... Miał przyjechać do Wrocławia koło osiemnastej. Niestety nie udało mu się wstać. No trudno. Wsadził swoje cztery litery w pociąg, który wyjechał z Gdyni o czternastej pięćdziesiąt jeden.
Dziękuję wszystkim za życzenia urodzinowe. Dzisiaj odniosłam wrażenie, że dostałam ich więcej aniżeli na osiemnastkę. Fajnie. Mam nadzieję, że się spełnią. Idę jeszcze dopakować ręczniki i prostownicę do włosów. Życzcie mi miłej zabawy.
PS Mam dziewiętnaście lat. Rozpoczęłam dwadzieścia. Chyba jestem przerażona!
15 lipca 2007 × komentarze (3)
Wczoraj wróciłam z Gdyni. Wróciłabym dopiero dzisiaj gdyby nie fakt, że Marcin uparł się, że na swoje urodziny chce być sam i koniec kropka. Płakałam przez to, a on się wkurzał... A potem ja płakałam, że on się wkurza, a on już nie mając siły do tego wszystkiego po prostu się nie odzywał. Na swoje urodziny usłyszałam tylko:
Wszystkiego najlepszego, aniołku... Nawet złamanego kwiatka od niego nie dostałam. No bo po co, nie? Właściwie to nie powinnam mu tego wyrzucać, bo będąc u niego kupował mi co tylko chciałam. To znaczy moje wymagania nie były zbyt wygórowane, ale sam fakt, że kupił mi nawet bilet w stronę Gdyni. Na drogę powrotną też pewnie by mi kupił tylko, że nie miał kasy (to znaczy myślał, że nie ma, dopiero gdy zajrzał do zawartości konta bankowego okazało się, że ma jeszcze sześćset złotych, ale dowiedział się o tym dopiero po moim wyjeździe, nieważne zresztą...).
W każdym razie kłóciliśmy się aż za często i aż o byle co. Jeszcze niebezpieczny jest mój zbliżający się okres i związane z tym humorki. Marcin, jako przyszły psycholog stwierdził, że to nie jest wytłumaczenie, bo tak naprawdę tylko pięć procent kobiet cierpi na zespół napięcia przedmiesiączkowego. A skąd on może wiedzieć, że ja nie należę do tych pięciu procent?! W każdym razie on nie jest kobietą, nigdy nie miał okresu i sądzę, że mieć nie będzie... Skąd wobec tego ta pewność? On nie ma prawa wypowiadać się w tej kwestii. Co tam badania?! Trzeba być kobietą, żeby powiedzieć coś na ten temat.
My, najbardziej kochamy się, gdy jesteśmy oddaleni od siebie o jakieś pięćset kilometrów. Wtedy to czytam SMSy jaka to ja jestem cudowna, jak bardzo chciałby mnie pieścić, jak bardzo mnie kocha i takie tam. Przyznał mi się nawet, że chyba powoli zaczyna żałować, że nie pozwolił mi zostać na jego urodziny u niego. Och... Jakąż ja radość i satysfakcję czułam, kiedy to przeczytałam. I dobrze mu tak... Ja go prosiłam, mówiłam mu, płakałam, że lepiej będzie, żebym została do piątku, że razem miło spędzimy ten czas. Marcin zaparł się i powiedział
NIE, no a ja przecież nie będę na siłę u niego siedziała. Dopiero jak zapakował mnie do pociągu i usiadł obok mnie na chwilę, bo do odjazdu było jeszcze dwadzieścia minut i przytulił mnie sam z siebie...
-
Przepraszam... - powiedział całując mnie w policzek.
-
Za co?
-
Za to, że taki dla ciebie byłem...
Dlaczego dopiero gdy mamy się rozstać w oczach zbierają nam się łzy, zaczynamy się całowac namiętniej niż kiedykolwiek i mówić sobie czułe słówka? Dziwne to.
-
W sierpniu będzie lepiej - odparłam.
Tak, bo w sierpniu też mam zamiar na jakieś trzy dni do niego przyjechać. Niech tylko tak sobie ułoży grafik, żeby miał te trzy dni pod rząd wolne.
Nie mówię, że w Trójmieście było tak całkiem źle. Ogólnie to doszłam do wniosku, że tam jest zupełnie inne życie. Ludzie są całkiem inni i czas płynie nie tak, jak u nas we Wrocławiu. Tam, gdy wychodzi się w nocy nie czuje się, że tyka zegarek i takim sposobem w domu jest się dopiero grubo po szóstej rano, gdy już słońce wschodzi. Nie powiem... Były miłe chwile z moim Marcinem. Byłam u niego w pracy... Myślałam, że nienawidzę
tego miejsca i uważałam, że zabiera mi Marcina. Właściwie to nadal tak sądzę, ale w tym momencie jestem w stanie go zrozumieć. Nawet zdjęcia nie potrafią oddać tego klimatu i tego piękna... Ja byłam w szoku.
W każdym razie już w ten poniedziałek wyjeżdżam z Kaśką, Emilą i jej siostrą nad morze, tylko tym razem do Międzyzdrojów. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić... Mam nadzieję...
20 lipca 2007 × komentarze (3)
Już jutro, dokładnie dwanaście minut po północy wyjeżdżam z Wrocławia do Międzyzdrojów. Nie biorę swojego aparatu - to postanowione. Boję się go brać bo kosztuje zbyt wiele a w namiocie nie mogę go trzymać, gdy żadnej z nas w nim nie będzie. Wobec tego tato pozwolił mi pożyczyć swojego dobrego i poczciwego Premiere - zwykły, mały kompakcik. Przynajmniej wszędzie go schowam a jakość zdjęć jest całkiem niezła.
Byłam dzisiaj na zakupach przedwyjazdowych. Nie muszę chyba wspominać, że na moje przyjaciółeczki nie miałam co liczyć. Emila ma zaczerwienione oko po operacji z henną i cytryną (brawo dla tej pani!), a Kasia oczywiście wcześniej była z siostrą w Galerii Dominikańskiej na rowerze i kilka godzin później nie mogła ze mną pojechać. Ale ja się nie będę prosić, bo jak to tak? Szczerze mówiąc takie samotne zakupy są chyba przyjemniejsze aniżeli takie z kimś u boku. Co prawda moje koleżanki już powoli wyleczyły się z mojej wybredności i godzinnego poszukiwania jednej rzeczy (oczywiście nie wszystkie się wyleczyły, ale te, z którymi chodzę najczęściej to tak), ale to jednak pewien komfort, że nie mam nad uchem brzęczącej muchy, która oprócz tego, że brzęczy to jeszcze marudzi.
Przeraża mnie ta kolejna siedmiogodzinna podróż. Niedługo pociąg z Wrocławia nad morze stanie się moim drugim domem! Szczerze mówiąc z jednej strony nie mam chęci, żeby tam jechać, ale z drugiej brak rodziców i ich narzekania sprawia, że mimowolnie uśmiecham się do tych myśli. Oby nie za często być w domu, schodzić im z drogi, panować nad sobą gdy po raz setny oskarżają Cię o coś, czego nie zrobiłaś.
Dzisiaj ojciec mnie rozwalił, podwójnie nawet. Po moim powrocie z Gdyni nie widziałam się z tatą, ponieważ tamten był w Polanicy. Gdy tylko zajrzał do mojego pokoju zapytał mnie jak było. Odpowiedziałam, że fajnie, na co on:
A młodych z tego nie będzie? Już miałam ochotę odwarknąć mu, że braku ciąży nie mogę mu zagwarantować, bo Marcin prezerwatywę zakładał jak czuł, że dochodzi, a w międzyczasie niewiadomo co się tam działo... Ale ja tylko spojrzałam na niego i popukałam się w czoło. Potem ojciec poinformował mnie, że dzwonili babcia z dziadkiem.
-
Spytali się czy jesteś w domu - mówi -
a ja im odpowiedziałem, że jedziesz nad morze. A babcia zaraz: "Do tego jej chłopaka?", na co ja im odpowiedziałem, że nie, że z koleżankami...
-
To trzeba było im powiedzieć, że u Marcina już byłam - odparłam patrząc na niego pobłażliwie.
-
Nie mógłbym, wstyd mi!
Czasami mam ochotę stąd uciec. Dlaczego moi rodzice nie są w stanie zrozumieć, że mi na Marcinie zależy? Jak to kiedyś powiedział Filip, kolega z gimnazjum:
Banda idiotów! I w tym momencie mogę powiedzieć o swoich to samo.
22 lipca 2007 × komentarze (5)
Tak się zastanawiałam czy teraz wziąć się za pisanie tej notki. Chyba nie mam wyjścia, muszę po krótce streścić co działo się w Międzyzdrojach. Jak się okazało miałam jak zwykle rację. Niepotrzebnie po raz kolejny wybrałyśmy to miasto. A dlaczego? A no dlatego, że przechadzanie się po raz enty tymi samymi uliczkami wieczorem czy też za dnia stawało się nudne, co sprawiało, że nie miałyśmy co robić. Kluby? Były, ale my do nich nie chodziłyśmy. Między innymi dlatego, że wstęp kosztował aż dziesięć złotych, a my to przecież sknery okropne i nic na to nie poradzimy. Ponadto miałyśmy na karku szesnastoletnią Beatę - siostrę Emili, a jej nigdzie i tak by nie wpuścili. Wobec tego imprezowanie w klubach sobie darowałyśmy.
Myślę tak sobie, że chyba więcej nie będzie mi się chciało z nimi jechać na wakacje ponieważ momentami drażniły mnie niesamowicie. Zapewne ja ich też. Ale trudno się mówi. W każdym razie nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Była kupa śmiechu i trochę piwa, ponadto wyścigi pod prysznic (które i tak często kończyły się fochami bo
ja chciałam pierwsza, a mi włosy nie wyschną).
Dwa dni przed naszym powrotem tuż obok naszych syfiastych namiotów (a konkretnie mojego i Kaśki syfiastego, bo miałyśmy tam niezły bałagan) rozbiła się banda alkoholików, którzy dwadzieścia cztery godziny na dobę byli pijani. To znaczy nie wszyscy, ale najczęściej jeden chłopak - Tomek. Dostarczali nam rozrywki w postaci ich kretynizmu. Jedna dziewczyna wysłała swojego kolegę z czajnikiem aby zagotował wodę. Tamten zniknął na dwadzieścia minut z magicznym urządzeniem, podłączył go do prądu po czym wrócił z zimną wodą, bo zapomniał przycisnąć. To było żenujące i rozwalająco śmieszne w jednym. Gdy siedziałyśmy z Kaśką w namiocie i usłyszałyśmy o tym dostałyśmy ataku śmiechu. Nasi kochani sądziedzi potrafili siedzieć przez całą noc i nad ranem przed swoimi namiotami mówiąc:
Sąsiadki... Napijcie się z nami! Kochane sąsiadki... Codziennie rano słyszałyśmy tylko:
Kto idzie do monopolowego po browar? Albo:
O kurwa! Znowu obudziłem się zajebany! Chyba im współczuję. Choć powiem, że ostatnią noc, a raczej już poranek spędziłyśmy w ich towarzystwie.
Ładną i słoneczną pogodę mieliśmy niezmiernie rzadko. Plażę w celach opalania się i kąpania odwiedziłyśmy niestety tylko dwa razy. Na całe szczęście zdążyłam złapać trochę kolorków.
Zdjęć mamy full, może pokażę coś na swoim fotologu. To znaczy raczej na pewno coś pokażę. W końcu widoczków trochę jest, a szczególnie tych z wycieczki do Świnoujścia, którą sobie zrobiłyśmy jednego chłodnawego dnia. Będąc w tym mieście myślałyśmy, że nam nogi odpadną. Przeszłyśmy całe Świnoujście wzdłuż i wszerz, w sumie w celu poszukiwania dobrej restauracji tudzież pizzeri z przyzwoitymi cenami. I wiecie co? Znalazłyśmy!
30 lipca 2007 × komentarze (4)
Ja chyba mam jakieś problemy ze swoją psychiką. Powinnam wybrać się do lekarza. Nerwy puszczają mi zbyt szybko. Ostatnio w Międzyzdrojach byłam tak bardzo wściekła, że zwyzywałam Emilę... Swoją drogą nie przez przypadek akurat ją, ponieważ moja niby przyjaciółka doprowadzała mnie swoimi minami do rozstroju nerwowego. Fakt faktem nie powinnam AŻ TAK jej pojechać, ale przyczynił się do tego mój tato, który nie chciał mi doładować trzech złotych abym mogła z bankomatu wyjąć całej dychy (jakby to był wielki problem dla niego). Potem podałam jej rękę i przeprosiłam ją za moje zachowanie bo rzeczywiście - nie powinnam... Tylko co najlepsze? Przez drugi dzień wszystko było w miarę okej, w pociągu nawet poszłyśmy same we dwie zapalić papierosa (mojego...), załatwiłam nam wszystkim transport spod dworca do domu (w postaci mojego taty), a teraz zagaduję ją na Gadu - Gadu, a ona, że ja tylko wyzywać i przeklinać potrafię, i to wychodzi mi najlepiej. I ogólnie jaka to ja beznadziejna jestem, że powinnam się hamować i zastanawiać zanim cokolwiek powiem. I jeszcze do tego dorzuciła mi, że powiedziałam do niej tylko:
Podaj łapę, że to niby były moje przeprosiny, gdzie ja ładnie i wyraźnie powiedziałam:
p r z e p r a s z a m. Nie, Emila, wybacz, ale ja nie mam zamiaru rzucać się na kolana i Ciebie przepraszać, na to mnie nie stać.
Dziwi mnie tylko, że jakoś z Kaśką się tak nie pokłóciłam, z Beatą również tylko akurat z Emilą. Wychodzi na to, że to nie tylko ze mną jest coś nie tak. No... Ja przynajmniej nie jestem fałszywą suką, tak jak ona, bo chyba wolałabym, żeby w ten ostatni dzień w ogóle się do mnie nie odzywała, aniżeli zrobiła ze mnie idiotkę. Poczułam się sponiewierana.
Ludzie mówią, że powinnam panować nad swoimi nerwami, nad swoim zachowaniem, ale... Ale ja nie mogę! Nie potrafię chować swoich emocji, często z ledwością chowam łzy. Mówią, że muszę się tego nauczyć, ale ja nie mogę, po prostu NIE MOGĘ. I nic na to nie poradzę. Nikt nie jest mną i nie wie co czuję, gdy emocje się we mnie nawarstwiają, a szczególnie te silne. Staram się z tym walczyć, ale ta walka nic mi nie daje.
31 lipca 2007 × komentarze (2)
I siedziałam tak sama w McDonaldzie, czytałam książkę i popijałam niezbyt słodką kawę. Jakoś nie przeszkadzał mi ogólny chaos i miastowy gwar równie miastowych ludzi, zupełnie.
W pewnym momencie zabrzęczał mi telefon i otrzymałam kolejnego SMSa od mojego Marcina:
Przeszedłem przez cały jarmark dominikański i nic nie znalazłem, ale już chyba wiem co Ci kupię. To już koniec świata, żeby własnemu facetowi wygarniać, że nie dostało się na urodziny nawet złamanego chwasta z trawnika. Szlag mnie trafiał, gdy na myśl, że gdy jego była miała urodziny w styczniu (już byliśmy razem) on pobiegł do niej z kwiatkiem i życzeniami, a ja nie dostałam nic i pewnie gdyby nie to, że specjalnie w dniu swoich urodzin nawiązałam do tego tematu pewnie życzeń także bym nie usłyszała. Ale
okej, okej, chłopak chce mi to wynagrodzić, i bardzo dobrze.
I gdy tak czytałam
Szklany klosz podszedł do mnie pan z obrazkami świętymi, wręczył mi je z uśmiechem i poprosił o drobne. Może i rzuciłabym mu jakieś pięćdziesiąt groszy, ale odparłam mu tylko, że mam same miedziaki, więc poszedł sobie zostawiając mi obrazki, rzuciłam na nie okiem i wróciłam do lektury. Potem podszedł kolejny facet... Tyle tylko, że poprosił mnie o to, abym kupiła mu coś do jedzenia. Już lecę, siedzę nad pustym kubkiem, czytam książkę i na pewno mam pieniądze, żeby zasponsorować mu kolację w McDonaldzie.
-
Sama nie mam pieniędzy - odparłam na jego prośby i po dokończeniu strony zamknęłam książkę i opuściłam tą restaurację z niezdrowym żarciem.
A na ustach robi mi się opryszczka. Szlag! Trzeba biec po jakiś specyfik, albo smarować pastą do zębów. Cholerstwo jedno swędzi jak nie powiem co. Mam nadzieję, że szybko się jej pozbędę, bo niedługo ma przyjechać Marcin.
W ogóle wracając do mojego chłopaka to nawet przyznał mi się, że po moim powrocie bał się, że z nim zerwę. Kochane stworzenie... Hehe, czasami jestem podła, wiem.
31 lipca 2007 × komentarze (3)