Dawno mnie tu nie było - wiem. Dlaczego? Sama nie wiem, chyba zabrakło mi chęci na opisywanie swojego życia, które wciąż się ciekawie kręci wokół pewnych wartości jak nauka czy też uczucia. Zaliczyłam wszystkie ćwiczenia oprócz chemii, ta czeka na mnie we wrześniu. Podczas ostatnich zajęć zdałam sobie sprawę, że ja tych ludzi nie mogę od tak sobie po prostu opuścić. Nie to, żebym była jakoś szczególnie związana z nimi emocjonalnie, ale w jakiś sposób na pewno. Że Karolina rezygnuje to wiem na pewno, a szkoda, bo zgrana była z nas para. Postanowiłam stawić czoła tej nieszczęsnej chemii. No bo skoro udało mi się pozaliczać inne przedmioty (jutro egzamin z fizyki!) to dlaczego chemia miałaby nie wyjść?
Kiedyś Kamila powiedziała mi, że przed problemami nie można uciekać, że trzeba z nimi walczyć. I tutaj właśnie sytuacja z chemią organiczną jest idealnym tego przykładem. Dlaczego? A no dlatego, że w gruncie rzeczy to ze względu na to chciałam zrezygnować ze studiów. Ale rok w plecy, nowe środowisko... To wcale nie jest jakaś szczególnie optymistyczna wersja wydarzeń, wcale mi się to nie uśmiecha! Będę się uczyć w wolnych, wakacyjnych chwilach chemii (jak to strasznie brzmi!) i pójdę we wrześniu, i ją zaliczę...! Zobaczycie! Ale tak awaryjnie to złożę papiery na Uniwerystet Ekonomiczny, no bo co jak mi się nie uda? Rodzice chyba zabiliby mnie i ja sama nie miałabym za bardzo co z sobą robić.
To śmieszne, ale już za nami połowa czerwca. Dlaczego ten czas tak szybko leci? Ja jeszcze pamiętam Sylwestra w Sopocie, przy zmywaku, pamiętam jak płakałam za Marcinem, jak przeżywałam rozstania... Pamiętam jak jeszcze nie miałam kolczyka w brodzie, jak jeszcze nie znałam Pana G., jak jeszcze nie znałam Michała, jak jeszcze nie wiedziałam, co będzie się działo w moim życiu. Przez te pół roku nastąpiła rewolucja. Czy się zmieniłam? Owszem, i to bardzo. Chyba jeszcze nigdy nie nastąpiła we mnie taka wewnętrzna, gwałtowna (i zewnętrzna swoją drogą też) zmiana. Teraz podchodzę do wielu spraw zupełnie inaczej, mam inne upodobania, myślę też nieco inaczej. Szczerze? Cieszy mnie to przeogromnie, bo z moim aktualnym ego czuję się znacznie lepiej, naprawdę.
W środę moi rodzice wyjechali do Warszawy, mama miała jakieś sympozjum (nawet nie wiem dokładnie czego ono dotyczyło), więc nie było ich przez całe trzy dni. Musiałam wykorzystać ich nieobecność i pojechałam pierwszego dnia do Kamili. Nie, nie do niej do domu, tylko do jej siostry, której oczywiście tam nie było. Zostawiła Kamili pod opieką swój dom na snobistycznym osiedlu, na krańcach naszego pięknego Wrocławia. Byliśmy w trójkę - ja, Kamila i Pan G. Siedzieliśmy do późnej nocy i piliśmy alkohol. Ja, jedząc
Merci i popijając jakieś kanadyjskie (?) wino uczyłam się języka francuskiego.
-
O stara, normalnie francuski klimat mam! - powiedziałam śmiejąc się i w myślach powtarzając kolejne słówka. Pomyślicie pewnie, że tak naprawdę to nic nie wyszło z tej mojej nauki i następnego dnia zawaliłam to, co miałam zaliczać, ale nie! W indeksie, obok
język francuski widnieje pięknie ocena dobry z plusem! Ha!
W każdym razie u Kamili spędziliśmy w zasadzie trzy dni, bo wróciłam dopiero w czwartek późnym wieczorem, razem z kibicami, którzy wciąż krzyczeli:
Sędzia kalosz!!! Oczywiście z wiadomych przyczyn, bo każdy wie, co się stało podczas meczu Polska - Austria. Ciekawie było, nie powiem.
Michał wreszcie oddał pracę magisterską! Co prawda dwa dni po tym w ogóle się do mnie nie odzywał, co wczoraj zaczęło mnie okropnie niepokoić. Dni ciszy są okropne i najczęściej nie wróżą niczego dobrego. A ja zbyt wiele poczułam do Michała, żeby mógł mnie tak nagle zostawić. Jednak później otrzymałam wiadomość na Gadu-Gadu, że on po prostu musiał odespać te wszystkie bezsenne noce. Odetchnęłam z ulgą i stwierdziłam, że ma rację. Biedny chłopak, rzeczywiście niewiele spał, całymi dniami i nocami ślęczał przed komputerem i pisał. A gdy dowiedział się, że czas, jaki mu pozostał na pisanie pracy życia został gwałtownie i dość diametralnie skrócony to pisał jeszcze więcej. Trzeba będzie jakoś uczcić ten fakt, że zbędny balast (on tak właśnei traktował swoją pracę magisterską) już zniknął. Ostatnio widzieliśmy się we wtorek (i to też na chwilkę) i już się za nim stęskniłam.
15 czerwca 2008 × komentarze (7)
Z Michałem to jest tak, że jak nie praca magisterska to jakieś sprawy związane ze studiami doktoranckimi. No szlag człowieka może trafić! Ostatnio już nie wytrzymałam i powiedziałam mu, że jak obroni pracę magisterską, a potem doktorancką to niech się do mnie odezwie.
-
No... To może zgłoś się do mnie za cztery lata - powiedział śmiejąc się a ja na niego spojrzałam ledwo powstrzymując śmiech. Mówię Wam, nie jest łatwo mieć faceta naukowca. Z jednej strony jestem strasznie z niego dumna, ale z drugiej denerwuje mnie, że tak mało ma dla mnie czasu, choć on twierdzi, że poświęca mi go aż nadto, że żadnej kobiecie jeszcze tyle go nie dawał. No cóż... Ciekawe co będzie jak mi przyjdzie pisać pracę magisterską i pracować.
Ja to zawsze mam z facetami ten sam problem. Najchętniej spędzałabym z nimi całe dnie, a oni mają mnóstwo obowiązków na głowie, znacznie mniej niż ja. I tak po dłuższym zastanowieniu się doszłam do wniosku, że to może wcale nie jest ich wina, tylko moja, że tak a nie inaczej reaguje na to ich
nie mam czasu. Michał często mi powtarza, że jestem jak rozkapryszona księżniczka, która się złości jak coś nie idzie po jej myśli. Jest w tym ziarnko prawdy. Ja po prostu chcę być szczęśliwa i co mam na to poradzić? Ja chyba już nie zmienię swojego zachowania, choć chciałabym.
Boże, jaką mnie stworzyłeś, taką mnie masz, o!
W ogóle wczoraj późnym wieczorem ujrzałam Marcina na GG. Stwierdziłam, że nie będę się do niego odzywać, no bo po co? Choć miałam ogromną ochotę... Stwierdziłam, że bezpieczniej będzie napisać e-maila. Gdy pisałam do niego mniej więcej takie słowa:
(...) ale nic do Ciebie nie piszę, bo mam nadzieję, że Ty napiszesz do mnie nagle ujrzałam migającą kopertkę w prawym, dolnym rogu ekranu, na której był nick Marcina. Serce podeszło mi do gardła. Skąd on wiedział? Przecież jeszcze nie wysłałam e-maila! Okazało się, że Marcin wysłał mi grafikę z blondowłosą anielicą, która paliła papierosy i popijała whisky. Napisał, że to jest jego ideał. Dziwnym byłoby nie połączenie ze sobą pewnych faktów... Pierwszy z nich to to, że swojego czasu nazywał mnie aniołkiem, a drugi, że palę papierosy, no i trzeci, że to zdjęcie wysłał akurat mi. Gdy go spytałam dlaczego akurat mi musiał wysłać tą grafikę, w końcu gdyby jakiś z jego kumpli ją zobaczył to ucieszyłby się takim widokiem bardziej niż ja. Odparł tylko, że po prostu, tak sobie. Postanowiłam mu pomóc i dla żartów stwierdziłam, że zapewne pomyślał o mnie gdy zobaczył ten obrazek. Zaśmiał się i napisał coś w stylu
jasne. No cóż,
Asia stwierdziła, że on żałuje swojej decyzji. Szkoda, że teraz to już trochę za późno.
Wczoraj pojechałam z Kasią na uczelnię po zagadnienia do egzaminu z maszyn, a potem do Hali Targowej po nowego kolczyka do brody. Kupiłam trzonek z bioplastu i nieco większą kulkę z przezroczystą cyrkonią. Wygląda słodko i seksownie, haha. Ale ja jestem skromna, prawda? Później siedziałyśmy sobie na Wyspie Słodowej i piłyśmy piwo. Ja jak zwykle sączyłam Reddsa, a Kaśka (nie jak zwykle) Carlsberga. Było dość przyjemnie, bo patrzyłyśmy sobie na
Hotel Park Plaza, ścieki zwane Odrą, a kawałek dalej widniał blok, w którym mieszka Michał, o czym oczywiście musiałam poinformować przyjaciółkę. W gruncie rzeczy to fajnie jest mieć wszystko tak na miejscu. Przyjaciół, faceta i rodzinę.
18 czerwca 2008 × komentarze (4)
Kurwa! Napisałam przed chwilą długą notkę, ale niechcący nacisnęłam
iksa i wszystko poszło się kochać... Szlag!
W każdym razie po krótce... Dzisiaj pisałam egzamin z matematyki. Nie dość, że od pana J. wyczuwałam alkoholową woń, to jeszcze
wybrańcy, czyli czwórkowicze musieli pisać egzamin w innej sali. Nie mam pojęcia dlaczego tak, ale według mnie to jest conajmniej głupie, bo przecież pisaliśmy wszystko dokładnie to samo. W każdym razie przesadzili z ilością czasu. Pierwsza część zawierała piętnaście zadań (i w niektórych, a raczej w większości po kilka podpunktów) i większość nie zdążyła po prostu poobliczać tych zadań. Mi się na szczęście udało, ale nie wiem czy dobrze, bo nawet nie zdążyłam sprawdzić. Druga część zawierała już tylko pięć zadań, ale za to zdecydowanie trudniejszych (choć nie wszystkie). Na to mieliśmy czterdzieści pięć minut, też za krótko... Nie wiem jak mi poszło, nie chcę zapeszać.
W ogóle to się wkurzyłam, bo pan J. zadecydował, że z egzaminu będzie zwalniał od średniej cztery i pół, mi zabrakło trzech punktów do takowej i nawet próbowałam o nie zawalczyć, ale niestety nie wyszło. Widocznie pisany był mi ten egzamin. Przeznaczenie! Ale to nie zmienia faktu, że cała ta sytuacja mnie rozdrażniła.
Jeśli chodzi o poniedziałkową fizykę to po prostu śmiech na sali. Dlaczego? A no dlatego, że egzamin zdali tylko ci, którzy mieli średnią z ocen powyżej trzy zero. O co chodzi? Ludzie, którzy siedzieli obok tych, którzy właśnie mieli tą lepszą średnią niż przewiduje norma mieli napisane dokładnie to samo co oni i nie zdali (bo mieli średnią trzy zero). Masakra. Na sto siedemdziesiąt osób zdało może jakieś dwadzieścia. Jaki on ma w tym interes, że udupi cały (niemalże) rok a potem musi znosić szwendających się za nim studentów, którzy niemalże błagają o zaliczenie. Słyszałam, że czasami po siedem razy ludzie u niego zdają. Boże... Przecież to tylko fizyka! Ja oczywiście z fizyki mam wrzesień, no bo jakże by inaczej.
Gdy pisałam sobie legalną ściągę na egzamin z matmy zagadał do mnie nie kto inny jak Marcin. Z jednej strony wkurzyłam się, że niszczy mój duchowy spokój (który jakimś cudem we mnie nastał), a zdrugiej ucieszyłam się, że to zrobił. W zasadzie wolałam nie brnąć jakoś głęboko w naszą rozmowę, bo on tak naprawdę poprosił mnie tylko o linka do swoich opowiadań. Nawet nie wiem po co, wolałam nie pytać. Może po prostu chciał poczytać i tyle... Ja mu napisałam tylko, że już późno i muszę iść spać bo na dziesiątą mam egzamin z matematyki. Życzył mi powodzenia. Oczywiście nie podziękowałam (bo to przynosi pecha), na co on, że i tak trzyma kciuki. Kliknęłam w
wyłącz komputer i poszłam spać.
Wczoraj wieczorem Marek pokazał mi swojego bita, a raczej przesłał. Ten człowiek ma naprawdę nierówno pod sufitem, ale chyba za to go tak lubię, haha! Potrafi mi niemalże w każdej chwili poprawić humor. Jego żarty są w moim guście - tak głupie, że aż śmieszne.
19 czerwca 2008 × komentarze (4)
Weszłam do wanny, puściłam średnio gorącą wodę, umyłam się swoim ulubionym żelem pod prysznic, wyszłam, wysmarowałam się balsamem na rozstępy w okolicach brzucha (niestety, w ciąży nie byłam, ale rozstępy są, a w wakacje czasami ubieram strój kąpielowy...), a póżniej nawilżającym balsamem o zapachu waniliowego shake\'a. Super, do tej pory mi tak pięknie pachnie.
Dzisiaj Michał zadzwonił do mnie i powiedział, że przełożył spotkanie na następny tydzień i stwierdził, że mogę dzisiaj u niego spac. Czyżby zrobił to specjalnie dla mnie? Może rozczulił się po moim wczorajszym, lekko pijackim SMSie, w którym było, że już się za nim tak bardzo stęskniłam, że tak dawno się nie widzieliśmy... Głupia jestem, bo to wcale nie jest prawda. Widzieliśmy się raptem w poniedziałek i aż tak bardzo to za nim nie tęsknie. Może dopiero w poniedziałek tak by było. W każdym razie miło by było się z nim dzisiaj spotkać. Jest tylko jeden szkopuł... Chodzi za mną egzamin z maszynoznawstwa. Niestety mam dość ubogie notatki, ale mam nadzieję, że to wystarczy. A i w Internecie być może coś ciekawego znajdę.
Wczoraj rozmawiałam z Panem G. na temat mojej aury (że niby on je widzi) i stwierdził razem z Kamilą, że moja jest morska. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem i zapytałam dlaczego akurat taka. Odparł tylko, że ze mną jest jak z morzem...
-
Plum, plum i fala... Plum, plum i nic... Plum, plum i faaaala! - Mam to zinterpretować na swój własny sposób. No cóż. Ciekawa wizja mnie i mojego przysposobienia do życia.
20 czerwca 2008 × komentarze (1)
Ciekawym dla mnie jest fakt, iż faceci widzą takie szczegóły. Może wcześniej tego nie zauważyłam, ale odkąd jestem z Michałem naprawdę zadziwia mnie ten fakt. Mówią, że to kobiety zwracają uwagę na drobnostki, jak na przykład kolor koszuli faceta na pierwszej randce. Dlaczego to piszę? Otóż Michał za każdym razem widzi najdrobniejsze zmiany na moim ciele. Instynktownie wyczuwa moje dni płodne, widzi, że mój biust jest większy, widzi, kiedy moje ciało staje się smuklejsze, kiedy krąglejsze. Jednego dnia jestem dla niego przepiękna, a drugiego już tylko piękna. Ja sama z trudem dostrzegam te drobne zmiany, które dla mojego mężczyzny są tak naprawdę diametralne i on je widzi gołym okiem, i wyczuwa dotykiem. Ba... On nawet pamięta jak byłam ubrana podczas naszego pierwszego spotkania. I kolory rozróżnia. A może on w poprzednim wcieleniu był kobietą i teraz ma pewne pozostałości? Te lepsze oczywiście (ale kobiety mają więcej zalet niż wad, to oczywiste, co nie?).
A jak już mówię o Michale to wczoraj powiedział mi, że w Polsce nie widzi dla siebie perspektyw. Stwierdził, że oprócz mnie nie ma żadnych radości w życiu, że ja jestem pewnym ubarwieniem i na koniec dodał, że chciałby wyjechać. A w moich oczach znowu zebrały się łzy... Pytałam go czy mógłby mnie zostawić. Stwierdził, że ze mną nie podpisał żadnego papierka i w gruncie rzeczy to się dziwi, że ja go tak bardzo lubię, że jeszcze żadna go tak bardzo nie lubiła jak ja. Oczywiście oboje wiemy, że jeśli ten wyjazd miałby wchodzić w grę to na pewno nie zaraz tylko za jakiś czas (po ukończeniu studiów doktoranckich).
Ogólnie to dochodzę do wniosku, że jak już z kimś jestem to daję mu wszystko, co mogę. Jak jestem, to na maksa, że tak powiem. I jak od dawna uważałam to za zaletę, tak teraz stwierdzam, że to zupełnie bez sensu, bo od nikogo jeszcze nie dostałam tyle, co sama dałam. Owszem, dostałam już naprawdę wiele od ludzi, ale całe dobro, które dałam jeszcze nigdy w całości lub nawet w nadmiarze do mnie nie wróciło. A szczególnie jeśli chodzi o sprawy damsko - męskie. Może mężczyźni się tego boją? Marcin zawsze mówił, że on nie jest mi w stanie dać tyle, ile ja mu daję i że jego to boli, bo odnosi wrażenie, że mnie rani. Nie... Ja nie jestem jakąś egoistką i od nikogo nie wymagam tego, co sama daję, ale mnie najbardziej boli, że nie odczuwam wdzięczności za to. Taka już ludzka natura, że zabieranie dobra jest czymś wspaniałym, a dawanie czymś znacznie trudniejszym.
21 czerwca 2008 × komentarze (4)
Byłam dzisiaj w Astrze, żeby wydrukować prezent dla Michała. Pierwszego lipca ma urodziny i stwierdziłam, że prezenty własnej produkcji, od serca są najlepsze. Szczerze przyznam, że efektu na zdjęciu spodziewałam się nieco lepszego, ale ogólnie jest do przyjęcia. Najważniejszy w tym projekcie jest pomysł. Zresztą... Sami możecie to zobaczyć -
klik.
Asia pewnie powie, że to kolejny falstart. Chociaż... Chyba nie mogą być dwa, prawda?
Jakoś tak mi się dzisiaj smutno zrobiło. A wszystko najprawdopodobniej przez to, że wpadłam na genialny pomysł pracy wakacyjnej. Pomyślałam, że możnaby było wyjechać nad morze i tam zatrudnić się na przykład jako kelnerka. Z racji tej, że od taty zapewne nie dostałabym zbyt dużo pieniędzy w te wakacje i prawdopodobnie nigdzie bym nie wyjechała to tak miałabym pracę i odpoczynek (chociażby w tym najmniejszym stopniu) w jednym. Na pewno byłoby to pewne doświadczenie w moim życiu.
Wszystko zaczęło się od tego, że dzisiaj rano wstałam i poprosiłam tatę, żeby dał mi dziesięć złotych na wydrukowanie tej grafiki. W odpowiedzi usłyszałam jak z wielką łachą rzuca mi dziesięciozłotowy banknot na kredens w dużym pokoju a potem stwierdza, że ja nie mogę siedzieć przez całe wakacje w domu przed komputerem i muszę sobie znaleźć jakąś pracę, bo on nie będzie mi sponsorował wakacji. Łzy podeszły mi do oczu, coś odburknęłam (byłam jeszcze zaspana) i położyłam się spowrotem spać. Nie dość, że człowiek musi się męczyć przez cały rok na uczelni to jeszcze słyszy takie słowa. A wszystko przez to, że się przeprowadzamy i nie możemy sprzedać aktualnego mieszkania, co jest równoznaczne z tym, że nie ma pieniędzy na jakikolwiek wyjazd. Jest jedno wyjście - praca.
Z racji tej, że przeraża mnie myśl o tym, że nie mam na koncie ani grosza postanowiłam poszukać pracy w portalu
Gazeta.pl. Szczerze przyznam, że było tam dość dużo interesujących ofert. Wysłałam kilka CV i listów motywacyjnych, a później poszukałam ogłoszeń w sprawie pracy nad morzem. Unikałam okolic Trójmiasta jak mogłam (ale i tak wysłałam CV to jakiegoś hotelu w Sopocie, jednakże marne szanse, żeby mnie tam ktokolwiek przyjął, ponieważ mam nikłe doświadczenie). Zresztą to i tak bez znaczenia bo jechanie samemu do pracy, nad polskie morze nie jest dobrym pomysłem. Tym bardziej, że powiedziałam o moim pomyśle Kamili i właśnie z nią chciałam jechać. Powiedziała, że to nie wypali bo w lipcu ma praktyki u wujka w szpitalu, a potem w połowie sierpnia musi napisać kolokwium zaliczeniowe z łaciny. No i przysłowiowy
chuj w bombki strzelił. Nie jadę. Jak coś to wybiorę się tam później, na jakiś tydzień, jak zarobię jakieś pieniążki we Wrocławiu. O ile którykolwiek z pracodawców do mnie zadzwoni i powie, że może mnie zatrudnić.
27 czerwca 2008 × komentarze (3)
Wczoraj Michał zaproponował mi, żebym wyszła po niego na Dworzec Główny bo on koło dwudziestej pierwszej wracał do Wrocławia z domu. Na początku stwierdziłam, że to trochę nie ma sensu, ale później doszłam do wniosku, że i tak nie mam za bardzo co do roboty, więc możemy się na chwilę spotkać. Mój luby kupił sobie lustrzankę Sony α350 i wiózł ją właśnie do Wrocławia. Nie, nie myślcie, że spotkałam się z nim ze względu na tą lustrzankę, haha. Tak napradę to mogłam ją sobie tylko dotknąć bo baterie były rozładowane a jak są nowe to wiadomo... Trzeba je porządnie rozładowywać a potem ładować. W każdym razie jak następnym razem go odwiedzę poszaleję bardziej. Może pójdziemy gdzieś w plener? No bo jak ktoś kupuje taki aparat to tylko po to, żeby potem iść w plener, prawda? A przynajmniej ja tak uważam.
We wtorek są jego urodziny. Pieniążki praktycznie spadły mi z nieba. Dostałam zamówienie na szablon! W sumie trochę dziwnie się złożyło, bo napisałam klientowi, że należy się za to osiemdziesiąt złotych a on stwierdził, że cenę możnaby było zakrąglić do stu złotych. Oczywiście nie protestowałam, bo dla mnie dwadzieścia złotych więcej to kupa pieniędzy (biorąc pod uwagę, że mam z osiem złotych na koncie). A swoją drogą to nie mogę się przez Internet zalogować na swoje konto bankowe ponieważ zapomniałam hasła. Miałam jedno przez jakiś rok a potem już nie mogłam zalogować się do własnego konta, jeśli bym go wreszcie nie zmieniła (wszystko oczywiście ze względów bezpieczeństwa). No i zrobiłam jak mi kazali, co oczywiście przyniosło marny efekt bo zapomniałam. Chociaż nie... Konto bezpieczne jak cholera, nawet ja nie znam hasła.
O... Właśnie spaliłam zaparzacz do kawy mojej mamy. Kawa w ogóle nie chciała się w nim robić, więc zwiększyłam gaz. Po jakichś dwudziestu minutach wpadła moja siostra i powiedziała, że coś się pali. Wstałam sprzed komputera, pobiegłam do kuchni a tam nasz zaparzacz zaczynał się topić. To znaczy nie cały, bo jest z duraluminium, ale za to rączka i góra od pokrywki. Ale wiecie co jest najśmieszniejsze? Że kawa i tak się nie zrobiła.
30 czerwca 2008 × komentarze (7)