Michał podobny do Aleksandra

Spotkałam się z Michałem. Jak już mówiłam nasz meeting miał być czysto koleżeński. I właściwie to na taki się nie zapowiadał do momentu aż ujrzałam jak mój kolega ze szkolnych korytarzy (którego w sumie nie kojarzę nawet) wygląda... Już chyba wolałabym, żeby był to totalny wieśniak bez gustu, brzydki, okropny, śmierdzący (no dobra, nie przesadzajmy)... Przyjechał po mnie na przystanek rowerem i gdy zobaczyłam jego urodę pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to była: O Boże... On wygląda jak Aleksander... Wiedziałam już, że mogę wpakować się przez to w piękne błotko, co ludzie nazywają kłopotami.

Wszystko przebiegało według planu. Żadne z nas nie miało się ku sobie. Ale to chyba tylko dlatego, że znaliśmy się zbyt krótko. Spotkanie miało trwać półtorej godziny ale przedłużyło się o drugie tyle. Byłoby okej, gdyby nie fakt, że Michał próbował mnie... pocałować. Starał się skusić mnie wszelakimi metodami cielesnymi takimi jak gryzienie w ucho (co lubię aż za bardzo) oraz błądzenie ustami w okolicach moich ust. Trudno było mi się nie przełamać... Biorąc pod uwagę, że ostatni intymny kontakt z mężczyzną (Marcinem) miałam dokładnie miesiąc temu (do tego różne stresy związane z maturami, brakiem okresu i inne takie), a mój luby najmniej przejmuje się mną i tym, że nie ma dla mnie czasu to miałam ogromnę ochotę go pocałować, tym bardziej, że jest naprawdę atrakcyjny (aż za bardzo).

W każdym razie silna wola jednak wygrała i gdy wróciłam dostałam wiadomość na GG: Jesteś "mocna", masz u mnie mega plusa. Twój chłopak powinien być z Ciebie dumny. Opłacało się oprzeć pokusie. W każdym razie zastanawiam się dlaczego chciał mnie pocałować, przecież i on jest zajęty... Raczej wątpię, żeby aż tak się poświęcał tylko dlatego, że chciał wystawić mnie na próbę. Bo gdyby coś... Aaaaaj... Nieważne. Nie mogę tak myśleć nawet.

A w ogóle to odnoszę wrażenie, że moje życie powoli zaczyna wyglądać jak brazylijska (albo nawet i niebrazylijska) telenowela. Przynajmniej jest ciekawie i nie tak monotonnie.


2 czerwca 2007   ×   komentarze (5)


...

Bo przecież płakanie do prawie czwartej w nocy i wstawanie koło ósmej i ponowny płacz z rana to nie oznaka uczucia. I to nie oznaka tego, że powoli tracę cierpliwość...

Gdy spoglądam na tablicę korkową i widzę Jego zdjęcie znów mam ochotę wylewać hektolitry łez. Głupia jestem! Od dwóch miesięcy czekałam na te wakacje z myślą, że wreszcie zobaczę Marcina, że wreszcie będziemy mieć okazję pobyć ze sobą trochę dłużej, a on teraz na każde moje zapytania apropo spotkania mówi: nie wiem tudzież zobaczymy. Kocham cię mówi niezmiernie rzadko, mówi o problemach, ale tylko, że są, a nie jakie.

Ja też mam problem. Tracę cierpliwość, ale proszę Boga aby dał mi jej jeszcze trochę i nie zabierał kogoś, kogo kocham nad życie.

Kurwa. Nie chcę, żeby to był już koniec.


3 czerwca 2007   ×   komentarze (4)


Chcę kochać

Straciłam nadzieję... Powiedział, że zawsze będzie mnie kochał, ale niekoniecznie tak, jakbym tego chciała... Dlaczego? Dlaczego do cholery nawet kogoś, kogo kocham najbardziej na Świecie, za kogo oddałabym wszystko to, co mam chyba chce mnie zostawić. Nie wiem dlaczego... Może dlatego, że za mocno go kocham? Czy to wystarczający powód? Panie Boże... Ja tylko chcę miłości od tego człowieka, chce, żeby nam się ułożyło. Czy gdy już zaczynam kochać zawsze musi rodzić się jakiś problem? Zawsze? Bo mi się od życia przecież już nic nie należy.

A ja chcę tylko kochać, do cholery. Powiedział, że wszystko wyjaśnimy sobie dopiero po jego sesji.

Dopisane o 1.42:
Bo jest tylko jeden facet, który mnie aktualnie rozśmiesza i pozwala aby na mojej twarzy zagościł uśmiech. Nie wiem dlaczego, ale pomimo faktu, że on jest tak prostolinijny mam ochotę z nim rozmawiać, całować się (tak, jak się przechodzi kryzys to w końcu sięga się po bardziej radykalne środki pocieszające). Szkoda tylko, że jest zajęty. Osz cholera, wielka szkoda.


6 czerwca 2007   ×   komentarze (2)


Długie rozważania i wspomnienia

Tak się właśnie zastanawiam nad tym wszystkim i dochodzę do wniosku, że w dzisiejszych czasach jedynym pocieszeniem dla człowieka jest myśl, że ktoś ma gorzej. I to jest nieważne jak człowiek bardzo jest uczciwy, dobry i uczynny bo prawda jest taka, że tragedia innego człowieka pociesza i sprawia, że zaczynamy sobie myśleć: Boże... Przecież on ma gorzej ode mnie. Moje problemy w porównaniu z jego problemamy to pikuś... I ja dzisiaj to właśnie przeżyłam. Po spotkaniu z Michałem (trzecim już od piątku) zadzwoniłam do Marcina... Co prawda nasza rozmowa była krótka, ale dała mi wiele do myślenia. Miał słodki głos, mówił do mnie per aniołku i obiecał, że jak tylko skończy pracę to zadzwoni. On chyba nie chce ode mnie odejść. Tu gdzieś indziej tkwi problem... I ja zdałam sobie sprawę, że dopóki nie nadejdzie odpowiedni moment ja nie powinnam sobie tym głowy zawracać. Kocham go i szanuję jego wybór. Skoro chce coś sobie przemyśleć i wnioski ma mi powiedzieć dopiero po sesji to widocznie musi być jakiś tego powód. Nie trzymam go na smyczy i daję wobec tego wolną rękę. Każdy człowiek jest inny i ma inne potrzeby.

W każdym razie wracając do tego co pisałam na samym początku. Ogólnie to Emila opowiadała mi o swojej kuzynce, która wpakowała się w niezłe bagno, które wciąga bez końca wiążąc się z facetem starszym o dwadzieścia lat. Jakby tego wszystkiego było mało to facet jest alkoholikiem (aktualnie najprawdopodobniej niepraktykującym, ale wszyscy doskonale wiemy, że takiej osobie nie trzeba wiele aby wróciła do swojego nałogu...). W każdym razie dziewczyna odwróciła się od rodziny i przeprowadziła do swojego faceta (który i tak mieszka po drugiej stronie ulicy). Problem tkwi w tym, że on nie pozwala jej wychodzić z domu, spotykać się z koleżankami, czyta jej SMSy... Możliwe, że nawet ją bije. A co najlepsze? Nie pozwala pracować a potem wypomina jej, że cały czas żyje na jego karku... Żałosne! I jeszcze jakby tego wszystkiego było mało to mieszka w małej mieścinie, gdzie bezrobocie jest zbyt wysokie i nawet jeśli jednak udałoby jej się znaleźć pracę to dostałaby maksymalnie czterysta czy pięćset złotych miesięcznie... Krótko mówiąc dziewczyna ma przekichane do końca życia jeśli nie wróci do domu (który stoi dla niej otworem). Kuzynkę Emili znam osobiście. Raz wybrałyśmy się we trójkę do Creatora na piwo, gdy przyjechała do Wrocławia z myślą o tym aby w nim zostać i na nowo ułożyć sobie życie (nie zrobiła tego, uciekła ze swoim czterdziestoletnim facetem spowrotem do swojej wioski). Pomimo faktu, że teraz dziewczyna czuje się z tym facetem tragicznie bo jej życie wygląda jak to więzienne to ona go nie zostawi bo obiecał jej, że jeśli się to stanie on wróci do picia i popełni samobójstwo...

Historia kuzynki Emili uświadomiła mi, że tak naprawdę to mój problem z Marcinem jest conajmniej błahy, bo chyba zarzucić mu mogę jedynie za małe okazywanie uczuć i pracoholizm... Ale uświadomiłam sobie również, że jeśli go kocham powinnam zaakceptować to, co robi, co lubi. Sama pisałam mu, że kocha się pomimo wszystko. Zresztą słowa Adama: Jeśli uważasz, że zrobisz dla niego wszystko to zaakceptuj jego pracę. I tak zrobię.

Ostatnio przeżyłam w swoim życiu małą rewolucję. Gdy sądziłam, że wali mi się z Marcinem postanowiłam poszukać pocieszenia u innych facetów. Brzmi conajmniej dziwnie, prawda? I w tym sęk, że właśnie tak było. W gruncie rzeczy ostatnia niedziela i poniedziałek zaskoczyły mnie okropnie. Dlaczego? Spotkałam się z Aleksandrem. Nie wiem czy to był mój błąd czy nie... W każdym razie stało się i nikt już tego nie cofnie. Do rzeczy... Z Aleksandrem najczęściej spotykam się po to, aby się napić. Tym razem on mi to zaproponował. Siedzieliśmy sobie u niego w samochodzie (bo podwórkowa ciuchcia zaczęła powoli przeciekać!). Była gdzieś trzecia w nocy. Aleksander jest otwarty na wszystkie tematy, a szczególnie te, które dotyczą seksu. Rozmawialiśmy nieco o tym i o jego samochodzie. Ogólnie to dość sympatycznie było, pozwolił mi się zrelaksować. Zaczęliśmy się opierać o siebie... Ot tak, bo wygodniej. Dotykałam jego ciepłego czoła zimnymi i zmarzniętymi dłońmi, potem prawie usnęłam mu na kolanach. Gdy moje powieki powoli zaczęły się zsuwać stwierdziłam, że usiądę normalnie bo to nie ma sensu. Nagle przede mną pojawiła się jego twarz. Nawet nie zauważyłam kiedy a on zaczął mnie całować. Szczerze mówiąc średnią przyjemność mi to sprawiało, bo odnosiłam wrażenie, że zachowuje się jakoś zwierzęco. W każdym razie nie kwapiłam się ku temu, żeby przestać. Było dość przyjemnie. Nie, nie kochałam się z nim, bo to byłaby już przesada. Zadzwoniła do mnie mama i powiedziała, że jeżeli za dziesięć minut nie będzie mnie w domu to zobaczę swoje rzeczy przed drzwiami. Odsunęłam Aleksandra od siebie i powiedziałam mu, że mamy dziesięć minut. Stwierdził, że ten czas musimy pożytecznie wykorzystać i na nowo zaczęliśmy obdarzać się pocałunkami. Po chwili odsunęłam go od siebie i z obojętno - smutną miną powiedziałam: Dziesięć minut minęło. Uch... Jakąż ja satysfakcję czułam, gdy pomyślałam sobie, że liczył na coś więcej a ja go zrobiłam w capa, haha. Odprowadził mnie do samego domofonu (miał jakieś pięćdziesiąt metrów), pożyczył miłej nocy (a raczej poranka) i pocałował w usta na pożegnanie. Szczerze? Nawet nie miałam jakichś wyrzutów sumienia czy czegoś... Całowaliśmy się, po prostu.

I jakby tego było mało już następnego (a nawet tego samego!) dnia spotkałam się z Michałem, który dopiął swego i również obdarzył mnie jednym pocałunkiem (który wart był o wiele więcej aniżeli zwierzęce dobieranie się do moich migdałków w wykonaniu Aleksandra). I to właśnie jest drugi chłopak, który potrafi mnie całować (drugi, bo Marcin jest pierwszy).

Myśl, że zachowałam się jak suka zwyczajnie mnie cieszyła. Nigdy nie pomyślałabym, że facet, na którego widok śliniłam się jak nie powiem co zaczyna mnie pragnąć i pożądać a potem chłopak, który jest cholernie przystojny i jakiś czas temu mogłabym sobie o nim tylko pomarzyć także ma ochotę na moje usta (pomimo tego, że ma dziewczynę). Tak zaczynam się zastanawiać... Czy oni wszyscy powariowali? Czy to może ja się zmieniłam? Stałam się prowokacyjna i pewna siebie do tego stopnia, że niedostępni stają się dostępnymi i starają się odblokować właśnie mnie a nie na odwrót? Nigdy nie sądziłam, że taka kolej rzeczy kiedykolwiek ulegnie zmianie. Śmieszne to trochę.


8 czerwca 2007   ×   komentarze (6)


Cierpliwości, czasu

Choćbym niewiadomo jak się wypierała, niewiadomo jak krzyczała, śmiała się, mówiła wszystkim jaka to jestem silna to i tak zostanę tylko marnym kawałkiem szkła, który płacze rozlatując się na kawałki mając nadzieję, że któryś trafi Go w serce i wreszcie znów usłyszę, że kocha... Że wreszcie znów mnie przytuli, pocałuje, spojrzy w oczy...

I choćby niewiadomo jak kochanek inny byłby przystojny i namiętny to i tak nie będzie taki jak mój M. Nigdy nie zabije mi tak mocno serce jak wtedy, dwudziestego pierwszego stycznia gdy pomimo faktu, że Jego słowa tak ciche to echem rozbrzmiewały w moim serduszku... Gdy po raz pierwszy powiedział Kocham Cię byłam najszczęśliwsza, najszczęśliwsza...


9 czerwca 2007   ×   komentarze (1)


Sopot 2007

Wczoraj i dzisiaj oglądałyśmy u Kaśki festiwal Top Trendy Sopot 2007. I jakoś tak pomyślałam sobie, że biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze plany mogłam być wtedy u Marcina. Ba... Może nawet spacerowalibyśmy po sopockim molo słuchając z oddali koncertu, w blasku księżyca całowalibyśmy się namiętnie znosząc spojrzenia innych ludzi, których zapewne byłoby wtedy tam mnóśtwo. Potem może nawet poszlibyśmy do jakiejś knajpki na drinka, potem dom, sen przy nim i ogólnie tak romantycznie, romantycznie, ro-ma-nty-cznie. Poczekamy, zobaczymy.

Wczoraj powiedział mi, że chciałby mnie zobaczyć, a gdy mu dodałam, że raczej wątpię bo mam rozmazaną kredkę pod oczami i ogólnie wyglądam nieciekawie to swoim spokojnym głosem powiedział, że nie o to chodzi. Gdzie na drugi dzień rozmawiając ze mną przez telefon stwierdził, że ładne kelnerki pracują w jakiejśtam kafeterii, w której aktualnie przebywał. Faceci to idioci, którzy uwielbiają wzbudzać zazdrość w swoich lubych. Dodałam mu natychmiast, że jakiś czas temu poznałam przystojnego kolegę (Michała swoją drogą). Od razu powiedział, że może powinnam się nim zainteresować, bo w końcu mieszka blisko i że jakby co to mam mu dać znać. Powiedziałam, że po co, przecież mam jego, ale do niego jakoś to nie dotarło. Chciałam jeszcze go utwierdzić w przekonaniu mówiąc, że kolega ma dziewczynę, no ale stwierdziłam, że lepiej będzie potrzymać go czasami w takiej cichej niepewności.

I oglądając ten festiwal Top Trendy tak myślałam, że on gdzieś tam, całkiem niedaleko jest. Że gdybym mogła to weszłabym do tego telewizora, wyszła w Sopocie i pobiegła do Dworka Admirała i rzuciła mu się na szyję nie myśląc o konsekwencjach (kpiny ze strony jego znajomych, oburzenie, zaskoczenie, wszystko). Czasami po prostu potrzebuję go jak spragniony człowiek wody na pustyni. Jednak wciąż czekam.


9 czerwca 2007   ×   komentarze (11)


Kocham...

Przed chwilą dzwonił do mnie Marcin. Rozmawialiśmy krótko. Spytałam go o sesję...

- To osiemnastego kończysz, tak? - zapytałam choć doskonale wiedziałam. Nie wiem... Może ja po prostu liczyłam na to, że może jednak uda mu się szybciej?
- Tak, osiemnastego... - odparł zmęczonym, przepracowanym głosem.
- I co potem?
- Potem chciałbym się tak do ciebie przejechać...
- I porozmawiać, tak?
- Też...

Boję się, że on chce do mnie przyjechać, porozmawiać ze mną o rozstaniu, o tym, że to wszystko już nie ma sensu. Że wciąż będzie mnie kochał, ale nie tak jak bym tego chciała. To wszystko powoli zaczyna mnie przytłaczać. Ja chcę z nim być, kocham go bardzo mocno i nie wyobrażam sobie życia bez Niego. Pomimo tego, że są inni, to ci inni to tylko namiastka mojego Marcina. Ja nie chcę Go stracić. NIE CHCĘ. Nie wiem co zrobię jak się okaże, że z nami koniec.

Już nie mówi, że kocha, gdy ja mu to mówię wysyła buziaczka. Panie Boże... Ja chcę tylko, żeby ten człowiek był ze mną. I znów mam gulę w gardle, mam ochotę płakać, tupać, krzyczeć... Niechże wreszcie ktoś mnie wysłucha, tego cholernego szlochu tęsknoty.


10 czerwca 2007   ×   komentarze (8)


Takie tam mamlanie

Wypiłam półtora litra wody Żywiec Zdrój Smako-łyk. I wiecie co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że jak wypiłam tyle wody w tak krótkim czasie to conajmniej z sześć razy biegałam do toalety a teraz? Teraz czuję, że wszystko w środku jest tak potwornie suche, że nie pragnie niczego innego oprócz wody.

W ogóle to dzisiaj był po prostu piękny dzień. Bez żadnej ironii i kpiny. Wypełniony został po brzegi zajęciami, rozmowami i wszystkim tym, co sprawiło, że teraz mam ochotę paść na łóżko i od razu zasnąć. Jutro może być podobnie, bo o ósmej trzydzieści wyjeżdżam z Wrocławia do Kluczborka i będę pracować w aptece promując kosmetyki Alba... A wszystko to przez jakieś pięć godzin. Bosko, prawda? O tym marzyłam. O znalezieniu sobie jakiegoś zajęcia i nie myślenia o M. Doszłam do wniosku, że jeśli ze mną zerwie (tfu, tfu, wypluj!) to będę znikała z domu rano, a wracała wieczorem zmęczona i padnięta do tego stopnia, że nie będę miała siły aby się przebrać w piżamę (o prysznicu już nie wspominając). Wolne tylko weekendy, ale i tak spędzone na spotkaniach z przyjaciółmi. Wszystko... Wszystko, żeby tylko nie myśleć.

Do tego robię kurs na opiekuna kolonijnego. Co prawda moja cierpliwość do dzieci jest jak najbardziej ograniczona, ale taki papierek zawsze się przyda. Zresztą... Mam pewne doświadczenie z dzieciarami. Kiedyś byłam w szkolnym wolontariacie i chodziłam do świetlicy zajmować się tymi dziećmi. Dacie wiarę, że nawet w gazetce osiedlowej o mnie napisali? Ha! Przynajmniej śmiesznie było.

A M. miał zadzwonić po zajęciach. I tak zadzwonił, że jeszcze nie słyszałam telefonu. No cóż, trudno. Doszłam do wniosku, że powinnam się wycofać. Jak to Kamila miała w opisie na Gadu-Gadu: Jeśli kochasz to puść wolno. Jak kocha to wróci. I bardzo dobre stwierdzenie. Ciekawe czy się uda.

Izka przesłała mi piosenkę Tori Amos pod tytułem Horses.
- Izka, przy moim aktualnym stanie słuchanie wolnych piosenek jest niewskazane... - napisałam.
Szczerze mówiąc nie miałam większej chęci na słuchanie dołujących piosenek. Unikam ich jak ognia. Dlatego cały czas słychać jakieś badziewne techniawki, które właściwie niczego mi nie przypominają.

W ogóle dzisiaj wysłali mnie do Tęczy po truskawki, w drodze powrotnej spotkałam kogoś co sprawiło, że z moich ust wydobył się dźwięk: Oooooo...! Izka spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Co oooo?
- No patrz kto idzie...
- Kto?
- No Aleksander! A kto?!
- Oooo...!
Aleksander spojrzał w moim kierunku i machnął do mnie ręką, a właściwie to ja machnęłam nią pierwsza, żeby mnie zauważył. No skumajcie, że on nawet sie uśmiechnął do mnie. Skorpion mój seksowny, ale tylko tyle niestety. Choć horoskopy mówią inaczej... Twierdzą, że bylibyśmy zgraną parą, ale ja i tak nie wierzę w takie bzdury. Ostatnio napisali, że będę mieć problemy z kasą... A tu co? A tu ona wręcz z nieba spada! Babcia zarzuciła forsą, jutro idę do pracy, tata powiedział, że da dychę temu, kto pobiegnie po truskawki (bo nikt nie chciał iść, hehe), mama obiecała piętnaście złotych za przepisanie egzaminów (wykłada w Profesji) i ogólnie dawno nie miałam takiego deszczu gotówki.

Dopisane po chwili... Przeczytałam swój horoskop na szesnastego czerwca i mnie rozwalił...
Pierwsza część dnia pogodna i spokojna. Poświęć ją na odpoczynek i przyjemności. Nie unikaj rozrywki ani kontaktów towarzyskich. Dzięki nim łatwiej się zrelaksujesz. Szczęście w miłości znajdziesz u boku Skorpiona. Skubany.


11 czerwca 2007   ×   komentarze (7)


Zmęczonam

Jestem: głodna, zmęczona, spocona, szczęśliwa. Poszłam do pracy, umordowałam się jak nie wiem (ale tak naprawdę to nic nie robiąc) i to mnie cholernie cieszy. Chociaż praca jako hostessa w kluczborskiej aptece nie jest moim marzeniem i raczej na pewno tego nie powtórzę. Chyba wolę pracę, która polega na noszeniu kartonów i wykładaniu rzeczy na półki. Oj naprawdę.

Wczoraj Marcin napisał do mnie SMSa: Dziękuję jesteś jedyną osobą, na którą mogę liczyć. I gdy mu odpisałam: Bo tylko ja darzę Cię tak głębokim uczuciem a on odpisał krótkie Wiem i tak byłam szczęśliwa, bo jego słowa naprawdę wiele dla mnie znaczyły...

A w ogóle to muszę się wreszcie spotkać z Eweliną. Kiedy? Dzisiaj. Najlepiej dzisiaj. Spotkamy się i porozmawiamy, a raczej to w większości ona będzie mówić, opowiadać o K. i o tym jak to z nim ostatnio było zajebiście. W sumie sama nie wiem czy chce mi się tego słuchać. Ale przynajmniej znajdę kolejne ramię do żalenia się. Po prostu.


12 czerwca 2007   ×   komentarze (3)


Proza dnia

Już chyba wszystko powoli wraca do normy (na całe szczęście). Wstaję rano, robię kawę i nie myślę już o tym, co będę robić, gdy M. ze mną zerwie, bo chyba jednak nie zerwie i jak to Emila powiedziała: Agata, ty sobie sama wmówiłaś, że on chce z tobą zerwać. A co najzabawniejsze? Że ona chyba jednak miała rację, po raz kolejny! Już nawet wolne piosenki na mnie nie działają, już nie płaczę po nocach. No po prostu jest git, jak zawsze. Oczywiście oprócz tego, że wczoraj czymś się potwornie strułam. I właśnie w tych zatruciach najśmieszniejsze jest to, że jak się czymś zatrujesz to najczęściej nie wiesz do końca czym, ja tak miałam wczoraj.

W ten weekend zaczynam kurs wychowawcy kolonijnego. Jak będzie mi się chciało to w sierpniu pojadę na jakąś kolonię (może znów do Grecji?).

A dzisiaj trzeba pojechać z Eweliną na Uniwersytet Nauk Przyrodniczych (czyt. Akademia Rolnicza), żeby się dowiedzieć, gdzie są nasze wydziały. Mi zostaje jeszcze przejażdżka na Uniwersytet Wrocławski bo i tam chcę złożyć papiery. Szczerze powiedziawszy jakoś nie chce mi się ruszać dupska sprzed tego komputera bo tutaj w miarę mi dobrze. Nie jest za gorąco, nie muszę nigdzie łazić (a raczej biegać, bo z Eweliną to się biega, a nie chodzi).

Cholera, komary pożarły moją prawą stopę. Szlag człowieka trafia jak te upierdliwe owady pogryzą część ciała, która znajduje się najniżej i za każdym razem trzeba się schylać, aby ją podrapać. Po prostu koszmar! Powiecie nie drap, ale to nie takie proste. Mi ciężko wychodzi to całe niedrapanie.

W ogóle to do osiemnastego pozostały jeszcze tylko cztery dni. A nie mówiłam, że wytrzymam? Chociaż nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, w ciągu tych czterech dni wszystko może ulec zmianie. W każdym razie najgorsze za mną (i chwała Bogu!).

Idę pod prysznic (letni oczywiście), z pieskiem i Emilą, zapalić a potem wypada zadzwonić do Eweliny, obiecałam w końcu, ech...


14 czerwca 2007   ×   komentarze (4)


Rodzice i Marcin

Dzisiaj miałam iść na kurs wychowawcy kolonijnego. W ostatnią niedzielę nawet wysłałam im formularz zgłoszeniowy. I co? I nic. Nie poszłam w końcu. Nie wiem dlaczego... Może dlatego, że nie miałabym tam towarzystwa? A może dlatego, że przerażało mnie siedzenie od dziewiątej do szesnastej na dupie i wysłuchiwanie jakiś bzdur apropo wychowywania dzieciaków i organizowania im czasu. Moja mama wkurzyła się na mnie, że nie poszłam... Zaczęła mówić, że jestem idiotką i że nie sądziła, że kiedykolwiek będzie miała taką głupią córkę. Dzięki mamo... Dodałam zaraz i vice versa na co usłyszłam krzyk: LICZ SIĘ ZE SŁOWAMI! Przepraszam bardzo... Ale:
1. Słowa mojej matki też mnie ranią, bo wcale nie jest miło słuchać z ust własnej rodzicielki, że jest się najgłupszą córką na świecie.
2. Mam swój własny rozumek i potrafię podjąć decyzję czy podjąć się wyżej wspomnianego kursu czy też nie.

Oni wreszcie muszą się nauczyć, że to jest MOJE życie i JA podejmuję dezycje apropo tego. Mój tato jeszcze jako tako mnie rozumie i nie wtrąca się we wszystko co robię. Z mamą jest inaczej... Ona mi chyba do usranej śmierci będzie mi wypominać, że nie zdawałam na maturze chemii, przez co nie mogę nawet starać się o przyjęcie mnie na weterynarię (i bardzo dobrze swoją drogą, bo jakoś nigdy mnie to za bardzo nie kręciło).

Jak byłam młodsza słuchałam się ich, na koniec roku przynosiłam czerwone paski, dostałam się do jednej z najelpszych szkół we Wrocławiu. Zawsze grzeczna, zawsze wzorowa, po prostu najlepsza. Ale gdy to zaczęło się zmieniać, gdy nauka powoli przestała być moim jedynym celem w życiu, gdy zaczęły się imprezy alkoholowe oraz osobniki płci przeciwnej pojawiły się również i wątpliwości... Raz zawiodłam, drugi, trzeci, dziesiąty. Nie to oczywiście, żebym totalnie porzuciła szkołę i zajęłą się imprezowaniem. Nie, nie... Nie o to w tym wszystkim chodzi. Mam na myśli raczej to, że przyzwyczaiłam moich rodziców do tej wzorowości i bycia jedną z lepszych. I właśnie jak wtedy spóźniał mi się okres, i panikowałam, że jestem w ciąży to pierwszym i największym problemem byli rodzice. Bo kto to widział, żeby taka grzeczna Agatka chodziła z brzuchem. Co z tego, że jest mnóstwo nastolatek, które mają po szesnaście lat i są w ciąży. Bo po nich w pewnym sensie można było się tego spodziewać, ale nie po mnie.

Dlatego życie kogoś, kto kiedyś był pupilkiem rodziców a potem nieco się zmienił jest okropne. Usiane wspomnieniami sprzed lat... No przecież zawsze miałaś piątkę z chemii i inne gadanie. Niech oni wreszcie zrozumieją, że nie mam tych szesnastu czy piętnastu lat tylko troszkę więcej, niech dadzą mi więcej luzu w podejmowaniu swoich własnych, życiowych decyzji. Dłużej tak nie może być i tyle.

A w ogóle to czekam z niecierpliwością na telefon od Marcina. Pewnie znów jest w pracy i nie może zadzwonić, ale ja cierpliwie czekam na jakiś znak od niego. Ostatnio jak rozmawialiśmy to mówił, że tęskni za mną. Ech... Już niedługo. W poniedziałek ma ostatni egzamin. A jednak udało mi się dotrwać, a raczej sądzę, że te dwa dni jeszcze jakoś uda mi się wytrzymać.


16 czerwca 2007   ×   komentarze (7)


Mam dość, drażni mnie to, wyprowadza z równowagi

Chciałam Cię poinformować, że Agata jest w szpitalu. Piszę z jej komórki. Oddzwoń na ten numer jak najszybciej możesz. Emila - ja wiem, że to zagranie z mojej strony było czysto szczeniackie i kretyńskie, ale inaczej nie zadzwoniłby do mnie. W każdym razie gdy przeglądając książki w bibliotece wpadłam na to, że on pisze egzamin a ja go w tym momencie rozproszyłam zdałam sobie sprawę, że przez coś takiego może go zawalić. O kurwa... - zaklnęłam w myślach i wybiegłam z budynku, aby mu natychmiast napisać, że po prostu chciałam z nim pogadać i dopiero teraz na to wpadłam, że może mieć egzamin akurat o tej godzinie. Nie obraził się, zadzwonił do mnie.

- Skarbie, kiedy przyjedziesz do mnie? Mówiłeś, że jak ci się sesja skończy to pogadamy, a dzisiaj miałeś ostatni egzamin - powiedziałam z nadzieją a zarazem strachem o jego wybuchową reakcję.
- Może pod koniec czerwca... - odparł.
- Jak to pod koniec czerwca?! Wtedy to ja nie mogę! Dwudziestego dziewiątego dostaję wyniki matur i będę biegać po uczelniach! - odpowiedziałam zbulwersowana. - Ostatnio widzieliśmy się ponad półtorej miesiąca temu! - dodałam już nieźle nabuzowana.
- Wiem...
- Wymyśl coś! Załatw sobie wolne!
- Dobrze... Zobaczę grafik.

I tak jest cholera zawsze. ZAWSZE TA PRACA! Mam już tego po dziurki w nosie. Co nie zmienia faktu, że wciąż go kocham. Zadzwoniłam po raz drugi i powiedziałam, że może ja do niego przyjadę. Powiedział, że to niegłupi pomysł (ale i tak nie wypali bo rodzice, ale o tym zaraz). Kolejny telefon do niego - kończymy rozmowę...
- Powiesz mi coś miłego? - pytam z nadzieją, że mi powie, że mnie kocha (gdy tak mówiłam zawsze to powtarzał).
- Trzymaj się ciepło... - powiedział, a mnie zatkało.
- A może coś milszego?
- Wiesz, że nie lubię gdy ktoś na mnie naciska...
- Ale ja tylko chcę wiedzieć czy mnie kochasz czy nie.
- Nie naciskaj...
- Ale odpowiedz tylko TAK lub NIE.
- Tak...
- A powiesz mi wreszcie o co chodzi?
- To nie jest rozmowa na telefon...
- Ale ja już dłużej nie wytrzymam! O co chodzi?
- Nie będziemy o tym teraz rozmawiać...
- Marcin... Jeśli chcesz mnie zostawić, zerwać ze mną... To powiedz mi to przez telefon. Nie ma sensu spotykać się tylko po to, żeby ze sobą skończyć.
- Dobrze.
- Poznałeś jakąś kobietę? Wracasz do swojej byłej?! No POWIEDZ! Chcesz już skończyć związek?
Po długiej chwili ciszy Marcin odpowiedział:
- Chcę aby to była nasza wspólna decyzja...
Po skończonej rozmowie rzuciłam się na łóżko z płaczem. Gdzieś miałam fakt, że na świeżej poszewce zostały ślady łez zmieszane z czarną kredką do oczu i tuszem do rzęs. Zintepretowałam to tak, że on potrzebuje mojej zgody na koniec związku (co, wydaje mi się po logicznym i bezhisterycznym zastanowieniu się było jakby mylne...).

Kolejny telefon do Marcina (już po paru godzinach).
- No cześć skarbie! - powiedział ucieszony.
- Cześć... - odpowiadam niepewnie pytająco spoglądając na Emilę i pokazując jej dłonią w okolicach skroni, że Marcinowi odbiło.
- Gdzie jesteś? W pracy? - pytam.
- Nie... Już skończyłem.
- Dzisiaj tak sobie myślałam, że może przyjade do ciebie i cię zaskoczę tam u ciebie w pracy. Tak się zastanawiałam jak zareagujesz...
- No nie wiem, nie wiem... Powiedziałbym, że obsługuję tylko panów w krawatach.
Zaśmiałam się po czym odparłam:
- No to ja bym pobiegła po krawat!
- Nie oglądałaś "Misia"? - powiedział najwyraźniej zadowolony.
Marcin wydawał się mieć po prostu dobry humor. Ja nie wiem o co temu człowiekowi chodzi, nie mam najmniejszego pojęcia. A co najśmieszniejsze? Że chyba i on sam nie wie czego tak naprawdę chce. Ja mam tylko cichą nadzieję, że jakoś nam się ułoży i będzie jak dawniej.

A teraz rodzice... Pokłóciłam się z ojcem (nic nowego, często się kłócimy). A o kogo? O Marcina. Rozmawialiśmy na temat tego, gdzie on będzie spał jak przyjedzie i o tym, że ja chciałabym jechać do niego. Oczywiście nic z tego, bo ja przecież jestem za młoda, żeby jeździć sama do chłopaka, do Sopotu (Gdyni, gwoli ścisłości, ale cały czas twierdzi, że Sopotu) i ogólnie, że jeszcze nie jestem dorosła i takie tam. I tak po krótce mówiąc od słowa do słowa ojciec stwierdził, że sama powiedziałam, że wybrałam sobie pierwszego - lepszego chłopaka.
- A co to ja jestem jakąś lafiryndą spod latarni?! Wcale tak nie powiedziałam! - krzyknęłam obruszona.
- Powiedziałaś...
- NIE!
Po kilku zdaniach ojciec z ironiczną miną powiedział nagle:
- Może znawcą chłopaków nie jestem, ale mogłaś sobie znaleźć jakiegoś ładniejszego...
W tym momencie nie wytrzymałam i powiedziałam krótko i zwięźle: Wkurwiasz mnie już... I to wyprowadziło go z równowagi. Krzyczał, żebym wypierdalała i że nie ma ochoty mnie oglądać (i vice versa, swoją drogą). Z płaczem pobiegłam do swojego pokoju i znów ryczałam jak głupia w poduszkę. Czy oni nie rozumieją, że mi może zależeć na kimś takim jak Marcin?! Czy do nich to nie dociera, że ja go po prostu kocham bez względu na to jak wygląda (według mnie nienajgorzej)?! Ten człowiek daje mi szczęście (jakby nie patrzeć...) a oni po prostu mi tego szczęścia żałują. Ojciec nigdy w życiu nie rozmawiał z nim, nie zna go kompletnie... A przepraszam, raz słyszał jak Marcin rozmawiałam z moją mamą o gastronomii i stwierdził, że przez to jest zniewieściały (żenujący jest mój ojciec)... Nie jestem w stanie zrozumieć ich obaw dotyczących partnera swojej starszej córki. To znaczy ojca obaw, bo mama akceptuje Marcina. Mam już dosyć wszystkiego, naprawdę. Mam ochotę zasnąć i obudzić się w zupełnie innym miejcu, bez problemów, bez niczego. W próżni najlepiej.

Emila dzisiaj powiedziała, że rodzice czasami zachowują się mniej dojrzale w tych kwestiach aniżeli same dzieci. I szczerze powiedziawszy miała rację. Mój ojciec to jest po prostu dziecko, które popisuje się przed swoim najlepszym kumplem pokazując jaki to on jest ważny w tym domu i może wszystkimi gardzić (nawet moja mama tak sądzi, aczkolwiek głośno się do tego nie przyznaje), do tego tekst, że mogłabym znaleźć sobie ładniejszego chłopaka... Faceci koło czterdziestki cofają się w rozwoju i tyle. Żal mi takiego toku myślenia, naprawdę.

Mam dość, kurwa, mam dość.


19 czerwca 2007   ×   komentarze (6)


Zmiany w wyglądzie mym

Ja już nie mam siły od tego wszystkiego, po prostu załamuję ręce i patrzę z żalem w oczach na niebo. Może kiedyś wszystko się ułoży samo? Mam już dość tej mojej bezsensownej ingerencji w to, żeby było dobrze nam razem. Widocznie dzieje się coś złego, na co ja już nie mam wpływu. Trudno. Chyba będę musiała jakoś sobie z tym poradzić. Bo jak to Grechuta właśnie śpiewa w moim głośniku: Ważne są dni, których jeszcze nie znamy - dobrze powiedziane.

W każdym razie zmieniłam w sobie parę rzeczy. Po pierwsze - kolor włosów. Z żółtawego blondu na bardzo jasny popielaty blond. Wydałam na farbę z L'Oreala całe dwadzieścia trzy złote. W każdym razie warto było, bo moje włosy wyglądają w zasadzie tak samo jak te modelki z pudełka. Do tego nie musiałam kupować aż dwóch farb, bosko. Niech tylko Marcin przyjedzie i mnie zobaczy, to padnie (bo tak ładnie, oczywście). Po drugie - kolor skóry. Nie, nie, nie wstrzykiwałam sobie cudzych pigmentów (ale wymyśliłam) tylko pojechałam z Eweliną i Emilą nad wodę, na glinianki, aby się pokąpać i poopalać. Było całkiem miło i sympatycznie... To znaczy do czasu aż leżąc plackiem na słońcu nie doszłam do wniosku, że chyba zaczynam się źle czuć i chce mi się wymiotować. To zły znak. Z Eweliną postanowiłyśmy schować się pod parasole, po chwili dołączyła do nas Emila. Siedziałyśmy tak i najpierw skonsumowałyśmy po zapiekance z serem i pieczarkami (dziwię się, że jeszcze żyję), a potem to już tylko wżeranie słonecznika, palenie papierosów i picie Żywca Zdrój.

Gdy po powrocie z glinianek zobaczyłam się w lustrze miałam ochotę krzyknąć z przerażenia! Moja twarz była czerwona, ramiona po paru godzinach zaczęły cholernie piec... Aktualnie przeżywam koszmar i chodzę po ulicy bez stanika bo gdy go zakładam drażni moje ramiona, co sprawia, że bardzo mnie piecze. Co za cholerstwo z tym słońcem i oparzeniami, no powiedzcie mi! Ale ja tak zawsze... Bo oczywiście nie chce mi się posmarować, a raczej popsikać olejkiem do opalania tylko ja tak na żywca idę i się potem smażę jak na ruszcie. Cieszę się tylko, że mogę chodzić i siedzieć (dwa lata temu w Grecji spaliłam sobie wszystko czego nie przykrywał strój, łącznie z pupą, na której nie mogłam siadać).

Wypadałoby wreszcie wyjść z domu, wyciągnąć Emilę na jakieś plotki, bo wczoraj dość długo rozmawiała z Olą, która prowadzi dosć ciekawe życie prywatne. Ale ja naprawdę nie jestem perfidną plotarą, naprawdę...


21 czerwca 2007   ×   komentarze (3)


Refleksje z okazji minionego wieczoru

Dzisiaj spędziłam dość miły wieczór w towarzystwie Emili, Mariusza (Emili brat), Ani (dziewczyna Mariusza) i Tomka (ich znajomy). Poszliśmy do mieszkania, które wynajmuje wyżej wspomniania para, wypiłyśmy (w sensie, że ja i Emila) po jednym Lechu (nie lubię Lecha!), pojadłyśmy trochę czipsów oraz paluszków, i w sumie było dość miło. To znaczy miło o tyle, o ile z Mariuszem może być miło. Szczerze powiedziawszy drażni mnie charakter brata mojej przyjaciółki. Ma taki dziwny, sarkastyczny żart, który często wprawia ludzi w zakłopotanie. W dzieciństwie, za to, że popsułam Emili parasolkę, ścisnął mnie jakoś tak za głowę (co rzecz jasna nie jest miłym wspomnieniem) i ogólnie zawsze pałałam do niego niechęcią. Choć od tego incydentu minęło jakieś dziesięć czy nawet dwanaście lat jego towarzystwo w jakiś sposób mnie krępuje. Nie, to nie przez to, po prostu przez samą jego osobę. Choć byłam z nim kilka razy na imprezie, nawet dwa razy spędziliśmy między innymi w jego towarzystwie Sylwestra to i tak jakoś nie jestem do niego przekonana... No ale to nieistotne.

W każdym razie Tomek pochodzi z Opola i można rzec, że w pewien sposób jest (ewentualnie był) zainteresowany Emilą. Dziewczyna ma dwadzieścia lat, mnóstwo adoratorów, ale nigdy z żadnym nawet się nie pocałowała (mowa tu o prawdziwym pocałunku, a nie jakieś tam kizi - mizi w policzek), nie wspominając już o jakimś bliższym kontakcie z mężczyzną. Nie, nie, nie krytykuję tego czy twierdzę, że to w jakiś sposób jest złe. Właściwie to nie mam zdania, w końcu to jej sprawa i może robić ze sobą co zechce, bez względu na to czy innym się to podoba, czy też nie. W każdym razie o Tomku słyszałam już wielokrotnie. Emila opowiadała, że jest miły, inteligentny, nawet przystojny... Ale tak było do pewnego czasu. W pewnym momencie nawet twierdziła, że między nimi może coś być, bo ona chyba jest nim zainteresowana... Potem, jak to zwykle z nią bywa odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i jej się odwidziało. Dzisiaj przyjechał do niej (i do jej brata, bo to oni najpierw się poznali przez jakąś grę). Poszli razem na miasto, na piwo, na pizzę i takie tam... Oczywiście do niczego nie doszło, bo jej się znów odwidziało. Jak już wyżej wspomniałam miałam okazję poznać Tomka osobiście. Szczerze mówiąc chłopak rzeczywiście przystojny, inteligentny i naprawdę da się z nim porozmawiać. Ja, z racji tej, że jestem osobą dość zamkniętą w sobie wśród ludzi, których nie znam lub widzę pierwszy raz na oczy przy nim czułam się dość swobodnie. To znaczy wiadomo, nie aż tak swobodnie jak czuję się wśród swoich, ale i tak było całkiem w porządku. Fakt, faktem, że chłopak rzeczywiście po dłuższym czasie ma drażniący sposób bycia i denerwujący śmiech, czasami nawet trochę się wymądrza, ale któż z nas tego nie robi? W każdym razie do tego można się po jakimś czasie przyzwyczaić (a przynajmniej tak mi się wydaje). Ale Emila oczywiście musiała przepuścić taką okazję między palcami, to całkiem w jej stylu. Choć wiadomo, tworzenie sztucznego związku na siłę nie ma najmniejszego sensu... A jaka z tego puenta? Właściwie to żadna, taka moja mała refleksja.

Z mieszkania Mariusza i Anki wyszłyśmy jakoś dziesięć czy piętnaście minut po północy. Do domu wróciłam dopiero o pierwszej dwadzieścia. To trochę dziwne biorąc pod uwagę, że mieszkają jakieś pięć minut drogi piechotą od nas. Powodem naszej długiej podróży był język. Zaczęłyśmy wspominać stare czasy (kiedy to robiłyśmy sobie krzywdę na każdym zakręcie, przy każdej wycieczce rowerowej, każdym trzepaku, drzwiach i innych), potem opowiadałyśmy sobie o przygłupich ciotkach, które po tym jak usłyszały od mojej wtedy dziesięcioletniej siostry, że u Kasi to zawsze dostawałam zupę mleczną z kożuchem a Kasia u nas pyszny obiad obrażały się na całą rodzinę... I tak właśnie zdałam sobie sprawę jak niektórzy ludzie przez swoje kompleksy (w moim przypadku akurat chodzi chyba o jakiś kompleks, że pochodzą ze wsi, nie wiem, jakby to była jakaś różnica) potrafią być nienormalni, a już w szczególności ciotka Gienka wraz ze swoimi wiernymi sługami w postaci mojego kuzynostwa, jej męża i teścia. Po prostu koszmar. Nie wiadomo czy śmiać się z tego, czy też płakać. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że gdy na wieś (akurat podczas mojego pobytu) przyjechał brat mojego taty ze swoją żoną i poszli przywitać się z ciotką Gienką poczęstowała ich herbatą, gdzie na wszystkich zużyła jedną torebkę a na deser wyłożyła słodycze, które sami im przywieźli... Czy to nie jest żałosne? Tak... To jest cholernie żałosne. Przyjeżdża rodzina, z którą widzą się raz na dziesięć lat a oni w taki sposób ich goszczą. Po prostu porażka... Takie zachowanie jest po prostu niesmaczne i bez klasy. Jednak aktualnie nie mamy tego problemu bo oni i tak się do nas nie odzywają (a wszystko przez ten kożuch!) od jakichś dwóch lat. Jak to się mówi - żal dupę ściska.


22 czerwca 2007   ×   komentarze (8)


Podwórkowe szaleństwa

- Emila! Ty jesteś jakaś zdesperowana! - wrzasnęła niemalże Kaśka po czym ujrzała, że Emila przyciąga mnie do siebie i obdarza namiętnym pocałunkiem. Ja jednak nie mogę bo słysząc śmiech przyjaciółki zaraz sama zaczynam się przeraźliwie śmiać i nabijać z tej sytuacji.

Tak, wczoraj postanowiłam poprawić sobie humor alkoholem. Najpierw kupiłyśmy czerwone Fresco.
- Kaśka, ale jak to wino będzie niedobre to masz przesrane! - mówię wyciągając pieniądze.
- To wtedy wypiję je sama... - odparła spoglądając na mnie - a wtedy bęziecie mnie nieść do domu - dodała śmiejąc się.

Czasami uciekanie w alkoholowy świat dużo daje, naprawdę. Jeszcze jak się ma odpowiednie towarzystwo do picia to już w ogóle potrafi być cudownie. Poszłyśmy jak zwykle w jakieś krzaki, bo oczywiście im bardziej menelsko tym lepiej. Zapomniałyśmy o korkociągu, wróciłyśmy do domu po to magiczne urządzenie. Poszłyśmy w stronę kortów. Znalazłyśmy na łące jakiś pieniek i kamień (na którym usiadłam). Siedziałyśmy tak w najlepsze i popijałyśmy wino (ja i Kaśka) oraz Redds'a (Emila). Było naprawdę sympatycznie. Potem kolejne odwiedziny w sklepie, tym razem po jakieś dobre piwo, jest, bach. Tym razem ławka. Rozmowy o masturbacji, seksie i całowaniu. Gadanie o tym jacy ci faceci to nie są i ogólnie rzecz biorąc szczere wyznania w tej kwestii.

Wczoraj wydusiłam z Marcina co się dzieje. Napisał tylko, że zawiódł się na pewnych osobach i przez cały czas ma paskudny humor, co zapewne jest powodem jego zachowania w stosunku do mnie. Poprosił, żebym dała mu trochę czasu. Mam inne wyjście? Mam, ale nie skorzystam z niego. Przecież nie mogę zostawić kogoś, kogo kocham w momencie, gdy nic mu nie wychodzi i nikogo nie ma... Dzisiaj rano nawet dostałam od niego miłego SMSa. Poczekamy, zobaczymy. Nikt nie powiedział, że bycie z kimś w związku będzie łatwe.

A dzisiaj Dzień Ojca. Chyba trzeba wreszcie wyciągnąć do Taty rękę na zgodę i przeprosić za złe słowa, które ostatnio spowodowały, że nie odzywałam się do niego.


23 czerwca 2007   ×   komentarze (5)


Życie...

Ja już nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Wiem tylko jedno... Ten problem psuje nasz związek, który pojutrze będzie miał pół roku. Powiedział, że w środę będzie wiedział na czym stoi (wcześniej miał być czwartek, więc widzę postęp). Stwierdził, że ludzie, którym ufał odwrócili się od niego, do tego problemy na studiach i zapewne coś jeszcze, o czym nie chce mi powiedzieć. Raz jest miły, raz nie, potem dzwoni i mówi: Cześć skarbie, ja dzwonię bo chciałem ci powiedzieć "dzień dobry". Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi.

Jeszcze na domiar złego opiekunka mojej babci zrezygnowała z pracy u nas bo znalazła sobie lepiej płatną. Ona myśli, że co? Że jak się dowiemy o tym to rzucimy się jej do stóp proponując wyższą stawkę? Jeśli tak to chyba jest śmieszna. W każdym razie zacznie się od nowa ta cała szukanina i bieganina.

Najgorzej jak wszystkie problemy walą się człowiekowi na głowę. Osoba, którą kochasz najbardziej na świecie zaczyna się wobec Ciebie dziwnie zachowywać i pisze: Ja ostatnio sam nie wiem co do Ciebie czuję (a gdy mu napisałam, że myślałam, że mnie kocha to odpowiada: Nie powiedziałem, że Cię nie kocham), babcia, która przez swoją chorobę zachowuje się jeszcze gorzej niż małe dziecko, brak opiekunki dla tejże babci, matura, studia, kłótnie. Wszystko, do kurwy nędzy, wszystko.

A ja już nawet nie mam siły płakać nad tym wszystkim. Odnoszę wrażenie, że jestem doszczętnie wyprana z emocji. Już nawet słowa Marcina nie robią na mnie większego wrażenia, tak naprawdę. Bo ja chyba się wzmocniłam już, uodporniłam.


25 czerwca 2007   ×   komentarze (4)


Obsesja

Dzisiaj przyszła do mnie wena, czy może bardziej – natchnienie. Wychodząc na dwór z psem jak zwykle moje nogi poniosły mnie w stronę podwórka znajdującego się po drugiej stronie ulicy i zdałam sobie sprawę, że przez najbliższe miesiące tak naprawdę nie mam po co tam chodzić. Przecież piesek może załatwić się na każdym innym trawniku, na łące – wszędzie, nie tam.

Aleksandra na żywo poznałam w ostatni dzień dwutysięcznego czwartego roku. Byłam wtedy zbuntowaną szesnastolatką, która koniecznie chciała poznać inny smak życia. Zawsze chciałam być oryginalna i inna niż wszystkie moje rówieśniczki, jednak dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że właśnie przez to byłam taka sama jak cała reszta szesnastoletnich dziewczynek w glanach, zakochanych w swoim wielce oryginalnym ego.

Z toną czarnej kredki na oczach pobiegłam po Emilę, aby razem z nią pójść na krótkie spotkanie z Aleksandrem. Wszystko miało czysto materialny charakter. Aleksander z racji tej, że był wtedy dziewiętnastoletnim młodzieńcem posiadającym dowód osobisty poszedł z nami aby kupić nam papierosy, których nigdzie nie chcieli sprzedać mojej przyjaciółce. Trzeba było więc złapać się ostatniej deski ratunku jaką jest poproszenie kogoś, aby zrobił to bez problemu za nas.

Aleksandra znałam nieco wcześniej, jednak nie osobiście. Poznaliśmy się przez Internet. Chłopak postanowił zapytać mnie, który film ze swojej małej, internetowej wideoteki mogłabym mu polecić. Rozmowa po jakimś czasie zeszła już na nieco inny tor, stała się bardzo przyjemna. Wymieniliśmy się numerami Gadu – Gadu i tak się rozpoczęła nasz wirtualna znajomość.

Aleksander mieszka po drugiej stronie ulicy. Poznaliśmy się przy osiedlowej restauracji. Nie pamiętam co pomyślałam sobie, kiedy tylko go ujrzałam, ale za to nigdy nie zapomnę mojej reakcji gdy po małym spacerze do sklepu pożegnaliśmy się. Weszłam z Emilą do bramy i patrząc na przyjaciółkę ugięły się pode mną kolana i zsuwając się po drzwiach wydyszałam coś w rodzaju: „On jest zajebisty...”. I właśnie wtedy zaczęła się moja obsesja. Obsesyjne marzenia o spotkaniu go na ulicy, o tym, że odezwie się do mnie na Gadu – Gadu.

I teraz, po tych trzech latach moja obsesja tak naprawdę trwa nadal... I choć mam mężczyznę, którego niesamowicie kocham, to Aleksander wciąż żyje w mojej świadomości, w mojej głowie. Nie, nie w sercu. On po prostu wciąż żyje we mnie.

Po roku naszej znajomości po raz pierwszy spotkaliśmy się sam na sam u niego w domu. To był ciepły czerwcowy wieczór. Nie był co prawda pełen wrażeń, pocałunków, ale zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Wtedy wystarczyło mi jego spojrzenie skierowane w moje oczy, w mój dekolt, dotyk jego dłoni na moich stopach, jego głos... Wszystko było niesamowicie magiczne, cały wieczór, potem noc. Nawet świeczki z Ikei porozstawiane na całym balkonie.

Aleksander po kilku dniach wyjechał na trzy miesiące do Anglii. Nie płakałam za nim, nie tęskniłam, nie brakowało mi go specjalnie. Czasami odczuwałam pewną pustkę, którą tylko on był w stanie wypełnić.

Od czasu do czasu chodziliśmy razem na piwo owocowej. Wchodziliśmy razem do domku na placu zabaw w parku i rozmawialiśmy popijając słodki, alkoholowy trunek i paląc od czasu do czasu papierosy. Patrzyliśmy sobie w oczy lub po prostu przed siebie. I znowusz delektowałam się każdym jego słowem, czasami wręcz pragnęłam więcej i więcej. W myślach całowałam go w usta, ściągałam mu koszulkę, dotykałam jego nagie ciało. Szczerze mówiąc nigdy nie wierzyłam, że kiedykolwiek moje marzenia ujrzą światło dzienne. Aleksander tak naprawdę mógł mieć każdą, którą sobie wypatrzy. Nieważne czy na jedną noc, czy też na dwie, trzy, może nawet na miesiąc... On związku nie traktował nigdy poważnie, zawsze z rezerwą, tylko po to, żeby zaspokoić potrzeby seksualne. Mówił o tym, że seksu nie wiąże z uczuciem, że jedno z drugim nie musi iść w parze. Ja, chcąc mu w pewien sposób zaimponować za każdym razem przytakiwałam...

Pewnej grudniowej nocy, po dwóch latach wodzenia za nim maślanymi oczami, marząc o nim po nocach, śniąc o bliskości z osobą, która jak nikt pociągała mnie fizycznie moje myśli urzeczywistniły się. Był jeden pocałunek, drugi – nieco dłuższy, moja koszulka na podłodze, potem stanik, majtki... Jego usta przywarte do mojego ciała, zmrużone oczy. Nie, nie uprawialiśmy seksu i sądzę, że nigdy nie będziemy. Po pół roku kolejne pocałunki. I tak naprawdę to nic na serio, nic na poważnie.

Przysięgam, że nigdy nie przyszło mi do głowy, że on to robi bo czuje do mnie coś więcej. Doskonale wiedziałam, że po prostu spełnialiśmy się fizycznie, że w pewien sposób ciągnie nas coś do siebie.

I dzisiaj, spacerując z psem zdałam sobie sprawę, że Aleksander tak naprawdę jest samotny. On jest tak cholernie samotny, że sam sobie z tego nie zdaje sprawy. Nie wierzy, że seks rodzi się najczęściej z miłości, nie wierzy w uczucie. Ostatnio opowiadał mi jak to wziął samochód i pojechał autostradą w stronę Oławy, sam, w nocy, jego bak powoli stawał się pusty, a on myślał, myślał o swoim życiu, egzystencji, sam. Jest samotny, cholernie samotny. Pomimo, że ma wokół siebie bliskich, przyjaciół... Jest samotny duchowo, z wyboru.

Nigdy nie kochałam Aleksandra i nigdy go nie pokocham, ale nauczył mnie wiele i uświadomił tyle samo. Ten nieszczęsny człowiek, nieszczęsny Aleksander, moja obsesja.


28 czerwca 2007   ×   komentarze (5)


Nowy wymiar

Wszystko jak zwykle okazało się moją wybujałą wyobraźnią i wmawianiem sobie. Wczoraj, po rozdaniu świadectw maturalnych spotkałam się z Marcinem. Wcześniej obiecałam mu, że nie będę wypytywać o jego życie, o to co się działo. I tak też nie robiłam, za co był mi bardzo wdzięczny. Mi wystarczy ogólna wiedza na temat jego problemów. No bo skoro niedzielenie się nimi sprawia, że czuje komfort psychiczny to dlaczego mam mu w tym przeszkadzać? Powiedział nawet, że mnie kocha. Ktoś sobie pomyśli, że może jestem jakaś naiwna czy coś... Nie, ja po prostu jestem zakochana. Wiem co ten chłopak przeszedł... Wiem jak bardzo jest wrażliwy... Dlatego tak go kocham.

- Poprosiłem babcię, żeby na Dzień Ojca zapaliła znicz na grobie mojego taty - powiedział patrząc przed siebie - W Sosnowcu ostatnio byłem w Święta... Wiesz które i wiesz kiedy - dodał.

Zrobiłam mu aferę, bo tak krótko był u mnie pomimo faktu, że nie widzieliśmy przez dwa miesiące. Jednak po chwili zastanowienia doszłam do wniosku, że skoro obiecał babci, to niech jedzie. Odprowadziłam go na przystanek, pocałowałam w usta. Pojechał... Okazało się, że nie zdążył na pociąg, a następny miał dopiero za dwie godziny. Bez chwili zastanowienia pobiegłam na autobus i po pół godziny znalazłam się tuż przy nim. On tylko spojrzał na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami i powiedział:
- Cieszę się, że przyjechałaś...
Miałam ochotę rzucić mu się na szyję, całować i powtarzać, że już nigdy go nie puszczę, ale powstrzymałam się i odpowiedziałam tylko:
- Nawet gdybym miała jeszcze przez pięć minut być z tobą to i tak bym przyjechała.

Staliśmy się sobie bliżsi. Moja miłość nabrała innego wymiaru. Uspokoiła się, może dojrzała.

Zostawił mi swoją ulubioną książkę, o której mówił mi rok temu, jeszcze gdy patrzyliśmy na siebie przez pryzmat kamerki internetowej. Majtreji Mircei Eliade. Gdy tylko skończę Zahira zabieram się za nią.


30 czerwca 2007   ×   komentarze (7)