Nie wiem co się ze mną dzieje, te hormony dają człowiekowi nieźle popalić. Wczoraj miałam ochotę zabić wszystko to, co się poruszało w promieniu conajmniej jednego centymetra ode mnie. Krótko mówiąc - wszystko, ale to wszystko mnie drażniło. A dzisiaj? Dzisiaj już nieco mniej. Cierpię na zespół napięcia przedmiesiączkowego. Panowie, nawet nie zdajecie sobie sprawy jaki to dla nas, dla kobiet jest horror! Człowiek na drugi dzień się budzi i dochodzi do wniosku, że te napady furii, gniewu, złości, niepotrzebne fochy to kompletna bzdura i dziecinne zachowanie. Powoli dochodzę do wniosku, że chyba wypada coś zrobić z tym problemem. Może tabletki antykoncepcyjne by mi pomogły? Muszę się skonsultować z lekarzem. Bo wiecie... To nie jest tak, że mnie coś boli, jest mi niedobrze i nie potrafię normalnie funkcjonować. Z natury jestem osobą drażliwą i łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, ale... Ale do jasnej anielki przed okresem to jest jeszcze silniejsze niż zwykle! Szczerze przyznam, że to jest jeden z powodów dla których mój związek z Marcinem dobiegł końca, bo on sam nie wiedział czy potrafiłby być ze mną. No... Nic dziwnego, wciąż się na niego o coś obrażałam (ale on na mnie też), ale... To osobny temat, który już powoli zamykam.
Wracając do związków... Dzisiaj widziałam się z Michałem. Postanowiłam o później porze wyciągnąć go na mały spacer ponieważ przez cały majowy weekend siedziałam w domu (wszyscy byli wielce zajęci, nic na to nie poradzę). Spotkaliśmy się o godzinie dwudziestej pierwszej w rynku i poszliśmy się przejść. Weszliśmy w dziwne miejsce przy Odrze. Michał stwierdził, że jestem
romantyczką za trzy grosze, bo w tym miejscu było trochę brudno i całkiem brzydko, ale cóż, przynajmniej nie było ludzi. Przez cały wieczór siąpił deszcz, ale z czasem zaczynał padać coraz mocniej i gęściej. Ja wraz z mym lubym postanowiliśmy schować się w jakieś ustronne miejsce niedaleko przystanku autobusowego, z którego później miałam wsiąść w pojazd komuniakcji miejskiej i wrócić do domu.
Poszliśmy na plac zabaw i ja podsunęłam pomysł, żeby wejść na domek - tam przynajmniej był daszek i nie było tak mokro. Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy o jakichś bzdurach od czasu do czasu obdarzając się przelotnym cmoknięciem w usta. Przyłączyli się nawet do nas pewni chłopcy z piwami w dłoniach, gdzie jeden z nich okazał się tegorocznym maturzystą (nie ma to jak luzackie podejście do egzaminu dojrzałości, fajnie iść na maturę z polskiego na kacu), a przynajmniej tak powiedział (różnie z tymi ludźmi bywa). Rozmowa zeszła na nieco inne tory. Nie zwracaliśmy uwagi na pijących chłopców, postanowiliśmy zająć się sobą.
-
Wiesz... To trudno określić kim dla mnie jesteś. Jedna część mnie mówi, że to bardzo źle, że poświęcam ci tyle czasu, że tyle się spotykamy - mówił -
ale druga z tego powodu przeogrmnie się cieszy... Wiesz... W tych kwestiach jednak rozumem posługiwać się nie można.
I nie wiem dlaczego, i nie wiem jak to się dzieje, że do domu wracałam z totalną zawieszką. Zapaliła się we mnie czerwona lampka alarmowa. Przecież nic nie robiliśmy, niczego konkretnego sobie nie powiedzieliśmy, ale... Ale tak bardzo w drodze powrotnej pragnęłam jego bliskości jak nigdy wcześniej. Nigdy tak bardzo nie chciałam przy nim zasnąć i obudzić się, nigdy... Och Boże, co ja gadam! Nie, nie, dajmy już z tym spokój. Nie, nie zakochałam się, chyba. To tylko taka zawieszka, po prostu. Tak.
4 maja 2008 × komentarze (7)
-
Wiesz co... Ty rzeczywiście łamiesz wszystkie jeśli chodzi o jedzenie i dziewczyny - mówił -
bo zawsze gdy proponowałem jakiejś coś do zjedzenia, to albo mówiła, że nie chce, że nie jest głodna... Albo co najwyżej brała jakąś małą miseczkę z warzywami - dokończył śmiejąc się.
Spojrzałam na niego dziwnie, po czym i na mojej twarzy wymalował się uśmiech.
-
Ty... No ale jak ja cały dzień nic nie jadłam to co?
-
No i co, ale większość choćby przez cały dzień nic nie jadło to i tak nie chciały przy mnie jeść! Ale wiesz... Nie mówię, że to źle, że tak robisz.
Ja wzruszyłam tylko ramionami i stwierdziłam, że skoro jestem u swojego faceta to chyba mogę coś zjeść. Ni interesuje mnie to, że pomyśli sobie, że się obżeram, bo tak wcale nie jest. A nawet jeśli by tak pomyślał... To co z tego? Przecież widać po mnie, że lubię jeść, więc po co mam się z tym ukrywać?
Z Michałem jest mi coraz lepiej, ze spotkania na spotkanie. Lubię z nim spędzać czas, bo naprawdę mamy o czym rozmawiać. Nie jest to tylko pusta rozmowa o przysłowiowej
dupie maryni tylko konkretna konwersacja na równie konkretny temat. On się śmieje z moich żartów, a ja z jego. Naprawdę się dogadujemy. Szczerze przyznam, że nawet z Marcinem nie mogłam tak porozmawiać, on wydawał się być taki oporny.
Michał ma prawdziwego fioła na punkcie mojego biustu, a szczególnie jedną pozę, którą odkryliśmy wczoraj. Za każdym razem gdy patrzy na mnie, gdy tak się ustawię uśmiecha się z taką błogością i powtarza z rumieńcem na twarzy:
O kurwa... (wiem, że to mało romantyczne, ale wypowiada to w bardzo fajny sposób). A ja wtedy kładę się na brzuchu i zaczynam śmiać.
-
Chciałbym ci zrobić takie zdjęcie! - powiedział spoglądając na mnie z rozmarzeniem.
-
Będziesz mógł je zrobić, ale tylko tym swoim zajebistym aparatem! - Michał ma lustrzankę Canona z całym zestawem dodatków. Wiem, że jestem małą materialistką, ale inaczej nie zmuszę go, żeby przywiózł to cudo od siebie z domu.
Zauważyłam, że na każdej chemii mi i Markowi po prostu ostro odwala, a szczególnie pod koniec części teoretycznej. Siedzimy w zasadzie blisko siebie i zwykle ja zaczynam go zaczepiać na przykład rysując mu coś długopisem na łokciu. Wczoraj stwierdził, że muszę go teraz umyć. Spojrzałam na niego z uśmiechem na ustach i powiedziałam krótkie
nie, nie umyję cię po czym oboje zaczęliśmy się śmiać. Wreszcie znalazłam kompana do durnych tekstów i zachowań. Kiedyś na przykład (również na chemii) Marek chcąc mnie rozśmieszyć (bo byłam zmordowana po całym dniu) nagle przysuwa się do mnie i mówi mi do ucha:
-
A wąchałaś kiedyś obornik?
Myślałam, że spadnę z tego krzesła ze śmiechu. Wiem, że to nie brzmi zbyt inteligentnie, bo my w istocie wcale inteligentnie zachowywać się nie chcemy.
6 maja 2008 × komentarze (2)
Och, to nareszcie piątek i chwila by odsapnąć. Chociaż z drugiej strony następny tydzień też ma kilka dni wolnego. W czwarte są Juwenalia naszej uczelni a w piątek nie ma fizyki ponieważ innej grupie wypada ten przedmiot. W poniedziałek za to kolokwium z chemii, muszę się spiąć w sobie i się nauczyć, muszę walczyć. Postaram się zrobić co w mojej mocy, żeby mi się udało zaliczyć ten przedmiot.
A póki co, z racji piątku idę z Izką, Kaśką, Arkiem i później Michałem na imprezę. Ten ostatni dojdzie do nas nieco później, bo przecież luby mój to cholernie zajęty facet. Bez przerwy ma jakieś prezentacje do robienia, albo inne bzdury typu praca magisterska (jemu tak bardzo nie chce się jej robić, że aż mnie to denerwuje). Być może później przyjdzie jeszcze Karolina, ale zapewne wpadnie tylko na chwilę.
Apropo Karoliny... We wtorek, po ćwiczeniach z matmy stwierdziłyśmy, że wyskoczymy sobie na jedno piwo, góra dwa. I na czym się skończyło? Rzeczywiście na jednym piwie, ale do tego doszła jeszcze Karolina numer dwa (z architektury krajobrazu), dwie butelki wina i dżin z tonikiem, który był tak obleśny, że nie wypiłam go więcej niż pół kubeczka (może to przez podejrzane towarzystwo, które nam zaproponowało tego drinka?). Siedziałyśmy sobie na słoneczku, na Wyspie Słodowej i popijałyśmy różne trunki. Oczywistym jest, że im więcej alkoholu tym język bardziej się rozwiązywał. Najgorsze jest, że niedaleko Wyspy Słodowej mieszka Michał. Poprosiłam Karolinę, żeby pozwoliła mi ze swojego telefonu wysłać jednego SMSa do niego, bez zastanowienia dała mi telefon, a ja patrząc przez mgłę (dawka alkoholu robi swoje) wystukałam na klawiaturzę prośbę o małe spotkanko. Napisał, że będzie za dziesięć minut przy Żabiej Kładce. Pożegnałam się ładnie ze swoim towarzystwem i zniknęłam. Włączyła mi się tak zwana
lova (wymyśliła Karolajn) i nie mogłam się odkleić od Michała. Śmiesznie było, a co!
Idę szykować się na dzisiejsze party, które niewiadomo jak się skończy, ach! Uwielbiam niespodzianki i spontaniczne sytuacje. Mniam.
9 maja 2008 × komentarze (7)
Ostatnio miewam dziwne sny. W jednym śnie moi znajomi skaczą na niestandardowym bungee, matka morduje dziecko, babcia szyje mi suknię ślubną na mój ślub z Michałem, a potem spotykam Marcina i bez słów zaczynamy się całować. W następnym śnie ja mam dziecko, a moi rodzice są niesamowicie ze mnie dumni, a ja cieszę się z dzieciny tak bardzo, że aż się sama sobie dziwię (kiedyś miałam sny, że bałam się ciąży), oczywiście w śnie nie wiem, kto jest ojcem. Potem śni mi się Michał pracujący w Astrze, popijający kawę i udający, że mnie nie widzi i w tym samym śnie Marcin roznoszący pizzę w autobusie. On wychodzi z autobusu, a ja biegnę do drzwi zostawiajac wszystkie rzeczy i krzyczę za nim, on się tylko odwraca i patrzy na mnie. W tym samym śnie kradnę suchy makaron, zupełnie przez przypadek i zjadam go jak paluszki. Do tego impreza z Kaśką i Izką na balkonie, czysty obrus na brudny, ogródkowy stół.
I tak się właśnie zastanawiam czy ja jestem normalna, że mam takie dziwne sny? Hmm... Właściwie to sny mają to do siebie, że są dziwne, ale zastanawia mnie myśl dlaczego jak zawsze śni mi się Michał to w tym śnie występuje również Marcin, najczęściej milczący. Może to efekt tego, że cały czas, wbrew swojej woli porównuję ich do siebie? Karolina mi mówi, że nie wolno mi tego robić, że to co było, już minęło i nie ma sensu zadręczać się myślami o tym. Ma rację, ale to nie jest takie proste i każdy, kto przeżył coś podobnego doskonale o tym wie.
Co do piątkowej imprezy. Mieliśmy iść do klubu, potem miał dojść do nas Michał, a na koniec ja i mój luby poszlibyśmy do niego do domu i razem zasnęlibyśmy obok siebie. Brzmi sielankowo, co? Niestety tak nie było. Michał, przez ból oka zepsuł nam cały wieczór. Oczywiście nie mam do niego pretensji, bo jestem w stanie go zrozumieć. Przyszedł po dwudziestej trzeciej i poszliśmy szukać niezadymionego lokalu (ze względu na to jego oko i ból głowy z tym związany). Szczerze powiem, że nawet coś znaleźliśmy, ale ani Kaśka, ani Izka, ani Arek nie mieli zasięgu w klubie, w którym na nas czekali. Wobec tego wysłałam Kaśce SMSa, że ją przepraszam, ale idziemy z Michałem do domu. Nie było sensu biec po nich, zresztą widziałam, że Michał już się męczy. Oczywiście Kaśka zadzwoniła do mnie z pretensjami i krzyczała dość głośno.
U Michała było uroczo, to muszę przyznać. Nigdy w życiu nie widziałam tak ślicznie wyglądającego faceta podczas spania. Mój boże... Serce dudniło mi tak szybko, jak jeszcze dawno nie biło. Michał ciągle pytał mnie czy się boję.
-
Czego miałabym się bać? - pytałam go śmiejąc się.
To nie to, myślalam sobie uśmiechając się w duchu.
Skończyłam preparaty z chemii. Szczerze przyznam, że nie wiem co będzie z tym przedmiotem. Nie mam nawet ochoty o tym myśleć. Co będzie to będzie. Dzisiaj chwila relaksu bo są ćwiczenia z matematyki a potem spacer z Michałem. Muszę powiedzieć, że lubię wtorki, właśnie z tych względów. Mój ukochany przedmiot i spotkania z moim facetem (tak jakoś wypada, że widzimy się najczęściej właśnie w ten dzień tygodnia).
13 maja 2008 × komentarze (6)
Nie wiem co się ostatnio ze mną dzieje. Jakoś tak zaczynam chłonąć klimat innych ludzi. Zwracam uwagę na uliczne graffitti, słucham sobie rapu (w tym momencie). Nie to, żebym zaraz zmieniała styl, bo u mnie i tak ciężko go określić, ale jakoś tak naszła mnie ochota na te, że tak powiem, klimaty.
Jakiś czas temu zobaczyłam nowe zdjęcie Marcina na
NK i dopadł mnie dół. Nie wiem dlaczego, ale jakoś tak serce podeszło mi do gardła i przez cały dzień czułam się jakoś dziwnie. Dobrze, że tego dnia miałam tylko matematykę. Zgłosiłam się nawet do jednego z zadań. Wiecie, że ciężko było mi policzyć ułamki? Tak... Najzwyklejsze na świecie ułamki! Michał się śmieje, że ja to jak prawdziwy matematyk - nie potrafię robić najprostszych obliczeń. Karolina przez całe ćwiczenia pytała mnie co się dzieje. W zasadzie nie potrafiłam odpowiedzieć jej jakoś logicznie na to pytanie. Ogólnie to starałam się zachowywać normalnie, ale jak widać przed nią nie da się niczego ukryć.
-
Karolina, idziemy na piwo? - spytałam.
-
No, mam dwa złote, to mogę kupić sobie Książa - odparła a ja bąknęłam coś, że przecież mogę jej dołożyć do czegoś lepszego. Podjechałyśmy
Celiną (autobus C) do Placu Bema, skąd poszłyśmy sobie szybszym spacerkiem na Wyspę Słodową, czyli miejsce spotkań i tak zwanych melanży studentów. Szczerze? Uwielbiam Wyspę Słodową! Nie, nie ze względu na imprezowy nastrój, ale za całokształt, bo jest we Wrocławiu, bo jest blisko mnie, bo jest MOJA. Bo Michał mieszka niedaleko?!
O dwudziestej spotkałam się z Michałem i jak zwykle wysłuchiwałam o różnorakich rozwiązaniach tecznicznych, które jego zdaniem byłyby całkiem dobrym... rozwiązaniem? W pewnym momencie miałam ochotę przyłożyć mu dłoń do ust i słodko go uciszyć, bo mi po głowie chodziły inne myśli niż te inżynierskie.
-
To co? Idziemy na twoją ławeczkę? - powiedział Michał wychodząc z Galerii Dominikańskiej.
-
Jaką moją ławeczkę? - Pomyślałam przez moment. -
Aaaaa! - Chodziło o ławeczkę w parczku przy Wzgórzu Partyzantów. Kiedyś opowiadałam Michałowi, że tam własnie miał miejsce mój pierwszy pocałunek z języczkiem. To śmieszne, że akurat tam miał ochotę iść.
-
Robiliście coś więcej?
-
Na ławeczce? Mówiłam ci, że tylko się całowaliśmy.
-
No tak...
-
To był i wciąż jest chłopak mojej koleżanki.
-
A ona wie?
-
No wie, wie...
-
I wciąż jest twoją koleżanką?!
-
No tak.
Michał zdradził mi, że dostał ofertę pracy w Belgii. Serce podeszło mi do gardła. Zapytałam go czy wtedy będzie musiał tam pojechać, skinął głową. Jesteśmy ze sobą od nieco ponad miesiąca a ja jakoś nie wyobrażam sobie, żeby nagle sobie gdzieś pojechał i mnie zostawił. Wtuliłam się w niego tak, jakbym chciała go siłą przytrzymać, żeby się nigdzie nie ruszał, żeby został ze mną.
15 maja 2008 × komentarze (2)
Dzisiejszy dzień był dość ciekawy. A właściwie to powinnam zacząć od czegoś innego, od samego faktu istnienia piętnastego maja. Dzisiaj mija dsiesięć lat od śmierci mojego Dziadka. Jego śmierć była dla mnie czymś naprawdę bolesnym, pomimo faktu, że miałam wtedy dopiero dziesięć lat. Pamiętam jak na pogrzebie wielka gula cisnęła moje gardło, tak bardzo chciało mi się płakać. Dziadku, na zawsze pozostaniesz w mym sercu i pamięci. Nie przypominam sobie, żeby na świecie był drugi człowiek, który tak bardzo kochał mnie jak on. Do niego zawsze uciekałam, gdy rodzice krzyczeli, Dziadek stawał w mej obronie i łagodził sytuację. Wydawał ostatnie pieniądze na moje zachcianki... Kochał mnie bardzo, a ja wtedy byłam zbyt mała, żeby to docenić. Ja do tej pory z nim rozmawiam i wiem, że czuwa nade mną, wiem, że jest ze mną, że wciąż mnie wspiera.
A w ogóle to tak się zastanawiam dlaczego gdy mi się pieprzy to wszystkim naokoło się układa, a gdy ze mną jest lepiej to im jest źle. To tak dla zachowania równowagi? Gdyby wszystkim było cudownie, to byłoby nudno? Kamila jest z Pawłem praktycznie od początku liceum, myślała, że on to ten jedyny, ta miłość na zawsze. Na początku trochę wątpiłam w jej tezę, ale gdy tak na nich patrzyłam, to dochodziłam do wniosku, że to może być prawda. A teraz? Nietrudno się domyślić, że ich związek zaczyna się sypać. Całkiem niedawno ze sobą rozmawiałyśmy i Kamila od dłuższego czasu zastanawia się czy jest sens być z Pawłem. Cały czas powtarza, że pewnie brakowałoby jej go, rozmów z nim... Że się przyzwyczaiła. O luuuudzie, to najgorsze co może być. Przeżyłam to samo z Marcinem i szczerze przyznam, że nie wolno patrzeć na takie rzeczy.
-
A czy zastanawiałaś się jak to będzie po ślubie? Wyobrażasz sobie przyszłość z tym człowiekiem? - zapytałam i w odpowiedzi usłyszałam ciszę. Ja ją uświadomiłam jak mogłaby wyglądać. Paweł traktuję ją jak maszynkę do uprawiania seksu. Kamila przychodzi do niego do domu, kochają się, a po wszystkim on siada przed komputerem i zaczyna sobie na przykład grać w jakieś durnowate gierki. Nigdzie z nią nie wychodzi, bo nie ma pieniędzy na głupoty, woli przeznaczyć je na papierosy. Paweł taki nie był...
Paweł był kiedyś wspaniałym człowiekiem. Pamiętam jak dokładnie trzy lata temu, gdy jeszcze byłam w liceum poszliśmy na juwenaliowy koncert, bawiliśmy się świetnie. Paweł zawsze interesował się Kamilą i mną (pod względem czysto przyjacielskim, potem przerodziło się to w coś innego, ale to bardzo długa historia, o której opowiadałam już setki razy i nie chce mi się robić tego znów). Potrafił pójść ze mną na piwo i mi je postawić, często imprezowaliśmy w trójkę. To były piękne czasy... Naprawdę! Co z tego, że byliśmy gówniarzami? Było w nas pełno życia, byliśmy wtedy słodcy i czyści, chcieliśmy posmakować czegoś nowego, cieszyliśmy się z głupot, było pięknie. A teraz? Teraz wszystko jest inne, toksyczne, doroślejsze. Nawet związek dwojga ludzi nie zawsze trwa wiecznie. Przeraża mnie, że to, co piękne nigdy nie trwa wiecznie. Dwoje ludzi kocha się bardzo mocno (bo o tym wiem), ale coś nagle wpada między nich i pomimo faktu, że to uczucie wciąż jest oni nie powinni być razem, bo jedna ze stron po prostu zmieniła nastawienie do wszystkiego, druga zresztą też.
Tęsknię za Michałem, przed zaśnięciem myślę o nim... Jak to kiedyś powiedziałam:
Jesteś ostatnią i pierwszą osobą, o której myślę w ciągu całej doby. Bo tak właśnie jest. Zamykam oczy i ostatni widok, który pojawia mi się przed oczami to on, a pierwszy, który się rodzi w myśli, gdy je otwieram. Boję się swoich uczuć, boję się, że znów coś pójdzie nie tak, ale jest też drugie wyjście - że może być dobrze.
15 maja 2008 × komentarze (6)
Zauważyłam, że im bardziej jestem zła i wkurzona tym później lepiej mi w łóżku z Michałem. Śmieszna ta zależność, ale jednak.
Wczoraj ostro pokłóciłam się z rodzicami. Do tego stopia wyprowadziłam ojca z równowagi, że zaczął mnie dusić (idiota). Nie mam ochoty do tego wracać myślami, ani pamięcią. Po prostu ten człowiek przegiął. A wszystko przez to, że moja matka zrobiła aferę na całe mieszkanie, że użyłam jej maszynki do robienia tipsów, bez jej zgody. Jakby się kurwa conajmniejc świat miał przez to zawalić.
Rozgoryczona pojechałam do Michała, a raczej ojciec mnie tam zamiózł. Wysiadłam z samochodu i przeszłam przez charakterystyczny tunel, i po chwili już dzwoniłam domofonem do jego mieszkania. Przywitał mnie jak zwykle tym swoim
ola! po czym ja ściągnęłam buty i weszłam do jego pokoju. Zapytał czego się napiję, a ja odparłam, że najchętniej to czegoś z procentami. Dziwne to, ale w zasadzie zawsze pijemy jakiś alkohol, może nie tak dużo, ale zawsze.
Poźniej leżeliśmy obok siebie i rozmawialiśmy o jakichś głupotach. Michał przyznał się, że jak był na obozie językowym w Oxfordzie (wygrał na olimpiadzie z języka angielskiego w liceum) to wzięli go za pedofila ponieważ dziewczynka, która była córeczką właścicieli domu, w którym mieszkał zrobiła sobie bransoletki z taśmy izolacyjnej Michała. Oczywiście został oczyszczony z zarzutów. Gdy skończył swoją opowieść powiedział...
-
A ty na pewno masz dwadzieścia lat?
-
No pewnie, chcesz zobaczyć mój dowód osobisty? - zaśmiałam się a Michał skinął głową. Wstałam z łóżka i podbiegłam do torebki, z której wyjęłam portfel, rzuciłam go na łóżko a zaraz za nim ja.
-
Legitymację studencką też chcesz zobaczyć? - I tak oglądaliśmy sobie moje zdjęcia. Najlepsze było z mojej legitymacji, z liceum. Tam wyglądałam jak taki hipcio. Wszyscy zawsze mają największą radochę jak widzą właśnie tą fotkę. Ale to juz nie moja wina, że miałam taką uroczą, okrągłą mordkę. W sumie wciąż taką mam.
Po oględzinach przeszliśmy do najprzyjemniejszej części programu, do totalnego odstresowania się. Mój boże... Mówiąc szczerze to jeszcze nigdy nie miałam takiego orgazmu z facetem! Wiem, że jestem bezpośrednia, ale to było po prostu coś niesamowitego! Sama oczywiście musiałam się odwdzięczyć czymś podobnym. Później oboje padliśmy zmęczeni. To było COŚ.
-
Dzisiaj był dzień zajebistości! - powiedział Michał a ja wciąż próbowałam dojść do siebie.
Wczoraj napisałam SMSa do Marcina z następującą treścią:
Widzę, że jesteś aktywny na NK. Ciekawa jestem co u Ciebie słychać, bo nie odpisujesz mi na SMSy. Nie martw się, już nie będę Cię namawiać na powrót do mnie, bo powoli zaczynam sobie układać życie i powiem Ci, że idzie mi calłkiem nieźle. Rzeczywiście lepiej, że stało się jak się stało. Jednak wciąż jesteś mi bliski (w sumie to zawsze będziesz i ja Tobie pewnie też) i chciałabym wiedzić czy wszystko u Ciebie w porządku. Co prawda odpowiedzi nie uzyskałam, ale na Naszej Klasie ujrzałam całkiem miły komentarz pod swoim zdjęciem, co oznacza, że powoli przechodzimy w inny etap naszej znajomości. Była już namiętność, miłość, kłótnie, nienawiść, żale, smutki, a teraz powoli przechodzimy w stan koleżeństwa. I wiecie co? Z dumą mogę przyznać, że już wiem czego chcę, wiem, co jest dla mnie najlepsze, i wiem, że to, czego tak bardzo potrzebowałam wreszcie do mnie przyszło w postaci Michała.
Chyba rzeczywiście jestem szczęśliwa i coraz głębsze uczucie do człowieka, który na to zasługuje powoli zaczyna mnie uskrzydlać. To naprawdę piękne. Może nie jest to tak głęboka miłość jaka mogłaby być, ale na wszystko trzeba poczekać. Michale, dziękuję Ci za pomoc w odnalezieniu wiary.
17 maja 2008 × komentarze (9)
Przyszedł, zrobił mieszankę wybuchową w mojej głowie i zniknął. Kto? No Marcin oczywiście. Dobrze, że gdy kładłam się spać wróciłam na ziemię i zorientowałam się jak powinno być i jak rzeczywiście jest z moich serduchem. Porozmawiałam z Marcinem na GG, a potem na Skype, korzystając z kamerki. Nie powiem, że w lewej piersi nie poczułam jak coś chce mi wyskoczyć na zewnątrz. Rozmawialiśmy o typowej
dupie Maryni, ale za to dość długo. W sumie całkiem sympatycznie było, nikt do nikogo nie miał żadnego żalu. Jednak jeden moment rozmowy zbił mnie całkowicie z tropu...
-
W poniedziałek idę na "gastro party" - powiedział.
-
O! To idę z tobą! - odparłam żartując oczywiście.
Jego głos lekko załamał się i całkowicie zmienił ton.
-
A chciałabyś? - Po tym poznałam, że jemu wciąż zależy, że cholera nie jestem mu wcale obojętna, kompletnie wyprowadziło mnie to z równowagi. Szybko obróciłam to w żart.
-
No jasne, że bym chciała!
-
Nieee, lepiej nie, bo znowu nie będiesz chciała wracać do domu.
-
Oj tym razem się mylisz, teraz już bym chciała!
Konsternacja w jego głosie.
-
A czemu?
-
Bo co za dużo to niezdrowo...
-
Co chcesz przez to powiedzieć?
Szczerze przyznam, że nie wiedziałam do końca co chciałam przez to powiedzieć, ale jakoś wybrnęłam z ciężkiej sytuacji.
-
No bo jak jestem z tobą to więcej palę i piję niż zwykle na przykład, o!
Marcin zauważywszy mój dekold w kamerce zapragnął ujrzeć to, co znajduje się po cienką warstwą bluzkowego materiału. Odparłam mu, że pokazuję tylko na żywo. Jednak po jego błaganiach ściągnęłam koszulkę, a nawet i stanik, ha! Tylko, że on nic nie widział oprócz mojej twarzy. No bo jeszcze czego?! Już ktoś inny ma prawo oglądać to, co mam pod spodem. Tego samego dnia wieczorem dostałam SMSa od Michała czy idę z nim do Adama i Anny robić sushi. Jakże mogłabym się nie zgodzić na spotkanie z moim
cukieraskiem (muahahaha!).
Kamila zerwała z Pawłem a ja wciąż nie mogę w to uwierzyć. On wydzwania do niej i błaga ją, żeby do niego wróciła bo przecież
on ją kocha. Ja powiem tylko, że facet się w końcu doigrał. Zrobił przykrość mi (co prawda jakieś trzy czy dwa lata temu, ale jednak) i Kamili, i zapewne jeszcze paru osobom. Mówią, że zło w końcu powraca i taka prawda. Chociaż ja nigdy mu źle nie życzyłam, za to Kamili zawsze dobrze i cieszę się, że wreszcie zakończyła tą farsę.
Dobra, chyba wypada uciekać do wanny, bo po zajęciach od razu śmigam do mojego lubego, a potem na to śmieszne sushi. Ciekawe czy Michał zobaczywszy moje zdolności kulinarne wciąż będzie chciał ze mną być, ach! Ej... Wy wiecie, że przeze mnie wciąż przemawia optymizm?
20 maja 2008 × komentarze (7)
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam. Myślałam o tym i marzyłam wcale nie po cichu już od pierwszej klasy liceum. Potem mi trochę przeszło, ale jak wczoraj zaczęli mnie namawiać to stwierdziłam, że to zrobię. Zastanawiacie się pewnie co, nie? Taaak... Zrobiłam sobie kolczyka w brodzie! Ha! Tak, już słyszałam, że jestem zbyt stara na młodzieńcze bunty (tekst Michała) a ojciec stwierdził, że jestem
popierdolona i nie ma ochoty na mnie patrzeć. Mama pogadała, pogadała, ale już jakoś do tego przywykła. Tłumaczę wszystkim po kolei, że jak mi się ładnie wszystko zagoi to sobie założę krótszy trzonek i wstawię malutkiego stożka, który nie będzie tak bardzo widoczny, co będzie świadczyło o moim poczuciu smaku. Już wielokrotnie widziałam coś takiego u kobiet i wcale nie wyglądało to jak wyraz młodzieńczego buntu, tylko jak mały, słodki dodatek, o! Ludzie z piercingiem, łączmy się i burzmy stereotypy.
Na kolczyka namówiła mnie oczywiście Kamila. No bo kto inny? Tylko ona sprowadza mnie na złą drogę, haha! Ja, Kamila i Kuba (kolega z jej gimnazjum) poszliśmy do dziewczyny tego ostatniego. Ewa (bo tak ma na imię) interesuje się piercingiem od dawien dawna i do tego studiuje kosmetologię, dlatego wszystko odbyło się co prawda u niej w domu, ale w bardzo sterylnych warunkach. Szczerze przyznam, że chyba nawet w salonach tak dobrze nie dbają o klientów! W każdym razie poszliśmy tam po to, żeby po raz kolejny zrobiono Kamili kolczyka w języku (zerwała z Pawłem i robi wszystko na co tylko ma ochotę, i bardzo dobrze, cieszy mnie to), bo dziurka po tym, co kiedyś miała po prostu jej trochę zarosła. Kamila nagle wyskoczyła z tekstem, żebym ja sobie wreszcie zrobiła kolczyka w brodzie. Zrobiło mi się gorąco i energicznie pokręciłam głową na znak protestu, choć w głębi duszy strasznie chciałam. Tłumaczyłam się, że nie mam pieniędzy, ale Kamila nagle powiedziała, że mi postawi, z okazji moich urodzin (które będą co prawda dopiero 15 VII). Z walącym sercem zgodziłam się i tak oto jestem posiadaczką kolczyka. Ha! Michał oczywiście nie jest z tego zadowolony, bo nie jest fanem kolczyków w dziwnych miejscach, ale mi akurat labret bardzo pasuje (co parę osób stwierdziło już zanim go zrobiłam!).
A teraz trochę zmienię temat. Powiem Wam o naszym małym
sushi party, które odbyło się we wtorek. Poszłam do Michała, a potem oboje popędziliśmy do Adama i Anny. Gdy Ania mnie tylko ujrzała od razu powiedziała:
-
Jak ładnie wyglądasz!
-
No... Ostatnio jak przyjechałem do Michała to nie byłem pewien czy to naprawdę ty, zmieniłaś się!
Mi się chciało śmiać, bo jak ich poznałam to rzeczywiście wyglądałam zupełnie inaczej. Miałam włosy zwyczajnie spięte w kucyk, zero makijażu, granatowy golfik i proste, czarne spodnie. Nie wyglądałam brzydko, lecz zwyczajnie. Moje wyjście z domu wtedy było spowodowane nagłą chęcią zaczerpnięcia świeżego powietrza.
A samo sushi było dość smaczne. Co prawda nie mieliśmy glona i zamiast awokado użyliśmy mango (mój pomysł!), ale przecież liczyła się sama ceremonia przygotowywania sushi i miłe towarzystwo, prawda?
Sesja zbliża się wielkimi krokami (oczywistym było, że należy poruszyć ten temat, a jak!). Szczerze powiem, że nie wiem jak ja sobie poradzę z tą chemią (przede mną jeszcze jedno kolokwium, może uda mi się dzięki niemu uzbierać wystarczającą ilość punktów, aby dopuścili mnie do komisyjnego zaliczania ćwiczeń). Z resztą jakoś powinnam dać sobie radę. Może jak wykładowca z matmy będzie miał dobry humor to będzie zwalniał osoby ze średnią ocen z ćwiczeń powyżej cztery i pół (wtedy, jeśli uda mi się mieć taką średnią, i mnie by zwolnił). To byłoby całkiem dobre bo przede mną egzamin z fizyki, maszynoznawstwa, ewentualnie matematyki, informatyki (tu będzie chyba po prostu kolokwium zaliczeniowe) i etyki (cholera, byłam tylko na jednym wykładzie). No cóż, jakoś to będzie, musi.
22 maja 2008 × komentarze (4)
Marcin wciąż mi
ryje banię (jak by to powiedziała Karolina), ale ja już decyzję podjęłam. Nie, nie chce do mnie wrócić, ale rozmawiając ze mną przy użyciu kamerki prosi mnie o rzeczy, których ja dla niego nie zrobię. Powiedziałam mu, że jeśli chce to na żywo (oczywiście doskonale wiedząc, że na pewno na to nie pójdzie). Dostałam później nawet od niego wiadomość, że gdybym mieszkała w Trójmieście to już siedziałby w taksówce jadąc do mnie. Boże... Dlaczego między nami wciąż jest chemia? Nie, nie zrezygnuję z rozmów z nim, bo po pierwsze - i tak są dość rzadkie, a po drugie - zależy mi na utrzymywaniu z nim kontaktów. A tak jak już mowa o Marcinie to stwierdził, że mój nowy kolczyk jest fajny, ach!
W czwartek byłam na studenckiej (bo w czwartek) imprezie w
Bezsenności razem z Kamilą i ludźmi z jej klasy, z gimnazjum. Było całkiem sympatycznie. Zapewne siedziałabym tam dłużej, gdyby nie fakt, że następnego dnia czekały mnie ćwiczenia z fizyki. W sumie przeczytałam dwa razy temat ze skryptu i zaliczyłam. Bo to tak już kurde jest! Im mniej się uczysz tym lepiej Ci idzie... Albo po prostu głupi ma zawsze szczęście.
Rodzice wyjechali na cały weekend nad wodę, a ja siedzę sama w domu i choć troszkę mi się nudzi to przeogromnie się cieszę, że mam święty spokój i nikt mi nie marudzi nad uchem. Mogę sobie robić prawie wszystko, na co tylko mam ochotę (choć wiek durnych pomysłów już mi przeszedł, więc póki co mieszkanie ma wszystkie drzwi i okna). Ale przyznam, że samotne wieczory w pustym domu mają może i swój urok, ale nie dla ludzi o zbyt wybujałej wyobraźni. Boże... Mam dwadzieścia lat ale wciąż chodzą po mojej głowie jakieś dziwne lęki i boję się, że Samara z
The Ring nagle mnie zaatakuje! Każdy kształt stworzony załóżmy przez ubrania rzucone na krzesło to potencjalny upiór... Jej, ja wciąż jestem taka infantylna. A może to objaw schizofrenii? Albo ja po prostu jeszcze jestem małym dzieckiem.
24 maja 2008 × komentarze (5)
Wszystko zaczęło się od tego, że rodzice zostawili mnie samą w domu. Cały piątek przesiedziałam w domu snując się z kąta w kąt aż w końcu stwierdziłam, że usiądę przed laptopem taty, żeby porozmawiać z ludźmi na Gadu-Gadu (co jest normalnym stanem rzeczy i nie ma w tym niczego niebywałego). Wkurzało mnie, że muszę siedzieć w domu, ale jakoś udało mi się to zdzierżyć i dotrwać do dnia następnego, do doboty...
Wczoraj około godziny dwudziestej pierwszej przyjechała do mnie Kamila. Umówiłyśmy się z
Arkiem i poszłyśmy w wyznaczone miejsce (koło Pręgierza). Ja bardzo nie chciałam iść do żadnego klubu, bo od dawien dawna chodził za mną tak zwany plenerek, który teraz jest dość przyjemny ponieważ noce są ciepłe. Poszliśmy do
Roberta po alkohol i usiedliśmy na ławce tuż obok internatu należącego do Szkoły Sióstr Urszulanek. Wygłupialiśmy się i śmialiśmy. Koło godziny dwunastej w nocy (kiedy przenieśliśmy się na jakiś mały plac zabaw, zaraz po
pożywnym posiłku w McDonald's, gdzie zdeptałam panią i Kamila poprosiła pana, żeby przeciągną bonifikartą po kasie w celu obniżenia nam ceny) przyłączyli się do nas inni. Było całkiem śmiesznie bo ludzie pod wpływem alkoholu, w środku nocy robią różne dziwne rzeczy. Co chwila biegaliśmy do sklepu po kolejne piwa. Wracając za którymś razem od
Roberta musiałam przeskoczyć przez płotek, tak też zrobiłam przez co stłukłam jedną butelkę z trunkiem. Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że w środku niewiele mi się zmoczyło a sama torebka nawet nie śmierdzi alkoholem...
Nocne rozmowy o niczym, razem z panem G. były dość ciekawe - sens życia, seks i miłość w alkoholowym upojeniu. Pan G. ma podobny tok myślenia do mnie, co oczywiście nie znaczy, że zachowujemy się tak samo. W końcu została nas tylko trójka (Arek i inni poszli już do domu przed szóstą nad ranem), czyli ci najwytrwalsi. Znowu zaczęliśmy snuć rozważania na filozoficzne tematy. Pan G. dostał czkawki, Kamila pokazała cycki i mu przeszło. Widocznie się wystraszył... Przed siódmą doszliśmy do wniosku, że wypadałoby coś zjeść. Ale jakie sklepy z jedzeniem są otwarte parę minut po szóstej rano w niedzielę? Nawet McDonald był zamknięty. Spojrzeliśmy na rynkowy zegarek i stwierdziliśmy, że poczekamy aż otworzą... Siedzieliśmy na ławkach koło KFC i kontemplowaliśmy od czasu do czasu zapalając papierosa. Ogólnie to muszę przyznać, że pierwsi klienci w McDonald's są dość dziwnymi tworami ludzkości. Najczęściej wciąż pijani lub conajmniej nietrzeźwi. Pan G. kupił nam kanapki z zestawu śniadaniowego. Szczerze powiedziawszy nie smakowało mi to tak, jak mogłoby smakować, ale wolałam nie marudzić, byłam głodna.
W domu zjawiłyśmy się o szóstej. Wyszłam jeszcze z psem i gdy tylko ujrzałam swoje łóżko odetchnęłam z ulgą i po dziesięciu minutach już odpłynęłam w objęciach Morfeusza. Gdy Kamila mnie obudziła bo musiała wracać do domu poszłam pod prysznic (od razu zrobiło mi się lepiej), nałożyłam czystą bieliznę i z powrotem do łóżka. Przespałam kilka godzin i doszłam do wniosku, że coś trzeba z sobą robić, żeby później nie umierać przez cały dzień. Najpierw zjadłam kilka kawałków szarlotki, którą przywiozła mi Kamila, potem gorzka herbata, ścieranie kurzy w dużym pokoju, następnie melon, sałatka jarzynowa, zielona herbata z opuncją... Po tej ogólnej krzątaninie poczułam się znacznie lepiej i odnoszę wrażenie, że chyba kac minął i pozostało tylko ogromne zmęczenie, które wbrew pozorom pozwala mi normalnie funkcjonować.
A teraz powraca szara rzeczywistość, chemia, język francuski... Ale jutro widzę się z Michałem, on pewnie pomoże wrócić mi na ziemię. W sumie zawsze to robi i jestem mu za to ogromnie wdzięczna, w ogóle za to, że jest.
25 maja 2008 × komentarze (5)
Nie, ja już nie jestem w wieku buntu, ja już nie mam ochoty na kłótnie z rodzicami i ze światem. Ale, ale... Ja mam dwadzieścia lat, mi już nie w głowie glany, ciężka muzyka i wieczna wojna ze wszystkim co wokół mnie, wiara we własną rację i zapędy pod tytułem
nikt mnie nie rozumie, a jestem taka nieszczęśliwa. Dlatego doszłam do wniosku, że coś z tym wszystkim jest nie tak. Powoli zaczynam mieć dość swojego rodzinnego domu. Nie, nie chodzą mi po głowie myśli, żeby spakować się i uciec, i żyć na tak zwanym
gigancie, bo przecież już nawet policja by mnie nie ścigała, w końcu jestem już dorosła...
Moi rodzice wiecznie mają do mnie jakieś problemy. Ostatnio jak wyjechali na weekend, nad wodę i siedziałam sama w domu to muszę przyznać, że było cudownie. Nie słyszałam pod swoim adresem żadnych pretensji... Wiecie, że gdy któreś z moich rodziców wraca do domu ja czuję nieprzyjemny ucisk w dołku świadczący o tym, że się stresuję? Podświadomie wiem, że zaczyna się codzienna burza, że zaraz mama zacznie do mnie krzyczeć, a moją reakcją będzie przekrzykiwanie jej... Skończy to się tak, że każdy na każdego będzie się darł i w całej tej złości oberwie się również i mojej siostrze. A jak do akcji wkracza mój tato... Szkoda słów, on czasami nawet używa wobec mnie przemocy fizycznej. A co jest najgorsze? U mnie w domu nikt mnie nie popiera, nikt mnie nie chwali, wszyscy tylko uważają mnie za darmozjada, choć ja się staram starać, że tak się wyrażę, bo nikt nie twierdzi, że tak jest naprawdę.
Nigdy w życiu nie było mi tak źle u siebie w domu. Nigdy!!! Czuję, że tu nie mam żadnego wsparcia, że wszystko co robię, robię źle. Ja jestem ta najgorsza i o moich poczynaniach wstyd się przyznać komukolwiek (bo sobie zrobiłam kolczyka w brodzie, bo śpię u swojego chłopaka, bo źle wybrałam studia, gdzie nie za bardzo idzie mi chemia). Powoli zaczynam się czuć jak taki prawdziwy darmozjad, który tylko siedziałby przed komputerem, palił papierosy, chodził na imprezy i umawiał się z chłopakami. A wszystko oczywiście za pieniądze, które łaskawie da mi tato... Bo oni przecież tyle na mnie wykładają! Mama twierdzi, że
jestem potworem, ojciec mówi, że
jestem popierdolona (ich słowa) i ogólnie to chyba się z nimi zgadzam, bo z czasem zaczynam się tak właśnie czuć... Jak
popierdolony potwór.
Chyba żałuję, że zawsze robiłam to, co oni chcieli. Ani mama, ani tata nie zdają sobie sprawy jaką robią mi krzywdę. Ja do tej pory nie mogę robić tego, czego ja chcę. Chcę zmienić kierunek, bo ten ewidentnie mi nie odpowiada i mam ochotę robić zupełnie co innego... Ale oni na myśl o moich pomysłach albo parskali śmiechem, albo wybijali mi to z głowy. Non stop powtarzają mi, że muszę być konsekwentna w swoim wyborze, że skoro już rozpoczęłam te studia, to muszę je skończyć. A niby z jakiej racji? Mam sobie zmarnować życie i do emerytury męczyć się z czymś, czego nie chcę robić? Jaki to ma sens? Wystarczy, że przez nich straciłam swoją największą miłość...
Może gdybym rok temu zdecydowała się studiować w Gdańsku moje życie potoczyłoby się inaczej... Lepiej? Może leżałabym teraz koło Marcina i czytała książkę, albo przygotowywała kolację (bo zapewne nauczyłabym się sama gotować)? Już nawet nie chodzi o Marcina tylko o to, że wreszcie wyrwałabym się z tego życia, co tutaj sobie trwa, a ja się w nim zaczynam coraz bardziej dusić. Powietrza coraz mniej... Już nawet moje przyjaciółki nie są takie jak kiedyś, już nie mam ochoty spotykać się z nimi na codzień, mówić im o swoich problemach. Chcę stąd wyjechać i zacząć wszystko od nowa, bardzo chcę. Michał też mnie zraził do siebie... Przy nim czuję się jak laleczka do pieszczenia o dużym biuście (co u mnie docenia chyba najbardziej), do tego głupiutka. Nie mogę mu mówić o swoich problemach, bo i tak nie usłyszę z jego ust słów pocieszenia. On uważa, że wciąż jestem młoda, głupia i zbuntowana, a wcale tak nie jest. Mówi, że jestem rozkapryszoną księżniczką. To dlaczego do cholery wciąż ze mną jest i chce być? Chyba dlatego, że podniecają go niegrzeczne dziewczynki zasługujące na klapsa.
28 maja 2008 × komentarze (13)