No i proszę, jest i maj. Jutro mam pisemną maturę z języka polskiego. Czy się denerwuję? Szczerze powiedziawszy to tak średnio. Nie panikuję jak niektórzy. Nie obgryzam nerwowo paznokci i nie pytam wszystkich po kolei czy mają może jakieś przecieki co do tematu pracy pisemnej tudzież czytania ze zrozumieniem. A gdy mnie o to pytają, to odpowiadam po prostu:
Nie wiem co może być. Przecież to wszystko zależy od tego, co wylosuje komputer. Czyli krótko mówiąc
wszystkie zdarzenia elementarne uznajemy za jednakowo prawdopodobne. Nie będę tutaj obliczać prawdopodobieństwa tego, że walną mi temat, o którym nie będę mieć zielonego pojęcia. Po co się pogrążać?
Właściwie to powinnam iść już powtarzać zagadnienia maturalne z mojego magicznego, pomarańczowego zeszyciku, ale muszę jeszcze coś napisać. Otóż, we wtorek zrobiłam największy przekręt swojego życia (to nie znaczy, że w przyszłości nie może być większych przekrętów). Zarezerwowaliśmy z M. pokój u mnie w mieście... Rodzice oczywiście nie zgodziliby się na spędzenie upojnej nocy z M., więc postanowiliśmy troszkę ich oszukać. Powiedziałam im, że jadę do Kamili na noc. Mama oczywiście zaczęła mi ględzić o maturze i o tym, że przecież powinnam się uczyć (ogólnie to ona bardziej panikuje niż ja z tego co zauważyłam). W każdym razie nie miała wyboru i mnie puściła. Pożegnałam się ładnie i oznajmiłam, że wracam w środę.
Ach... Było cudownie! Oprócz tego, że M. robił mi wciąż na złość. Niestety... Taka już jego złośliwa natura. W każdym razie można się do niej przyzwyczaić (choć wcześniej trzeba wylać hektolitry łez). Widziałam zdjęcia jego byłej w aparacie. O mój boże, dziewczyna ma problemy z cerą, miała na koniec roku szkolnego czerwony pasek i pewnie woli siedzieć przez cały wieczór nad książkami aniżeli iść się troszkę rozerwać. Szczerze? Już nawet nie jestem o nią zazdrosna. Podchodzę do tego wszystkiego zupełnie inaczej niż wcześniej. Sama wzbudzam w M. zazdrość czytając przy nim i odpisując na SMSy od kolegów (o których niewiadomo czemu jest cholernie zazdrosny).
Ale wracając do naszych upojnych dwóch dni (a raczej jednej doby)... W łazience była niestety tylko wanna, kabiny prysznicowej brak. Co to ma znaczyć?! Stwierdziliśmy, że weźmiemy kąpiel. A gdzież tam kąpiel! No przecież to cholerstwo nie pomieści nas dwóch. Pomęczyliśmy się jakieś dwadzieścia minut i doszliśmy do wniosku, że to chyba nie ma sensu. O wiele przyjemniej było w łóżeczku.
Ogólnie to opieprzam się ile mogę. Zamiast uczyć się biologii to ja się opieprzam. Wiem, że to może rzutować na moją przyszłość, ale co ja poradzę, że inaczej nie mogę? No dobra... Mogę... Bo ostatnio nawet udało mi się zmusić do nauki biologii i robienia zadań z matematyki. Ok, nieważne. Trzymajcie za mnie jutro kciuki! Życzę powodzenia wszystkim maturzystom (tylko nie dziękujcie!).
3 maja 2007 × komentarze (3)
Izka marudzi na swojego Serjożę, bo jest taki, a nie inny. Bo strzela fochami na prawo i lewo. Marcin też... I co z tego? Ja już się do tego przyzwyczaiłam i szczerze mówiąc zaczęło mi to dyndać, bo wiem, że za pięć minut mu przejdzie i będzie tak jak wcześniej. Może Sergjejowi nie przechodzi? W każdym razie nie tak trudno się domyślać, że ten związek ma małe szanse biorąc pod uwagę odległość (jeszcze gdyby on był z Polski...) oraz Jego i Jej zachowanie. Tak, Izka też powinna go wychowywać. Tak, właśnie... Wy-cho-wy-wać! Facet bez silnej, kobiecej ręki rozbestwi się jak cholera. W drugą stronę to też działa rzecz jasna.
Sergjej podejrzewa Izę o zdradę. Izkę? O zdradę? Toż to zabawne. Naprawdę... Śmiechu warte. Iza siedzi w domu, czeka z niecierpliwością na cowieczorną rozmowę ze swoim lubym, czasami wychodzi z nami na piwo (które najczęściej odbywa się u mnie w domu) albo na uczelnię, ewentualnie z psem. A tak to... Czeka, czeka i czeka. A on? A on strzela fochami, na prawo i lewo. Jak każdy facet. No dobra, prawie każdy.
A matura? Matura to zbdura. Dałam radę. Ale nie chce nic mówić, bo nie wolno zapeszać. Tak naprawdę dowiem się w czerwcu. A co obok psychologii? Najprawdopodobniej weterynaria w Olsztynie (bo we Wrocławiu chcą jeszcze chemię) i architektura krajobrazu (to mogłoby być fajne, tylko trzeba zdać egzamin z rysunku).
5 maja 2007 × komentarze (2)
Ja nie wiedziałam, że matura, a raczej czas pomiędzy maturami może mieć również i pozytywne aspekty. Wstaję sobie o której chcę, ewentualnie wyciągam jakiś podręcznik, żeby się coś pouczyć... Gdy już skończę wstaję z łóżka i wędruję w kierunku łazienki (żeby załatwić potrzeby fizjologiczne), potem ewentualnie jeszcze sobie leżę, wylęguję się słodko... W domu cisza jak makiem zasiał, siostra w szkole, rodzice w pracy. Jedynie pani Alinka siedzi zamknięta z babcią w pokoju... A tak to jest po prostu pięknie.
Zjadłam już śniadanie (serek straciatella i dwa tosty z powidłami śliwkowymi). Właśnie kończę pić kawę. Zaraz pójdę sobie pod gorący prysznic, wykonam wszystkie zabiegi kosmetyczne, które wykonuję każdego poranka (prawie każdego, bo w trakcie roku szkolnego nie miałam na nic czasu), wyjdę sobie z pieskiem po drodze wstąpie do sklepu po
pomarańczowe Pall Malle i butelkę
Żywca Zdrój. Ogólnie to jest pięknie (jak już powiedziałam).
Jedyne czego mi brakuje to sporej ilości gotówki i mojego M. Chociaż... Może to i lepiej, że go nie ma? Przynajmniej mogę się pouczyć. Nikt mnie nie rozprasza, nikt mnie nie dotyka, nie całuje... No tak, na pewno lepiej, że go nie ma.
Jeszcze tylko cztery egzaminy. A w tym dwa pisemne i dwa ustne. Ustnymi za bardzo się nie przejmuję. Biorąc pod uwagę, że prezentację z polskiego mam gotową a na ustny angielski przy rekrutacji nie patrzy nikt (nawet na filologii angielskiej nie biorą tego pod uwagę). W każdym razie pouczyć się na te egzaminy jednak trzeba. Dobra, koniec tematów maturalnych, bo już mnie one rozbrajają. Każdy się wciąż pyta:
I jak matura? Już nawet na telefonie nagrałam sobie odpowiedź:
Dobrze.
A w ogóle to jest sześćdziesiąta dziewiąta (69!) notka. Czy ja doszukuję się podtekstów? Tak, właśnie. Pozycja seksualna, przyjemna dość, tak sądzę.
8 maja 2007 × komentarze (2)
Wzięło mnie na refleksje (moment, tylko zgaszę światło, wtedy jakoś lepiej mi się myśli).
Ludzie często powtarzali mi, że człowiek życia uczy się z czasem, na własnych doświadczeniach i tak naprawdę to nie wiemy co będziemy myśleć za godzinę, jutro, za dwa dni, za tydzień, miesiąc rok, czy kilka lat... Wszystko się zmienia, my też się zmieniamy, nasz sposób myślenia również. Jednego dnia nie widzimy życia poza jedną osobą i jesteśmy święcie przekonani, że to ta jedyna a tu się nagle okazuje, że coś zaczyna się dziać wbrew tej myśli... I co potem? Potem wszystko ulega destrukcji. Następuje kulminacyjny moment, który zmienia wszystko... Nasze poglądy, twierdzenia, myśli. Niektóre przypuszczenia zamienia na pewniki lub całkowitą nieprawdę.
Denerwują mnie ludzie, którzy twierdzą, że źle zrobiłam całując innego tudzież będąc z Aleksandrem tylko przez pare godzin. Drażni mnie to niemiłosiernie bo skąd oni mogą wiedzieć co zrobiliby będąc na moim miejscu? Nigdy tak naprawdę nie wiadomo, jak wtedy by się postąpiło. Człowiek przecież tak często działa wbrew własnym regułom i zasadom, których pozornie śliśle się trzyma. I tu jest właśnie błąd w myśleniu... Człowiek tak naprawdę stara się trzymać tych zasad i tych reguł, bo gdyby ich nie łamał to nie mogłyby być tymi zasadami i regułami, prawda? Gdyby nikt nie zabijał, nie kradł, nie cudzołożył to czy powstałby dekalog? Niczym odkrywczym nie będzie jak napiszę, że człowiek uczy się na własnych błędach...
Błędy i doświadczenia są podstawą życia człowieka. Oczywiście jedno wynika z drugiego. Bo to właśnie błędy budują nasze zasady a doświadczenia sposoby myślenia, uprzedzenia... I tak naprawdę to z tego wszystkiego, co tu napisałam stwierdzenie:
Nigdy nie mów nigdy pasuje jak najbardziej. Bo widzisz... Tak naprawdę to nie wiesz co zrobisz jutro i kim się przez to staniesz. Jak to mawia nasz matematyk:
Dzień budzi się pełen niespodzianek.
9 maja 2007 × komentarze (3)
A co tam... Dam tutaj linka, muszę w końcu jakoś popularność zdobyć. A co.
Kolczyki Hand Made na Allegro.pl.
Postanowiłam się w to pobawić, ciekawe co z tego wyjdzie. Miejmy nadzieję, że coś. Ach ten dokuczliwy brak pieniędzy i chęć jego zdobywania.
10 maja 2007 × komentarze (4)
No i zaczęło się wielkie, czteromiesięcznie
nicnierobienie. To znaczy tak oficjalnie zacznie się dopiero po dwudziestym czwartym tudzież dwudziestym piątym maja. Polski, angielski, biologia i matematyka za mną. No i oczywiście ustny angielski. Czy jestem zadowolona? Nie wiem, wszystko okaże się dwudziestego dziewiątego czerwca, kiedy to dostanę do rączki swoje świadectwo maturalne.
Ale nie mówmy już o maturze bo ten temat już jest nieźle przereklamowany i nawet nie mam ochoty o tym mówić. Napisanie tego powyżej to czysta formalność, ot tak, żeby potem wiedzieć co i jak. Czasami fajnie się czyta swojego starego bloga (ewentualnie stare notki z wciąż aktualnego bloga). Tak sobie można powspominać, pośmiać się i takie tam.
Ogólnie to jestem trochę zła na Marcina. To znaczy nie do końca na niego a na zaistniałą sytuację. Dwudziestego siódmego maja miał nam wybić piąty miesiąc. Stwierdziliśmy, że razem, u niego spędzimy go w bardzo miłym klimacie, rozkoszując się tylko i wyłącznie sobą... Ewentualnie jeszcze jakimś szampanem lub winem (chociaż to lepiej nie, bo te wina, które On zawsze dobiera z nadzieją, że będą mi smakować nigdy mi nie smakują). A tu co się okazało? Że mój kochany Marcin do połowy czerwca ma sesję. Ja rozumiem, że on musi się uczyć, pracować... Ale po co mi pisał, że tego dnia dostanę tyle pocałunków, ile już dni jesteśmy razem? A co najlepsze...? Każdy w inne miejsce. Wszystko pękło jak bańka mydlana za sprawą jednego słowa -
zobaczymy. I tak jest cholera zawsze. Na urodziny kupię mu terminarzyk!
W piątek idę do fryzjera. Zastanawiałam się nad zrobieniem grzywki, ale trochę przeraża mnie wizja codziennego wstawania i prostowania jej. Bo ogólnie to mam włosy kręcone... A właściwie to jest coś mocniejszego niż klasyczne falowanie i lżejszego niż zwykłe sprężynki. Coś pomiędzy (ja to w ogóle jestem zawsze
pomiędzy). Tak! Ścinam włosy jeszcze przed ustnym polskim. Jakoś specjalnie się nie boję, że przez to obleję, bo niektórzy nawet nie ścinając tych swoich
naskórkowych wytworów (Marcin stwierdziłby, że za dużo biologii się naczytałam) i tak oblewają, więc co to za różnica? Ściema jakaś i tyle. Tak więc (kij mnie obchodzi, że tak się nie rozpoczyna zdania) pocieniuję je sobie tak na całej długości. Marcin już na mnie krzyczy:
Czy Ty koniecznie musisz coś robić z tymi swoimi ślicznymi włoskami?! Tak, kochanie, muszę, ponieważ nadszedł czas na zmiany! Nawet na takie banalne, jakimi są wizyty u fryzjera czy kosmetyczki (chętnie poszłabym załatwić sprawę tych wągrów, ale nie stać mnie na to, muszę się pomęczyć).
16 maja 2007 × komentarze (3)
A ja miałam sen. I co w tym dziwnego? Właściwie to każdy
ma sen. Ale mój był niezykły, mój był indywidualny, tylko dla mnie. Dla niektórych właściwie byłby przeciętny. Ot, zwykła senna mara, po prostu. A dla mnie to byłoby spełnienie najbliższych marzeń, które się do cholery jasnej spełnić nie chcą.
Powiedziałam mamie (w tym śnie), że jadę do Marcina. Że jadę cholera i koniec, bez dwóch zdań. Że nie interesuje mnie czy mnie puści czy też nie, bo od dawien dawna jestem już pełnoletnia i skończyłam szkołę, więc jadę. Coś mi się od życia należy i mało interesuje mnie to, że ona uważa inaczej... No bo
kto zostanie z babcią? Spakowałam swoją torbę, kupiłam bilet na autobus i pojechałam... Pojechałam autobusem z twardymi siedzeniami do rodzinnego miasta, w którym urodził się i przez jakiś czas wychowywał mój luby. Przyjechawszy tam widziałam twarze dziewcząt z mojej szkoły, z klasy
eF. Dziwne to było... Anka nosiła na głowie jakiś kapelusz a Kinga (to już mojej klasy) jak zwykle chodziła i się z czegoś śmiała.
Chwila przerwy, idę sobie zrobić herbatę,
gdyżponieważ mam ochotę napić się czegoś rozgrzewającego, a ten napój bogów świetnie się do tego nadaje.
Przyjechałam do wyżej wymienionej miejscowości i ropoczęłam poszukiwanie Marcina... Że też nie mógł czekać na mnie na dworcu PKS czy czymś
pekaesopodobnym... Najpierw spotkałam jakąś dziewczynę, która rzekomo była siostrą Marcina. Co z tego, że nie ma siostry tylko brata dwanaście lat młodszego? No ale nieważne... W końcu jakimś cudem udało mi się odnaleźć mego lubego. I co? I sen dalej nie miał większego sensu... To znaczy nie za bardzo go pamiętam. Jedyne co wiem to to, że nie pojechaliśmy w końcu do Gdyni. Dlaczego? Nie wiem.
W każdym razie jaki z tego wniosek? Że ja do cholery jasnej chcę do Trójmiasta i koniec kropka! Może to dlatego, że już szlag mnie trafia w domu, gdy codziennie rano budzi mnie siotra, tata oraz pies, a potem pani Alinka, czyli
trochę wkurzająca opiekunka mojej babci, która do zarzygania gotuje swoje zupki. A mojej leniwej mamie później już nie chce się niczego gotować. A gdy pytam ją, gdzie jest drugie danie, to zadaje mi pytanie:
To nie jadłaś zupki? Wielokrotnie jej odpowiadam, że o kant dupy z taką
alinkową zupką. Że chcę zjeść coś normalnego... A tu co? Wiadomo. Marcin, mój szef kuchni kochany, zapewne dbałby o mnie nieco lepiej aniżeli mama i pani Alinka.
18 maja 2007 × komentarze (2)
Czy to maturalny stres? Czy to nagła zmiana klimatu (bo w końcu teraz tak cholernie gorąco jest...)? Czy to może rezultat uprawiania seksu bez prezerwatyw (oczywiście potem go zmusiłam...)? Wiecie kiedy ostatnio miałam okres? Siódmego kwietnia... Tak właśnie, biorąc pod uwagę, że cykl może trwać jakieś trzydzieści sześć dni to okres spóźnia mi się ponad tydzień. Jeszcze jakiś czas temu średnio się tym przejmowałam... Ale teraz? Teraz to jestem troszkę przerażona. Marcin podobnie... Ja mam dopiero dziewiętnaście lat! Na szczęście maturę zdążyłam zdać. Boże, ja nie mogę być w ciąży do jasnej anielski. Nie mogę, cholera... Test odważyłabym się zrobić tylko przy Marcinie, inaczej się boję.
W czwartek albo piątek mam ustny polski. Boję się, cholera. Mam po prostu ochotę wyskoczyć przez okno, podciąć sobie żyły, połkąć tabletki... I co nie tylko, ja piernicze. Najgorzej jest właśnie wtedy, gdy wszystko wali się człowiekowi na łeb.
Może powinnam się odstresować? W końcu nigdy do końca nie miałam regularnych cyklów. Może powinnam przestać o tym wszystkim myśleć, włączyć
Włatców Móch i mieć wszystko w głębokim poważaniu? A potem do rączki jakąś dobrą książkę i przestać się zamartwiać? Bo najgorzej jest gdy człowiek nie ma co z sobą zrobić, nie ma żadnego zajęcia i tylko chodzi i stresuje się wszystkim wokół. A to spóźniający się okres, a to ustny język polski, a to tamto, a to sramto.
Sprawdzając w kalendarzyku dni płodnych wyszło mi, że w ciążę zajść ostatnio nie mogłam, bo po prostu miałam dni niepłodne. Ale każdy doskonale wie, że różnie z tym wszystkim bywa.
Do jasnej cholery, Agato, przestań się denerwować! Usiądź, zrób coś ze sobą! Fryzjer był? Był! Wyglądasz ślicznie? Wyglądasz. Podrywał Cię jakiś łysy pan w
Spiżu? Podrywał. I co? I cholera jasna gówno... Ja chcę do Marcina, gdyby on tu był przynajmniej miałabym co ze sobą zrobić i oboje znaleźlibyśmy sobie zajęcie. Już mi odwala od tego gorąca, naprawdę.
21 maja 2007 × komentarze (13)
Emila, studentka położnictwa stwierdziła, że w ciąży raczej nie jestem. Na jakiej podstawie wysnuła taki wniosek? Pytała mnie o różne objawy a ja jej odpowiadałam czy je mam czy nie. I wyszło, że oprócz spóźniającego się wciąż okresu żadnego innego objawu nie widzę. Doradziła mi, żebym zaraz lecieć po test ciążowy najlepiej od razu poszła do ginekologa. I to wszystko pewnie przez stres, pogodę albo może jakąś infekcję... Może.
W każdym razie ja sobie nie wyobrażam mieć dziecka. Nawet Marcin jest przerażony tym, co się dzieje. Stwierdził, że już nie będzie mógł cieszyć się młodością...
Teraz mam naprawdę trudny okres w życiu. Spóźniająca się miesiączka, matura... Do tego na dworze przeokropny skwar. Pot cieknie z czoła... Człowiek nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Czy schować się w wannie wypełnionej po brzegi (prawie po brzegi bo przecież jak się wejdzie to woda się wyleje, siłą rzeczy i logiki) zimną wodą, czy poddać się temu niemiłosiernemu słońcu? Ja, jak na razie po prostu się poddaję. Chyba nie mam innego wyjścia.
Boże... Dlaczego ten mój pies tak chrapie? Pierwszy raz spotykam się ze zwierzęciem, które chrapie dokładnie tak samo jak człowiek. Ba! Dokładnie tak samo jak mój tato! Ta Brenda to ma życie... Nic nie robi, śpi całymi dniami, od czasu do czasu wyjdzie na spacer. Nawet ciążą nie musi się przejmować bo jest wysterylizowana! Ale to tylko pies...
23 maja 2007 × komentarze (4)
Moje modły zostały wysłuchane... Niepotrzebne mi już żadne testy ciążowe ani cholernie stresogenna wizyta u ginekologa. Nie, nie zostanę dziewiętnastoletnią mamusią, która będzie musiała się babrać w pieluchach i chodzić na spacerki ze swoim bobaskiem. Brak okresu był najwyraźniej spowodowany maturalnym stresem, który został spotęgowany dodatkowymi nerwami związanymi z brakiem okresu i przedwczesnego macierzyństwa. Chryste... Chyba nigdy się tak nie denerwowałam... Okres jest? Jest! I dzięki Bogu (chyba nawet dosłownie).
Moim jedynym problemem w tym momencie... A raczej dwoma problemami są: jutrzejsza matura ustna z języka polskiego (będę musiała klepać na temat impresjonizmu jako formy wyrażania uczuć w literaturze i malarstwie) oraz Marcin. To drugie denerwuje mnie trochę bardziej... Mój luby ma jakieś problemy, o których nie ma najmniejszej ochoty mi opowiadać. W sumie nie dziwię mu się, bo wracanie wciąż myślami do kłopotów nie jest proste, ale ja chciałabym mu w jakiś sposób pomóc, lecz nie mogę. Powoli przestajemy się dogadywać. Gdy do niego dzwonię często złoszcząc się na mnie po prostu się rozłącza. Wtedy ja dzwonię do tego po raz kolejny, później znów się rozłącza... I tak naokrągło. Rano mnie przeprosił, ale potem znów się zdenerwował, że ja mu tylko wypominać wszystko potrafię...
Odnoszę wrażenie, że mój związek zaczyna się sypać. Ale ja go teraz nie zostawię, nie mogę. Za bardzo go kocham i za dużo szczęścia dał mi ten człowiek, żebym mogła to wszystko zakończyć. Napisałam mu po prostu, że chciałabym mu pomóc jak tylko mogę, nawet jeśli miałoby to być zaledwie miłe słowo, następnie dodałam, że jeśli kiedyś poczuje potrzebę, aby mi o tym powiedzieć, to niech do mnie zadzwoni, w każdej chwili. Odpisał tylko krótkie:
OK. Na pewno ucieszy się na wieść, że nie będzie musiał zostać ojcem. Przynajmniej jeden kłopot ma z głowy i mniej spraw do zamartwiania się. Kurcze... Tak bardzo chciałabym sprawić by był szczęśliwy, ale nie wiem jak.
Wiesz Paweł (o ile to kiedyś przeczytasz), powiem Ci tylko tyle, że w tym momencie wiem co czułeś opowiadając o swojej żonie. Naprawdę to wiem. Może u Ciebie było z tym gorzej, bo przecież to była osoba, z którą byłeś związany formalnie... Ale kurcze... Przecież miłość jest tylko jedna, u wszystkich praktycznie taka sama i tak samo przeżywa się cierpienie tej najbliższej osoby.
Poczułam się trochę dziwnie mówiąc wciąż Marcinowi jak to MI źle, jak to JA będę mieć potem w życiu... I wszędzie było takie JA, JA i JA. Stwarzałam mu dodatkowe problemy... Może gdybym wiedziała, że ma coś jeszcze na głowie to byłoby inaczej. Żałuję, że tak późno mi powiedział, że coś jest nie tak. Będę musiała z Nim porozmawiać, gdy tylko odwiedzę go w Gdyni. Szczerze mówiąc nie chce być z człowiekiem, który dzieli się ze mną tylko swoimi radościami... Który chce być aż za bardzo samodzielny. Wtedy czuję się jak taka maskotka, którą w chwilach smutku można przytulić nie mówiąc jej niczego. Bo On mówi, że przyjeżdża do mnie po to aby zapomnieć o wszystkich swoich problemach, a nie po to, żeby do nich wracać. Że ja mam być taką jego odskocznią od wszystkiego... Ale ja chcę być jego partnerką, a nie odskocznią. Chyba na tym polega związek.
24 maja 2007 × komentarze (5)
Zegar co godzinę przypomina nam o czasie, a moje łóżko co noc przypomina o tym, że leżę w nim sama i przez parenaście nocy będzie replika. Ta myśl jest naprawdę przytłaczająca. Rozedrgane ciało pragnące
chociażbyconajmniej czułości i przytulania. I tego, żeby w nocy słyszeć obok oddech czyjś, oddech bliskiej osoby.
Kiedyś pisałam Marcinowi, że chciałabym być tak blisko niego, żeby poczuć bicie jego serca. I któregoś dnia przytuliłam się do niego i moje marzenie się spełniło. Mogłabym tak spać... Przy tym jego sercu, wsłuchując się w regularny rytm. Wtedy wierzyłabym, że naprawdę jest przy mnie, że ten narząd bije dla mnie i tylko dla mnie...
26 maja 2007 × komentarze (3)
Najłatwiej najpierw spytać kogoś w sprawie swojego związku a potem stwierdzić, że się ten ktoś nie zna, bo jej związek trwa przecież dłużej niż tego kogoś. Tym kimś jestem ja, a poszkodowanym panna Ewelina. Tak, oczywiście, ja w ogóle nie wiem co to znaczy być z kimś, kochać kogoś z wzajemnością i nie móc żyć bez tego kogoś.
No bo ja jestem z nim dłużej o pół roku. Rzeczywiście... Ja nic nie przeszłam, wcale nie miałam ochoty spakować walizek i jechać do niego, wcale nie miałam ochoty zrywać, wcale... Bo ja przecież nic o tym nie wiem.
Między nami jest słodko i różowo. Widujemy się kiedy tylko mamy na to ochotę... A te spotkania są po prostu idealne. W ogóle się nie kłócimy, cały czas przytulamy i ze wszystkim się zgadzamy. Jesteśmy w końcu parą idealną. Zakochani powinni brać z nas przykład. Przez te pięć miesięcy (dzisiaj mamy rocznicę) nie mieliśmy ani jednej sprzeczki, nie uroniłam ani jednej łzy z jego powodu, ewentualnie łzy radości. Jest po prostu i-de-a-lnie. A dzisiaj z okazji piątego miesiąca (toż to przecież taka okrągła data) dostałam pięćdziesiąt tulipanów a całe łóżko wyścielił mi płatkami róż. Przygotował kąpiel z tuzinem świeczek i cudownym olejkiem do kąpieli. Wciąż mi szeptał, że mnie kocha, że jestem wspaniała, idealna, perfekcyjna, że zrobi dla mnie wszystko i na samym końcu powiedział, że chce spędzić ze mną resztę życia... Jest bosko.
Uwierzyliście?
No to teraz wersja prawdziwa... Między nami jest słodko i różowo, ale tylko raz w miesiącu kiedy się spotykamy i idziemy do łóżka lub ewentualnie się przytulamy. Widujemy się kiedy tylko możemy, a że możemy dość rzadko... Spotkania nie są idealne. Często się kłócimy, bo którejś ze stron coś nie pasuje, przytulamy się dość często (tu akurat nutka prawdy) i z mało czym się zgadzamy. Nie jesteśmy parą idealną. Nikt nie powinien brać z nas przykładu. Przez te pięć miesięcy kłóciliśmy się z milion razy a średnio co piątą noc płakałam z tęsknoty lub ze złości na Niego. Dzisiaj nawet nie zadzwonił (spokojnie, jeszcze ma czas).
Jednak jest jedna rzecz, która się nie zmieniła od samego początku... Kochamy się jak dwa wariaty i żyć bez siebie nie możemy.
27 maja 2007 × komentarze (5)
W piątek o osiemnastej spotykam się z Michałem. W sumie nigdy nie widziałam go na oczy, albo przynajmniej tak mi się wydaje, bo jest absolwentem mojego liceum. Ukończył je jednak rok przede mną, czyli jest starszy ode mnie o rok (biorąc pod uwagę, że zdawał z klasy do klasy, ale raczej zdawał). Spotykamy się bez żadnych podtekstów, że to randka czy coś. No bo i po co? Ja jestem zajęta i on jest zajęty. Po prostu dobrze nam się rozmawia i chcemy się upewnić czy na pewno nigdy wcześniej się nie widzieliśmy. Może być interesująco. No i oczywiście wrócę do parku, w którym ostatnio byłam jakieś trzy lata temu (czy dawniej nawet) w celu zrobienia zdjęć do projektu o parkach. Poszłam tam z Gosią W. Pamiętam, że owe miejsce bardzo nam się spodobało i doszłyśmy do wniosku, że kiedyś tam wrócimy. No ja wracam... Dokładnie w piątek.
Piątek ogólnie będzie dniem dość ciekawym. A dlaczego? A no dlatego, że o dziesiątej piętnaście odbędzie się spotkanie starej
ekipy z gimnazjum. Aż ciężko uwierzyć, że wszyscy wciąż utrzymujemy ze sobą kontakt i od czasu do czasu spotykamy się. W każdym razie jest dwudziestopięciolecie mojej starej podstawówki. Będzie jakiś apel i inne farmazony. Wypada również odwiedzić kilku naszych nauczycieli, którzy wypruwali sobie flaki ucząc klasę
eF no i
bE w podstawówce.
W ogóle to chyba muszę sobie zrobić paznokcie bo stary lakier już powoli odpryskuje a to totalna wiocha. Już chyba lepiej jak w ogóle niczego na nich nie ma. Jednakże na moich musi coś być bo inaczej pewnie znów zaczęłabym je obgryzać jak przed maturami, a przed wyjazdem do Marcina (o ile w ogóle do takowego dojdzie...) chciałabym mieć ładne, w miarę długie paznokietki, żeby mi mój luby znów nie mówił:
Aniołku... Ale ty nie masz paznokci... albo
Aniołku, a gdzie się podziały twoje śliczne paznokcie? Co za padalec. Ja zawsze zaczynam obgryzać paznokcie po wakacjach, podczas szkoły, a potem na wakacje znowu kwitną. Może dlatego, że mam mniej problemów na głowie. No... To teraz mają dużo czasu, żeby urosnąć.
A w ogóle to tej nocy miałam dziwny sen. Właściwie to jeden z dwóch bardzo dziwnych snów. W ostatnim mi się śniło, że całowałam się namiętnie z Pawłem (tym takim, który to złamał moje serducho) i nagle odsunęłam się od niego i stwierdziłam, że muszę już iść do domu. On zdziwiony nawet nic nie odpowiedział. A drugi sen... Drugi był nawet dziwniejszy od tego, którego w telegraficznym skrócie wyżej opisałam. Był to również Paweł tylko, że on wspomniał to co było kiedyś i stwierdził, że żałuje, że tak wyszło i że mu przykro, że przez niego aż tak strasznie się czułam. Nie wiem skąd to nagle pojawiło się w mojej głowie. Przecież ta cała
pawłowa bajka już dawno minęła i teraz rozmawiamy ze sobą normalnie, jakby do niczego między nami nie doszło. I nie sądzę, żeby ten sen był jakąś reaktywacją tamtych uczuć czy coś. Po prostu cholernie mnie zdziwił i tyle.
30 maja 2007 × komentarze (6)