Szczęśliwa na wiosnę

Nie wiem już co mam pisać. Wraz z wiosną przebudziło się moje serducho. Może nie tak mocno jak kiedyś potrafiło, ale na wszystko przyjdzie pora. Szczerze mówiąc jeszcze nie byłam tak szczęśliwa na wiosnę! No i jeszcze powiem, że mi odbija, nie mogę się uczyć, nie mogę normalnie myśleć, o-sza-la-łam czy Wam się to podoba czy też nie. Siedzimy na ławce, on rozpina mi stanik, nawet nie czuję zimna, całujemy się, wygłupiamy... On dzwoni do swojego kumpla, żeby ten sprawdził o której jest mój autobus a ja nie daję mu spokoju dotykając go w pewne, czułe miejsca. On się wzbrania jak może a ja śmieję się w niebogłosy z jego ludzkich słabości.

Jeszcze nigdy nie czułam się taka uwielbiania (w tym momencie to już nie jest przesadne słodzenie), taka piękna. Wreszcie pojawił się ktoś, kto docenił mnie naprawdę, zamienił mnie w swoją księżniczkę, sprawił, że stałam się po prostu kimś. I co najlepsze? Ten ktoś mieszka we Wrocławiu, co prawda na drugim jego końcu, ale to tylko jakieś dwadzieścia minut autobusem, a nie osiem godzin pociągiem...

O Marcinie już prawie w ogóle nie myślę, co nie oznacza, że nic do niego nie czuję, ale powoli skreślam go ze swojej pamięci, bo nawet gdybym chciała, żeby coś wyszło to to i tak nie będzie miało sensu. Marcin miał rację - to wszystko się wypaliło, skończyło i nigdy już nie byłoby jak kiedyś. Chyba, że urodzilibyśmy się od nowa, co fizycznie jest niemożliwe. Zresztą ja już nie chcę przeżywać tego, co jakiś czas temu, bo po co od nowa cierpieć? Z Michałem nie cierpię i jakoś wydaje mi si, że gdyby jednak to nastąpiło, to nie bolałoby tak bardzo jak jakiś czas temu. To nie jest raniący typ.


2 kwietnia 2008   ×   komentarze (4)


Znowu, cholera, znowu!

Biednemu to zawsze wiatr w oczy. Jak już zaczęło mi się powoli w życiu układać, jak już znalazłam sobie kogoś, komu może niedługo oddam swoje serducho to mój ząb znowu postanowił się zbuntować. Powoli zamieniam się w Muminka! Po raz kolejny puchnie mi twarz. Dzisiaj mama zobaczywszy w jakim jestem stanie, po mojej prośbie dała mi antybiotyk. Głupia jestem jak but, bo zapomniałam, że antybiotyków nie wolno przyjmować na pusty żołądek! Pewnie domyślacie się co zrobiłam i jaki był tego skutek. Siedziałam na kanapie w dużym pokoju blada, spuchnięta i drżącą dłonią próbowałam wypić letnią herbatę (bo po gorącej z moją opuchlizną może być nieciekawie). W każdym razie mój żołądek powrócił do poprzedniego stanu i sądzę, że wszystko z nim w porządku. Gorzej z opuchlizną... Jedynym pozytywnym aspektem jest fakt, że przynajmniej nie boli mnie tak, jak ostatnio (czyli jakieś dwa miesiące temu).

O tym, że niedługo spuchnę wiedziałam już w piątek rano. Obudziłam się i czułam, że boli mnie dziąsło tak samo jak wtedy. Już tego samego dnia pobiegłam do dentysty z prześwietleniem. Gdy pokazałam mu zdjęcie przyglądałam się jego reakcji. Co prawda pan doktor Przemek stał do mnie plecami ale widziałam jak kręci głową. O co chodzi? Gdy osiem lat temu kanałowo leczyła mi zęba pewna pani zapomniała (?!) wypełnić mi jednego kanału... I jaki jest tego efekt? A no taki, że przez te osiem lat rozkładała się w korzeniu resztka miazgi i po długotrwałym rozwoju powstał stan zapalny, przez co właśnie puchnie mi twarz i wyglądam jak chomik! Dentysta poprosił jeszcze o zdjęcie dolnej, lewej piątki, ale jeśli spuchnę jeszcze bardziej to nie będę miała jak otworzyć ust, żeby takowe wykonać. W każdym razie dostanę skierowanie na chirurgię szczękową i będą mi rwać tego felernego ancymonka. Szczerze? Tak niekobieco mówiąc... Sram pod siebie ze strachu! Mam nadzieję, że jakoś to będzie. Trudno, zostanę pozbawiona lewej szóstki. Moja mama nie ma dwóch i jakoś żyje, o.

Wczoraj miałam ogromną potrzebę spotkać się z Michałem (biorąc pod uwagę jak wygląda moja twarz dzisiaj ta potrzeba znacznie zmalała), jednak on nie miał za bardzo czasu, ponieważ w poniedziałek ma test z języka hiszpańskiego i musi napisać kawałek pracy magisterskiej. Ja pociągnięta potrzebą oderwania się od domowników wyszłam z mieszkania i powędrowałam prosto na Wyspę Słodową (ciężko nazwać to powędrowaniem, ponieważ mam dość daleko do tego miejsca, pojechałam autobusem). Przystanęłam i zaczęłam się przyglądać Odrze, która atrakcyjnie wygląda tylko w nocy. Wyjęłam telefon komórkowy a moje palce wystukały następującą wiadomość do pana Michała: Ja właśnie jestem na Wyspie Słodowej i przyglądam się swiatełkom odbijającym się od wody. Ładnie jest. Nie minęły trzy minuty a telefon już dzwonił. To wcale nie był sugestywny SMS!!! Wcale nie miałam na myśli spotkania z nim (tak, wmawiaj sobie). W każdym razie wieczór spędziłam w towarzystwie (mojego) Michała i jego najlepszych przyjaciół - Adama i Anny. Szczerze mówiąc dośc sceptycznie podchodziłam do tego spotkania, ale zarówno Adam jak i Ania okazali się dość sympatycznymi ludźmi. Miałam niesmowitą ochotę spać u Michała w domu. Nawet napisałam ściemę do rodziców, ale oni za grosz nie mają do mnie zaufania i kazali mi wracać do domu na noc. Ojciec się wściekł a mi było potwornie głupio bo już byliśmy u niego w domu. Michał walnął mi wykład na temat tego, że skoro mieszkam z rodzicami to muszę przyjmować ich zasady. Odprowadził mnie pod samą wycieraczkę, co mnie niesamowicie zdziwiło.

Teraz czekam na jakiś znak życia od niego bo się nie odzywa, a kazałam mu napisać jak już dojedzie do domu. Mam nadzieję, że wieczorem po prostu zapomniał a teraz smacznie śpi po długiej nocy.


6 kwietnia 2008   ×   komentarze (4)


Dentysta

Wiecie… Kiedyś, jak byłam bardzo małą dziewczynką (w gruncie rzeczy to wcale nie było tak dawno, bo mam dopiero dwadzieścia lat) to paniczne bałam się dentysty. Robiłam wszystko, żeby do stomatologa nie iść. W zasadzie wszystko przez szkolną panią stomatolog, która usilnie próbowała leczyć nam zęby. Po kilku latach straciła swoją posadę (ku mojej uciesze). Pamiętam jak ta pani bardzo mnie gnębiła a pielęgniarka trzymała za rączkę za każdym razem, gdy widziała moje wystraszone oczy i minę pełną przerażenia. Zawsze bardzo się bałam gdy do klasy, na lekcji wchodził dyżurny lub dyżurna sprzed pokoju nauczycielskiego, bo wiedziałam, że może poprosić między innymi mnie do dentysty. Gdy nagle usłyszałam pukanie do drzwi serce podchodziło mi do gardła i z drżącym wręcz ciałem słuchałam ich ogłoszenia.

A teraz jak jest? Teraz jest zupełnie inaczej. Wiadomo, że wiek robi swoje, inne myślenie, bardziej dorosłe, możnaby rzec, że nawet rozumowe! W każdym razie mój lęk przed denstystą zniknął aż do momentu poznania pana Przemka. Atrakcyjnego stomatologa, który prowadzi gabinet na moim osiedlu. Młody okularnik o błękitnych (a przynajmniej tak mi się wydaje) oczach. Podczas jakichkolwiek zabiegów bardzo często patrzę w jego oczy. Nie to, żeby były jakieś piękne czy mnie specjalnie zachwycały, ale z nich bardzo wiele można wyczytać. I tu akurat nie tylko ze ślepi pana Przemka, ale także z oczu innych dentystów. Bardzo ciekawie wygląda to skupienie, widzisz dokładnie każde drgnięcie powieki, poruszające się źrenice, jesteś w stanie nawet wyłapać każde mrugnięcie! Jednak on niestety nie jest w stanie wyłapać mojej atrakcyjności biorąc pod uwagę, że najczęściej przychodzę do niego spuchnięta i z tłustymi włosami, a jedyną częścią mojej twarzy, której się przygląda jest właśnie ta opuchlizna lub też zepsute zęby. Chociaż… Nie! Ostatnio spotkaliśmy się podczas wizyty u okulisty, był ze swoim synkiem, a ja z mamusią (mama pracuje na Klinikach, na okulistyce i gdy tylko dowiedziała się, że widzę lepiej z daleka niż z bliska natychmiast umówiła mnie na wizytę z panią doktor). Tak, pan Przemek jest żonaty i ma dziecko

Jutro spotykam się z Michałem. Ciekawe co powie jak zobaczy mnie w roli Mamy Muminka. Może wtedy ze mną zerwie i powie, że chyba jednak nie pociągam go fizycznie (jak już to jeden Michał powiedział). Szczerze mówiąc to teraz nie jestem pociągająca nawet dla żula spod budki z piwem, choć nie powiem… Z dnia na dzień opuchlizny jest coraz mniej!


8 kwietnia 2008   ×   komentarze (3)


Ta jedyna?!

Leżeliśmy razem na łóżku, ja odziana tylko w kolczyki - anielskie skrzydełka, on w spodniach. Usilnie próbowałam mu je zdjąć, ale z pewnych względów to było niemożliwe, ale to nieistotne. I tak było mi dobrze, bo przykryliśmy się kocem świnką morską (kiedyś stwierdziłam, że ten koc pachnie właśnie jak ten gryzoń). On dotykał mnie po całym ciele i nagle zaczął mi opowiadać jak to z przyjaciółką umówili się kilka lat temu, że jeżeli nie stracą cnoty do dwudziestego piątego roku życia to zrobią to razem. Miałam dość wysłuchiwania o jego przygodach erotycznych i innych kobietach, gdy on mnie pieści lub gdy jesteśmy bardzo blisko siebie, najczęściej bez odzieży. Ze złością odwróciłam się plecami do niego. Zapytał co się stało. Po chwili namysłu powiedziałam mu, że nie jest mi przyjemnie wysłuchiwać takich rzeczy w takich momentach. Na początku trochę się zdziwił, ale po chwili chyba stwierdził, że mam rację, bo odpowiedział coś w rodzaju: Nie mam racji, co było równoznaczne z tym, że to ja ją posiadam.

- Wiesz... Czuję się jakbym była kolejną panienką, a po mnie będzie jeszcze kolejna, a ja będę taka sama jak te inne - powiedziałam mu zabierając jego ręce z mojej pupy.
- Mówiąc szczerze - zaczął, a mi serce podeszło do gardła, bo jak słyszę te słowa najczęściej spodziewam się czegoś złego - jeśli chodzi o kolejność, to rzeczywiście jesteś kolejna... - no to całkiem zrozumiałe - ...ale nikt nie powiedział, że taka sama. Kiedyś bardzo poszukiwałem tej kobiety. Z niektórymi kończyłem na pierwszym czy drugim spotkaniu, ale może... już nie będę musiał szukać?

Szczerze mówiąc nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Byłam o niego zazdrosna i w zasadzie wciąż jestem, bo z dnia na dzień zależy mi na nim coraz bardziej. Faceci powinni wiedzieć, że kobietę, z którą się jest powinno się traktować jak tą jedyną i niepowtarzalną, należy zapomnieć o przeszłości z innymi i żyć tylko aktualną partnerką i bardzo rzadko wspominać o swoich byłych. Uwierzcie... Naprawdę źle mi było, gdy on mi opowiadał takie rzeczy.

Ja doskonale wiem, że on chce to ze mną zrobić, ale się boi ewentualnych konsekwencji (no bo prezerwatywa może pęknąć, mogę zapomnieć wziąć tabletki, plasterek może się odkleić, itd.). Jednak już powiedział, że jeśli on miałby mi oddać swoją cnotę to ja mam mieć wtedy pomarańczową bieliznę i fryzurę księżniczki Lei ze starych Gwiezdnych wojen. To pierwsze jest jeszcze do spełnienia, gorzej z tą fryzurą - jest koszmarna! Powiedziałam, że mogę ewentualnie zrobić sobie dwa warkoczyki albo kitki. Stwierdził, że może przystać na taką ewentualność. Może dzisiaj pójdę się rozejrzeć za pomarańczową bielizną (nie, nie po to, żeby uprawiać z nim seks, ale po to, by go zaskoczyć).


10 kwietnia 2008   ×   komentarze (6)


Umieram!

Dzisiaj o 12.00 będę mi wyrywać zęba na chirurgii szczękowej. Ja chyba zaraz umrę ze stresu, choć zielona herbatka trochę ukoiła te moje nerwy. Jeszcze muszę biec do lekarza rodzinnego po skierowania a potem rzeź. Boże... To mi się nawet w nocy śniło, to całe rwanie. Tyle, że w śnie w końcu im się nie udało.

Trzymajcie kciuki bo ja już i tak jestem przerażona...!


11 kwietnia 2008   ×   komentarze (9)


Tak, wciąż żyję

Zęba mieli mi wyrywać w piątek, jednak nie zrobili tego ponieważ nie pojawił się lekarz. Mieli robić mi zabieg biorąc mnie pod narkozę, a potem ja miałam zostać w szpitalu. Już mama u siebie w przychodni zrobiła mi EKG a na klinikach robiłam RTG panoramiczne zębów. I nagle ktoś podchodzi i mi mówi, że już dzisiaj mogą mi wykonać ten zabieg. Myślałam, że zejdę, byłam w szoku i miałam ochotę się rozpłakać. Przerażona przebrałam się w szpitalną piżamkę, potem poszłam na blok operacyjny, gdzie wypełniłam jakąś ankietę, a potem położyłam się na łóżku, koleżanka mojej mamy założyła mi wenflon, podłączyła jakąś kroplówkę, poprzyklejała coś do ciała, a potem już zawieźli mnie na salę operacyjną, gdzie ujrzałam przed sobą charakterystyczne lampy (czułam się normalnie jak w teledysku Dody). Nie poczułam nawet jak mi wyrwali zęba...! Rozumiecie? Największym bólem było samo znieczulenie, a potem w pewnym momencie mnie trochę zabolało... Szczerze przyznam, że nawet podczas normalnej wizyty u dentysty swojego czasu bardziej mnie bolało.

Rozmawiał ze mną super lekarz. Super, bo był super i wyglądał też super. Młody, ciemne włosy i mega - niebieskie oczka. Aż normalnie miękły człowiekowi nogi jak na niego patrzył (a raczej kobiecie). Poleżałam sobie w łóżku do godziny czternastej, a potem przyszła po mnie mama. Wsiadłam do samochodu i zawieźli mnie do domu. Szczerze? Nic strasznego. No... Może oprócz tego, że siedzę teraz z bandażem owiniętym wokół owalu twarzy z zimnym okładem (który już chyba nie jest zbyt zimny) i czuję jak mnie boli... Ale przynajmniej jestem wolna i siedzę u siebie w domu.


15 kwietnia 2008   ×   komentarze (6)


Kłótliwa ze mnie baba

Morduję się z tymi cholernymi szwami na dziąśle, ale nie mam innego wyboru. Dobrze, że przynajmniej mnie nie boli, a opuchlizny pozabiegowej nie widac już prawie wcale. We wtorek ściągną mi te wadzące nitki i moje życie wróci do normalności. Pójdę parę razy do dentysty wyleczyć pozostałe zęby i puchnięcie twarzy z powodu nieistniejącej już lewej, dolnej szóstki nigdy w życiu już nie będze mi grozić.

Wczoraj widziałam się z Michałem. Właściwie to i wczoraj, i w środę. Nie wiem dlaczego (tak, doskonale wiesz) strasznie za nim tęsknię, gdy się nie widzimy. Wtedy nie mogę przestać o nim myśleć, tak bardzo chcę się do niego przytulić. Wczoraj się pokłóciliśmy ponieważ mnie drażnią jego zasady, które nie pozwalają mi się w pełni spełnić (że tak się wyrażę). Mówił, że wtedy po akcji, pod prysznicem był rozbity na cały dzień i nic nie mógł zrobić, a on nie lubi takich stanów. Powiedział, że przez te jego zasady rozpadł się już jeden związek. Ja położyłam się na brzuchu i odwróciłam od niego moją głowę. Zaczęłam myśleć, niestety tak intensywnie, że nagle zrobiło mi się okropnie smutno. Niewiele myśląć odwróciłam się do niego przodem i mocno przytuliłam do siebie. Do moich oczu cisnęły się łzy, ale ja próbowałam je zatamować, na całe szczęście udało mi się. Pytał co się dzieje, a ja tylko mówiłam, że jakoś mi smutno, gdy padało pytanie dlaczego mówiłam mu, że nie wiem, co było prawdą! Jakoś tak nagle zapragnęłam, żeby mnie przytulił, żeby był blisko...

Wyszliśmy z domu i odprowadził mnie na przystanek autobusowy. Oczywiście ten cholerny sto dwadzieścia osiem nie przyjechał i musieliśmy biec na Pierwszego Maja, na tramwaj. Oczywiście już po drodze na ten bliższy przystanek rozpięło mi się ramiączko od stanika i bardzo chciałam, żeby mój luby pomógł mi go zapiąć. On jednak nie był zbyt chętny pomimo faktu, że po ulicy prawie nikt nie szedł. Zrobiłam mu mini awanturę bo każda kobieta doskonale wie jak bardzo niekomfortowo można się czuć z rozpiętym ramiączkiem. Michał zdenerwowany moim wykrzykiwaniem na ulicy zaczął spokojnie zwracać mi uwagę. Widziałam, że się wkurzył na mnie, bo czasami zachowuję się jak rozwydorzona gówniara. Stanęliśmy na przystanku a ja zaczęłam go całować. W jednej chwili jego złość na mnie przeszła. Gdy poszliśmy dalej on zaciągnął mnie do ciemnej uliczki, gdzie wspólnymi siłami udało nam się zapiąć wyżej wspomniane ramiączko. Śmialiśmy się przy tym przeokropnie. Taki z niego pan inżynier, że nie podołał zadaniu i zrobiłam to sama.

Słucham sobie Nelly Furtado, tak jak z Michałem u niego w domu. Przyjemnie śpiewa, nie powiem. A może to dlatego, że po prostu miło mi się kojarzy?


19 kwietnia 2008   ×   komentarze (4)


Imprezowe Gadu - Gadu

Wczoraj wieczorem wraz z moimi trzema przyjaciółkami postanowiłyśmy wybrać się do pana Arka na mini domówkę. Wypiliśmy trochę alkoholu, ja postrzelałam trochę fochów (jak to zwykle w życiu mym bywa i ludzie powinni do tego przywyknąć już dawno temu), po pięciu minutach owe fochy odchodziły w zapomnienie. Oglądaliśmy Oko, który to miał być przeokropnym horrorem, równie dobrym jak na przykład The Ring. Niestety z przykrością stwierdzam, że producenci odrobinkę się pomylili ponieważ film sam w sobie straszny nie był w ogóle. Na początku tylko bałam się sama iść na korytarz, żeby zapalić papierosa, ale jakoś udało mi się przezwyciężyć chwilowy lęk.

Na liście Gadu - Gadu widoczni są dwaj użytkownicy. Pierwszy z nich to Michał, a drugi to Marcin. Widoczni są jeden pod drugim. Patrzę tak na te dwa żółte słoneczka i serce podchodzi mi do gardła, bo Marcin jest na Gadu - Gadu. Wystarczą dwa kliknięcia myszką i mogę nawiązać z nim konwersację. Szczerze? Nie chcę tego. Dojrzałam do myśli, że rzeczywiście powinno zachować się to, co było między nami gdzieś głęboko w sercu. Nie mogę mieć do niego pretensji. Odległość zabiła nasz związek, trudno się mówi. Ostatnio jak jechaliśmy z Chełmońskiego tramwajem z maszynoznawstwa do naszego wydziału na inny przedmiot to mijaliśmy wielki bilboard z napisem: Gdańsk, tu się żyje! Zaczynałam swój wywód na temat tego, że mogłam tam żyć. Karolina spojrzała na mnie dziwnie, po czym stanęła przede mną.
- Co robisz? - spytałam podnosząc brwi.
- Nie patrz na to! Przestań o tym myśleć! - odparła wciąż zasłaniając mi widok.
- Wiesz... Już o tym nie myślę. Po prostu, tak powiedziałam - powiedziałam odklejąjąc wzrok od okna. Nasza rozmowa potoczyła się w kierunku skoków na bungee.

Na jutro muszę pouczyć się z języka francuskiego i oczywiście z tej nieszczęsnej chemii. Nie to, żeby to pierwsze wchodziło mi do głowy bez oporu. Chociaż... Póki co nie mogę tego stwierdzić ponieważ jeszcze się nie zabrałam do roboty. A czas ucieka! Do domu wróciłam przecież po dwunastej w południe, a już mamy szesnastą osiem. Do roboty!


20 kwietnia 2008   ×   komentarze (5)


Po szwach i pieniądzach

Wreszcie ściągnęli mi szwy. Powiedziano mi, że jest niewielki obrzęk, ale ogólnie wszystko goi się ładnie. Obok mnie na fotelu jakiejś pani wykonywali zabieg. Gdy tylko weszłam do ambulatoryjnego gabinetu to ujrzałam kobietę, która jęczy z bólu, cały swój różowy śliniaczek ma zakrwawiony (może nie cały, ale znaczną jego powierzchnię), a nad nią stał lekarz z dziwnymi okularami, które osłaniały mu pół twarzy (wyglądał trochę jak spawacz w przezroczystej masce). Gdy ten widok pojawił się przed moimi oczyma, a dźwięki wydobywające się z ust pacjentki docierały do moich uszu zrobiło mi się dziwnie słabo. Drżącymi dłońmi powiesiłam na wieszaku swoją kurtkę oraz torebkę i starając się oderwać wzrok od cierpiącej pani poszłam w kierunku swojego fotela. Nie wiem dlaczego, ale widok osoby dorosłej, która jęczy z bólu, a po jej policzkach spływają łzy napawa mnie przerażeniem i zdziwieniem. Gdy byłam młodsza zawsze odnosiłam wrażenie, że dorośli są bardziej odporni na ból, że oni nigdy nie płaczą i wszystko dzielnie znoszą.

Po mojej krótkiej wizycie w Klinice Chirurgii Szczękowej miałam jeszcze mnóstwo czasu dla siebie. Zastanowiłam się przez chwilę co mogłabym robić przez te dwie godziny. Matematyki uczyć się nie będę, bo po co, skoro nawet nie mam z czego, zresztą najczęściej i tak nie muszę. Postanowiłam pójść do Pasażu Grunwaldzkiego (a raczej podjechać sobie jeden przystanek - ach to moje lenistwo!), gdzie cholera jasna wydałam jakieś sześćdziesiąt złotych. Mam syndrom zakupoholiczki, która tylko po otrzymaniu jakiejś znaczniejszej sumy pieniędzy musi biec, by ją wydać. W każdym razie sprawiłam sobie nowe kolczyki, piankę do golenia, krem po depilacji (bo wrastające włoski wkurzają mnie niesamowicie), odżywkę do włosów, dezodorant (właściwie do sklepu kosmetycznego weszłam tylko po to!), Cosmopolitan (to przemilczeć) i papierosy (standardowo Westy Ice'y). Szczerze mówiąc pozbycie się znaczącej kwoty dla kobiet jest czasami nawet pocieszające.

Wczoraj widziałam się z Michałem i było uroczo. Po raz pierwszy jak mnie pocałował poczułam motylki w brzuchu... Co się dzieje? Ciężko stwierdzić czy się zakochuję, może po prostu wreszcie zrobił to tak, że wymiękłam. W ogóle miałam na niego jakąś niepohamowaną ochotę, jakiej jeszcze nigdy nie miałam. Nawet Michał zauważył, że mam jakiś dziwny, nadzwyczajnie dobry humor. A to przecież dziwnie, bo wczoraj był poniedziałek, czyli dzień tygodnia, który od kilku lat wykańcza mnie najbardziej ze wszystkich (zawsze wtedy muszą dowalić najwięcej zajęć) i z Michałem spotkałam się zaraz po zajęciach z tej okrutnej chemii. A może to radość, że już po wszystkim co najgorsze i zgodnie z zasadą, że to, co jest najlepsze zawsze zostawia się na sam koniec nadszedł czas na spotkanie z mym lubym? Dobrze mi z nim, kurczę.


22 kwietnia 2008   ×   komentarze (4)


Zwariowałam, więcej nie czytam

Praktycznie zawsze gdy jadę autobusem na uczelnię, bądź z niej wracam, lub gdziekolwiek jadę tym środkiem transportu czytam książkę. Najczęściej jest to lekturka dość krótka, lekka i przyjemna, czyli coś z serii Literatura w spódnicy. Książki te pozornie wydają się być zupełnie nieambitne. No bo co mądrego jest w wywodach na temat oklepanych związków, odchudzania i picia alkoholu przez amerykańskie lub angielskie kobiety, które z pewnych względów nienawidzą siebie i swojego ciała. Właściwie to nie tyczy się tylko i wyłącznie tych narodowości... Ale nie o tym chciałam mówić.

Jeżdżę autobusem i czytam Imprezę u Ralpha autorstwa już nawet nie pamiętam kogo (a nie chce mi się wstawać i sięgać po torebkę w celu odnalezienia książki i przeczytania jak się nazywa pisarka). Tak czytam tą książkę i czytam, czasami się oburzam, czasami mi ulży, czasami łezka kręci mi się w oku... I wiecie co? Tam wszystko kręci się wokół miłości! Nie tyle co seksu, ale miłości. I po chwili zastanowienia się doszłam do wniosku, że w prawdziwym życiu jest dokładnie tak samo. Miłość to nie jest tylko uczucie do kogoś. Miłość to potężna siła, która nami kieruje. Ona manipuluje całym naszym życiem. Czasami nas uskrzydla i często po chwili obcina nam te skrzydła. Ona za nas podejmuje życiowe decyzje, to ona wyciska łzy z naszych oczu, to ona mówi nam co mamy jeść, jak się mamy ubierać, czesać... A dlaczego? Bo robimy to wszystko dla niej! I co jest w tym wszystkim najgorsze? Że jak już raz kogoś pokochaliśmy to nigdy w życiu to uczucie nie wygaśnie... Ba! Ono nawet nie osłabnie tylko się trochę zakurzy. Ono decyduje o życiu i śmierci! Zastanówcie się... Jak długo szalenie zakochana kobieta będzie żyła po śmierci swojego męża? No jak?

Tak samo jest ze mną... Jak długo będę kochać Marcina? To nie jest tak, że ja o nim nie myślę. Wiecie co? Chcę być szczera... I tak... Będę szczera, będę cholernie szczera i powiem Wam, że myślę o nim non stop, non stop widzę go w obcych ludziach (w oczach dentysty oczy Marcina, mimika Tomka mimiką Marcina, fryzura faceta przechodzącego przez ulicę fryzurą Marcina). Jadę autobusem i przypominam sobie moment jak powiedział mi po raz pierwszy, że mnie kocha. Wiecie na co mam ochotę? Rzucić wszystko, wyłączyć telefon, pojechać na dworzec, kupić bilet do Trójmiasta i zostawić za sobą ten cholerny Wrocław. Zranić wszystkich, którzy wierzyli, że moje duchowe życie powoli się stabilizuje dzięki innemu facetowi, który tak naprawdę stanowi chyba przykrywkę na moje rozkałatane serce. Wpadłabym jak burza z rumieńcami na twarzy do Dworku Admirała, pociągnęłabym go za rękę i wyprowadziła na zewnątrz. Tam wykrzyczałabym mu w twarz, że go kocham, że nie mogę przestać o nim myśleć, a potem ciągnąc go za rękę chwyciłabym klucz z gablotki do wolnego pokoju i już od progu zaczęlibyśmy się całować. Bez słowa rzucilibyśmy się na łóżko i zaczęli namiętnie kochać. Krzyczałabym przez cały czas, że go kocham, że nie obchodzi mnie, że ta chwila zaraz się skończy, że tylko jego chcę czuć w sobie, że tylko on koi moje serce, że to z nim chcę spędzić resztę swojego życia, chcę mieć z nim gromadkę dzieci. Że kocham każdy skrawek jego ciała, jego dziurawą kurtkę, krzywe zęby, tandetny sweterek w kwadraciki, zapach potu, gdy wraca z pracy, mocną wodę po goleniu, wystające żebra... Że nie obchodzi mnie, że wyrzucili go ze studiów, że jest przeraźliwie zamknięty w sobie. Że kocham go z tymi wszystkimi okropnymi dodatkami. Wypilibyśmy morze wina, a potem rano wstałabym i powiedziała, że to koniec. Że odejdę bo kocham, bo wiem, że mnie już nie chce.

A na drugi dzień założyłam bieliznę w ulubionym kolorze Michała i spotkała się z nim w Academusie, albo u niego w domu i sączylibyśmy piwo Stokrotka. On spytałby mnie dlaczego nie odbierałam telefonu, a ja odparłabym tylko, że widocznie bateria mi się rozładowała.

Boże, zwariowałam. Nienawidzę siebie za te słowa. Okłamuję bardziej siebie niż wszystkich dookoła. Boże, daj mi się od nowa zakochać w człowieku, który jest mnie naprawdę wart, który naprawdę by o mnie zadbał, nigdy nie lekceważył, był na miejscu.


24 kwietnia 2008   ×   komentarze (4)


Jakoś tak mi źle

To nic dziwnego, że intensywniej myślę o Marcinie biorąc pod uwagę, że Michał od wtorku nie może dać mi odpowiedzi czy pójdziemy dzisiaj na jakiś film do kina czy też nie. Nie odpisuje mi na SMSy z konkretnymi pytaniami, a jak już to pisze mi jakieś głupoty, które nie są odpowiedzią na moją propozycję. Wkurza mnie taki układ. Ostatnio widzieliśmy się w poniedziałek i to jak zwykle na chwilę. Nie będe mu włazić na głowę, już nikomu nie będę tak robić, bo to zakrawa na kpiny. Niech on sobie trochę o mnie powalczy. Zła jestem, naprawdę.

Do tego jeszcze muszę dzisiaj wysłać siostrę do biblioteki (zresztą i tak musi iść), żeby oddała moje książki, bo inaczej wyślą sprawę do firmy windykacyjnej a ja nie mam ochoty mieć do czynienia ze złym panem, który będzie ode mnie wyłudzał pieniądze. Ja nie mam czasu i ochoty biegać po bibliotekach publicznych. Zresztą wszystkiego mam już dość.

Mam ochotę zapomnieć o tym wszystkim. Zasnąć tak sobie i obudzić się za rok jak już wszystko się wyjaśni. Z pieniędzmi krucho, a przynajmniej u moich rodziców. Nie mogę kupić sobie tych butów z Adidasa bo przecież są za drogie (gdzie jeszcze rok temu spokojnie daliby mi na nie). Będę musiała wybrać jakieś tansze, które zapewne rozwalają mi się szybciej aniżeli je kupię. Gdyby nie mój pies nie miałabym tego problemu. Brenda pogryzła moje Nike i teraz mogę ubierać je tylko do długich spodni. Do szewca z nimi nie pójdę bo wiem, że i tak będą wyglądać kiepsko. Wolę kupić nowe. Zresztą tamte mają już rok.

Niedługo będziemy się przeprowadzać (i właśnie z tym związane są wydatki moich rodziców). Szczerze mówiąc nie uśmiecha mi się mieszkanie na Muchoborze, ale chyba nie mam wyboru. Przynajmniej będę miała swój własny pokój urządzony wedle mojego gustu. Ale co to za radocha mieszkać na zadupiu gdzie pewnie nawet nie jeżdżą nocne autobusy. Dziwnie się czuję z myślą, że żeby dostać się do rynku będę musiała robić miliard przesiadek...


25 kwietnia 2008   ×   komentarze (2)


Miniony weekend

Ludzie to naprawdę potrafią być nienormalni. Poszłam sobie dzisiaj z Kasią i moim pieskiem na spacer. Usiadłyśmy na ławce i Brenda na chwilę wskoczyła do piaskownicy. Przed nami siedziała grupka rodziców ochoczo o czymś rozmawiająca. Nagle usłyszałam pod swoim adresem, że mój pies włazi do piaskownicy. Było w tym trochę racji. Podniosłam głowę i odparłam, że przecież Brenda nic w tej piasownicy nie robi. Wzamian za to usłyszałam stwierdzenie, że jestem chyba śmieszna. Następnie do mych uszu dotarł potok słów, które były na nie dla mojego pieska.
- Przecież tutaj nie wolno sprowadzać ani psów, ani kotów!
Zapytałyśmy z Kaśką gdzie wobec tego mamy wychodzić z naszymi zwięrzętami skoro nie ma żadnej łąki praktycznie, bo wszędzie coś budują i czasy tak zwanych górek już dawno się skończyły. Zdenerwowany pan nagle wstał i powiedział, że dzwoni na policję. Spojrzałam na niego z lekką nutką irytacji...
- Niech sobie pan dzwoni - odparłam. Zdenerwował nas strasznie. Brenda stałą sobie na trawce i nikomu nie przeszkadzała, aż tu nagle pojawiła się banda wielkich dorosłych i od razu do nas z przysłowiowym ryjem. Drodzy ludzie, tak się tych spraw nie załatwia.

Zgodnie z zasadą nie ruszaj gówna bo śmierdzi podniosłyśmy swoje cztery litery i przeniosłyśmy się pięćdziesiąt metrów dalej, na murek. Siedziałyśmy tam i śmiałyśmy się na zmianę z bulwersowaniem się z zainstałej sytuacji. Ludzie... Ja rozumiem, że zwierząt nie powinno wprowadzać się na podwórka gdzie bawią się dzieci, ale skoro wszędzie są takie zakazy to gdzie mam wychodzić ze swoim pupilem? Park daleko, zresztą... Tam obok wszystko jest rozkopane. Po łąkach szlajać się nie mam zamiaru bo mam nowe buty i nie chce już na wstępie ich osyfić. A nawet jeśli komuś bardzo nie odpowiada obecność mojego pieska to niech to powie ładnie i kulturalnie, tak, jak powinna zwracać się osoba dojrzała i dorosła. Wtedy bez słowa pewnie byśmy wstały i sobie poszły, co byłoby z korzyścią dla dwóch stron. Cóż zrobić, tacy ludzie. Powoli przestaję w nich wierzyć.

Mój humor, wbrew pozorom jest całkiem udany. Może to dlatego, że mój weekend był dość sympatyczny i dzisiaj zrobiłam dość spore zakupy. Kupiłam sobie dwie pary butów (adidasy i takie eleganckie), dwie koszulki, staniki (niestety okazało się, że są za małe, ale za taką cenę, to w sumie nie ma czego żałować, przynajmniej mam dodatkowe pary ramiączek i fiszbin, które mi się czasami przydają, gdy w innych już się maksymalnie powykrzywiają) i piżamkę. Powiem Wam, że wcale nie wydałam dużo pieniędzy. Najwięcej na adidasy z Nike, wiadomo. Ale jeśli chodzi o tego typu obuwie, to ja zawsze muszę mieć coś porządnego (o tym już chyba nawet pisałam).

W piątek widziałam się z Michałem. Było uroczo, choć wcale się tak nie zapowiadało. Od wtorku nie mogłam uzyskać odpowiedzi czy idziemy do tego kina czy też nie. Gdy wreszcie się odezwał usłyszałam odpowiedź negatywną. A dlaczego nie idziemy do kina? A no dlatego, że mój Michał nie lubi chodzić do kina, ponieważ tam ludzie chrząkają i trzeba cały czas siedzieć w miejscu, według niego to strata czasu. Przez chwilę się zastanowiłam i zaproponowałam zrobienie kolacji, co też oczywiście nie ucieszyło się jakimś specjalnym entuzjazmem bo Michał o tej godzinie już nic wielkiego nie je. No zaraz...
- Czyli nigdy nie pójdziemy wieczorem na jakąś kolację? - spytałam z nieukrywanym oburzeniem wcześniej jeszcze dodając: Trzymajcie mnie bo zabiję!
- Nie... Możemy pójść, ale ja co najwyżej wezmę miskę warzyw.

Przyjechałam do niego na godzinę dziewiętnastą. To znaczy spóźniłam się dość sporo, bo pół godziny. Michał pisał mi po drodze SMSy z pytaniem gdzie już jestem, a gdy nie mogłam mu odpisać (bo nie miałam wtedy pieniędzy na koncie) dostałam kolejną wiadomość: Widzimy się w końcu dzisiaj czy nie? Ludzie piszący pracę magisterską, a w szczególności taką, której bardzo pisać nie chcą, z czystego lenistwa, zachowują się bardzo dziwnie. Przecież mógł do mnie zadzwonić, prawda? Nie wpadł na to. W każdym razie gdy do niego przyszłam ujrzałam rozłożony odkurzacz, szmatki do wycierania kurzu... Mój luby stwierdził, że skoro nie przyjeżdżam to zrobi sobie porządki. W każdym razie nie złożył magicznej machiny do odkurzania dywanów tylko umył ręce i postanowił przygotować mi obiecaną Bloody Marry. Szczerze przyznam, że było dość smaczne, aczkolwiek nie w tak dużych ilościach. Jakoś nie podchodzi mi sok pomidorowy sam w sobie. Poszliśmy do łóżka (nie, nie na seks, taki jak sobie myślicie), a potem gdy moje ucho pojawiło się przy jego brzuchu doszłam do wniosku, że jest głodny. Wyszliśmy od niego z domu i powędrowaliśmy najpierw do Piramidy, ale stwierdziliśmy, że nie ma tam żadnego miłego, wolnego miejsca, więc poszliśmy do Sphinxa. Tam zamówiliśmy sobie dobre jedzenie i na deser Crème brûlée. Nie można powiedzieć, że któreś z dań, które jedliśmy przypominało miskę z warzywami... Było naprawdę bardzo miło (oczywiście zapominając o tym, że jedzenie dostaliśmy po jakichś czterdziestu minutach, a ludzie, którzy siedzieli obok nas i byli Anglikami zamówili później i dostali dużo, dużo wcześniej).

Dzisiaj postanowiłam zrobić porządek w swojej szafie z ubraniami. Chyba nowe szmatki zainspirowały mnie do tego czynu. W sumie to trochę dziwnie, bo nigdy w życiu tak sama z siebie nie posprzątałabym tam. W każdym razie jestem z siebie zadowolona. Może jeszcze kiedyś będą ze mnie ludzie.


27 kwietnia 2008   ×   komentarze (8)


Moje furie i radości

Wreszcie zaczął się długi, majowy weekend. To znaczy jeszcze się nie zaczął, bo jeszcze nie ma maja, jest dopiero trzydziesty kwietnia, ale na uczelnię idę dopiero w poniedziałek, dlatego jest super. Majowy weekend to okres czasu, na który wszyscy czekają zaraz po Wielkanocy. Każdy tylko chce, żeby wreszcie było to wolne, żeby się trochę poopieprzać. W gruncie rzeczy wcale się temu nie dziwię, bo sama taka jestem. Człowiek został stworzony po to, żeby się lenić, tak naprawdę, a przynajmniej z tego czerpie prawdziwą radość, a jak ktoś mówi, że nie, to po prostu kłamie!

Pogoda na dworze coraz piękniejsza. Wreszcie można się pochwalić nowymi koszulkami (ach ta kobieca próżność!) i wyjście w szpilkach nie stanowi większego problemu (który zawsze pojawiał się na śniegu, tudzież mrozie). Do tego chce się zyć, bo świecące słońce wzmaga produkcję jakiegoś hormonu, który jest odpowiedzialny za nasz dobry nastrój! No i do tego ta witamina D, melanina i te sprawy. Swoją drogą mogłabym się wybrać kilka razy na solarium, bo jak ostatnio spojrzałam na swoje nogi to wyglądałam jak trup, a niestety nie jest aż tak cieplutko, żeby kłaść się plackiem na słońcu i się opalać (zresztą ja tak nie lubię, wolę szybszy efekt, o!).

Dzisiaj byłam z Kamilą u dermatologa, a potem łaziłyśmy po niemalże wszystkich aptekach na moim osiedlu w poszukiwaniu odpowiedniej ilości tabeletek, które przepisała jej pani doktor. Nie wiem ile czasu tak chodziłyśmy, ale wiem, że nigdzie nie było odpowiedniej ilości opakować, a że Kamila mieszka poza Wrocławiem, to raczej trudno by było jej przyjechać po odbiór reszty. Jednak nie miała innego wyjścia, bo nigdzie nie mieli siedmiu opakowań! Dostała specjalną karteczkę i widzimy się w piątek. No... Przynajmniej się spotkamy.

Wczoraj byłam u Michała. Tym razem się zezłościłam. Byłam u niego w domu wyjątkowo wcześnie. Zawsze miałam jakieś piętnaście minut do pół godziny poślizgu, gdy przychodziłam do niego. Wczoraj byłam trzy minuty wcześniej! Dzwonię domofonem... Nikt nie odbiera. Zaczęłam dzwonić na jego komórkę, nie odbierał. Pomyślałam sobie, że pewnie jest pod prysznicem. Poczekałam kilka minut i znowu zadzwoniłam domofonem. Oczywiście nikt nie odbierał! Zdenerwowałam się i zadzwoniłam pod inny numer i poprosiłam, żeby mi otworzyli. Tak też uczynili. Wjechałam windą na trzecie piętro (zawsze muszę sprawdzić czy dobrze wyglądam, bo to w końcu facet, a w windzie jest lustro, haha!), podeszłam do jego drzwi i dzwonię... Nikt nie otwiera. Znowu dzwonię i znowu to samo! Dzwonię, dzwonię, dzwonię, dzwonię... Nic! Wkurzyłam się już bo z piętnaście minut próbowałam się do niego dostać. W końcu usłyszałam w jego domu jakieś krzyki pokroju: Jeszcze pięć minut, dziesięć! Po kilku sekundach trzasnął zamek w drzwiach i otworzył mi jego współlokator (chyba Łukasz ma na imię). Na jego twarzy malował się strach a na mojej złość.
- Jest Michał? - spytałam siląc się na uprzejmość i starając się ukryć swoją złość, która rozpierała mnie ze wszystkich stron..
- Taaak... W łazience... - odparł nadal patrząc na mnie z mieszaniną strachu i niedowierzania (jak kobieta może wpaść w furię przez coś takiego, nie?).
- Ja tu stoję dziesięć minut przy domofonie, dziesięć tutaj... - Łukasz stał zdezorientowany wciąż nie wiedząc co dalej. - Mogę wejść? - zapytałam w końcu. Chłopak odpowiedział coś w rodzaju: Eeee... Tak... - Po czym przestąpiłam próg domu.
- Agatko, czy to ty? Rozgość się w kuchni i weź sobie piwko w lodówki. - Wydobył się niewyraźny głos zza drzwi łazienki.
- Tak, to ja! Wyłaź! - prawie wrzasnęłam - Masz trzydzieści sekund! Jeśli nie wyjdziesz, to ja wyjdę!.
- Ale to niemożliwe!
Siedzałam tak głupia na stołku patrząc na piwo, które dla mnie wyjął Łukasz (po czym jak najszybciej ulotnił się z domu).

Wiem, że czasami trochę przesadzam, ale zbliża mi się okres i łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, a to było przegięciem. Długo byłam zła na mojego lubego, aczkolwiek nie powinnam, bo w końcu brał ten prysznic między innymi ze względu na mnie, żebym się lepiej przy nim czuła. Łukasz przyznał się, że nic nie słyszał, bo miał słuchawki na uszach, a kolejny współlokator spał (a ja jeszcze darłam japę, ładnie, ładnie), no a Michał... wiadomo. Po jakimś czasie przeszła mi złość na Michała (no bo ileż można?).

Powiem szczerze, że im bardziej jestem obojętna na podejmowanie tematu seksu, tym bardziej on tego chce. Ostatnio spytał mnie czy mu ufam. Leżałam koło niego nago i powiedziałam, że może... Jednak po chwili dodałam, że przecież gdybym mu nie ufała to tak bym koło niego nie leżała. Spytałam skąd to pytanie. Odpowiedział, że kiedyś mu mówiłam, że następny facet, z którym się będę kochać, będzie musiał zostać obdarzony moim zaufaniem. To brzmi tak, jakby z dnia na dzień chciał tego coraz bardziej. Nie mogę powiedzieć, że ja tego nie chcę, ale z czasem zaczęło mi być dobrze tak, jak jest teraz. Sama nawet już nie podejmuję tego tematu i nie naciskam.


30 kwietnia 2008   ×   komentarze (3)