Znalazłam serwis, w którym najprawdopodobniej naprawią mi mój kochany aparat! Czy to nie cudowne? A pieniądze...? Z tym też większego problemu nie ma, bo wykorzystuję swoje zdolności do tworzenia webdesignów i zdzieram z ludzi za to jak za zboże, o! A co sobie będę żałować? Nie no, może nie jak za zboże, ale trochę mam z tego korzyści, na tyle, żebym mogła naprawić swój aparat. W sumie powoli zaczynam żałować, że nie pomyślałam o tym wybierając kierunek studiów. Bo mnie oczywiście przerażał ten cały Pascal i inne bzdury! Ale znając życie to pewnie i tego bym się nauczyła gdybym musiała.
Za oknem straszna wichura. Czy ktoś mi wytłumaczy co to za wiosna? Co to w ogoóle ma być? Ja chcę wiosnę! Wio-snę! Mam już dość zimna, dość tego wiatru... Już nie wspominając o śniegu, którego praktycznie w tym roku nie było. Czyli to, co sobie właśnie mija to trochę zimniejsza jesień i tyle. Zim już nie ma i chyba nie będzie. Efekt cieplarniany i te sprawy robią swoje. Dwadzieścia lat temu na zewnątrz było minus trzydzieści i smarki pod nosem zamarzały, a teraz? Teraz to jak jest minus dziesięć to ludzie trzęsą się z zimna i marudzą jaki to ziąb. Między innymi ja tak robię, to wiem.
Wczoraj poszłam z Kaśką na domek wypić Reddsa. My to jesteśmy głupie, zamiast iść posiedzieć sobie na przykład w Creatorze, elegancko, przy stoliku, przy piwku to my wolimy sobie popić w plenerze, bo taniej, bo Agatka nie musi biec do bankomatu, bo w
Lechu jak uzbiera sobie zakupy za conajmniej dziesięć złotych to może zapłacić kartą i ogólnie jest git. W każdym razie takie picie w plenerze ma swoje uroki i każdy o tym wie.
1 marca 2008 × komentarze (9)
Trochę się działo w trakcie mojej nieobecności blogowej, dlatego stwierdziłam, że wypadałoby coś napisać, bo te sprawy tak sie będą nawarstwiać i nawarstwiać, aż w końcu stwierdzę, że nie chce mi się tego wszystkiego pisać i wrzucę to w zakamarki jakiejś nietrwałej pamięci.
Po pierwsze! Pewnie zastanawiacie się jak poszła mi chemia. Otóż chemia poszła całkiem nieźle, dlatego oficjalnie już jestem na drugim semestrze technologii żywności. Egzamin komisyjny nie był wcale taki zły, jaki mógłby być. Komisja chyba to zauważyła, bo potraktowała mnie dość luźno. Jedyną osobą, która mnie tam drażniła była nasza pani, która to się nazywa
opiekun roku. Śmiała się z każdej z nas jak jakąś głupotę powiedziała, a mnie to peszyło. Ale po jakimś czasie stwierdziłam, że się przemądrzałym babskiem przejmować nie będę, bo pozostała część komisji jest mi w miarę życzliwa. Tym bardziej, że momentami czułam nad nimi pewną przewagę. Gdy liczyłam zadania nasza pani profesor nadzwyczajna Uniwersytetu Przyrodniczego nie wiedziała w zasadzie jak ja to zrobiłam, patrzyła tak dziwnie. W ogóle to jak się uczyłam ze skryptu to widziałam tam tyle błędów matematycznych, że głowa boli. I co najśmieszniejsze? Były to błędy przy proporcjach, czyli najprostszych rzeczach jakie mogą się pojawić w matematyce. No ale jestem w stanie to zrozumieć, ci ludzie myślą chemicznie, a nie matematycznie.
Z racji tej, że udało mi się zwycięsko przebrnąć przez pierwszy semestr, to w tym będę chodzić na lektoraty. Jaki język wybrałam? Ten, o którym zawsze marzyłam. No dobra... Może nie zawsze, ale od dłuższego czasu. Będę uczyć się języka francuskiego! I proszę mnie nie straszyć, że to okropnie trudny język. Już od niektórych to słyszałam i dotarło do mnie. Niech to będzie dla mnie swojego rodzaju wyzwanie.
W czwartek (ach te studenckie czwartki) byłam z Karoliną, Natalią i Moniką na imprezie. Teoretycznie miałyśmy oblewać, że zdałam egzamin komisyjny. Ogólnie mogę pić dużo i nic mi takiego nie jest, ale ostatnio wypiłam dwa i pół piwa i już mnie tak okropnie zmogło jak nigdy. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to wszystko przez te nieprzespane noce spędzone nad książkami, nad chemią i nad plotkami. W każdym razie nie narzekam, wróciłam do domu przed trzecią. W autobusie jechałam prawie śpiąc na stojąco. Jak widać nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed snem.
Wczoraj byłam u okulisty. Mnie i moją mamę zmartwiło to, że widzę lepiej z daleka niż z bliska. Częściej przecież jest na odwrót, prawda? W każdym razie okazało się, że rzeczywiście - mam malutką wadę, jestem dalekowidzem. Pani doktor przepisała mi receptę na okularki. I tak, właśnie... Będę okularnicą! Całe szczęście, że będę musiała je zakładać tylko do czytania i tylko wtedy, gdy będą mnie boleć oczy. Wada nie będzie się pogłębiać i okulary mają być tylko komfortem dla mnie. Czyli w gruncie rzeczy mogłabym ich w ogóle nie nosić. W każdym razie idę dzisiaj z mamą do optyka wybrać jakieś ładne oprawki. Jak już dostanę swoje okularki to zrobię zdjęcie i Wam pokażę, hehe.
Dzisiaj jest Dzień Kobiet. Pierwszą osobą, która mi złożyła życzenia był nie kto inny jak... Marcin. Rozmawialiśmy przez chwilę na Gadu - Gadu i on napisał mi mniej więcej coś takiego:
Wszystkiego najlepszego dla kobiety, która pokochała mnie naprawdę. Do tego po mojej prośbie dostałam nawet wirtualnego buziaka. Miło mi się zrobiło. I szczerze mówiąc ta nasza rozmowa nie była wcale taka zła, dość sympatyczna możnaby rzec.
8 marca 2008 × komentarze (5)
Widziałam się wczoraj z Michałem... Poszliśmy jak zwykle do Academusa i Michał (jak zwykle) postawił mi piwo. Rozmawialiśmy o matematyce i informatyce. Brzmi dziwnie, prawda? Ale uwierzcie mi, że z nim rozmowy na ten temat to czysta przyjemność, są naprawdę ciekawe! Nie znam drugiego człowieka, z kim dyskusja na temat wielomianów, pochodnych czy algorytmów byłaby tak wciągająca jak z nim. Spotykam się z typowym naukowcem, który maturę pisał tylko z języka polskiego ponieważ otrzymał jakiś wyższy od FCE certyfikat z języka angielskiego i był finalistą olimpiady z matematyki. Troszkę mnie zatkało gdy to usłyszałam, ale po poznaniu Kamili (chodziła z nami przez jeden semestr na zajęcia, ale zrezygnowała bo nie wyrabiała czasowo i fizycznie), która również była finalistką olimpiady z matematyki. W każdym razie to bardzo inteligentny człowiek, czasami odnoszę wrażenie, że aż za bardzo. Na wczorajszym spotkaniu robił wszystko, żeby mieć ze mną jakiś kontakt fizyczny... Przysuwał się do mnie na kanapie przy stoliku, gdy tylko była ku temu okazja to chwytał mnie za rękę, a ja dyskretnie zabierałam ją i chowałam do kieszeni.
Stwierdził, że wyglądam jak kryształowa laleczka z jednego z moich zdjęć (na którym jestem ja, więc to oczywiste, że jestem podobna do siebie), że jestem mała, ale fajna i ogólnie, że jestem dziwnym tworem natury.
-
Wiesz co, ostatnio jak byłem u mojego kumpla - zaczął -
to powiedziałem mu tak: "Wiesz... Spotkałem bardzo dziwną dziewczynę".
Spojrzałam na niego zaskoczona. Dlaczego niby miałabym być dziwna?
-
Dlaczego dziwną? - spytałam.
-
"Wie, że nie wszystkie przeglądarki czytają przezroczystość plików z rozszerzeniem PNG!". Na co mój kolega: "No i co z tego?", a ja: "Ale powiedz mi skąd to może wiedzieć technolożka żywienia?".
Zaczęłam się śmiać, bo wiem, że nie jestem jedyną
technolożką żywienia, która wie takie rzeczy (co nie
Asia?). W każdym razie stwierdził, że jestem dziwna, ale to na plus, co czyni mnie wyjątkową.
Na pożegnanie pocałował mnie w policzek, choć wiem, że na pewno chciał w usta, ale ja mu dawałam do zrozumienia, że to wcale nie będzie takie proste. Po Młodym doszłam do wniosku, że facetów lepiej przytrzymać i kazać im czekać, aniżeli od razu dawać im wszystko to, co chcą.
11 marca 2008 × komentarze (4)
Ja to jestem nienormalna... Klei się do mnie facet inteligentny, ciekawy, przystojny (wczoraj to zauważyłam), bogaty, a ja? A ja cholera jasna mam wciąż jakieś opory. Byłam u niego i oglądaliśmy
Amelię. Chwycił mnie za rękę, a ja nawet nie protestowałam. Stwierdziłam, że może mi nie odpadnie. Chłopak ze swoimi czynami posuwał się coraz dalej i dalej, ale bez przesady. Nie pocałowałam go przed końcem filmu, ale jak pocałowałam później to się trochę rozczarowałam. Miałam ochotę zapytać go co to właściwie było. Następne pocałunki były dużo lepsze, ale jeśli chłopak ma wyjść na ludzi to muszę go trochę poduczyć. Jedyna rzecz, która tak naprawdę mi się w nim spodobała to ciepłe dłonie. Boże... Jak cudownie było je poczuć na swoich plecach czy dekoldzie. Nazwał mnie księżniczką, laleczką i jeszcze czymś bliżej nieokreślonym, czego w zasadzie nie pamiętam. Stwierdził, że mam najgładszą skórę ze wszystkich kobiet, z którymi był, na co ja mu tylko:
Magia peelingu. W każdym razie dziwnie się z nim czułam. Dlaczego do jasnej cholery? Czyżby znowu włączały się we mnie jakieś kretyńskie opory, jak wtedy, gdy miałam szesnaście lat? Może wszystko przez to, że dwudziestoczteroletni Michał nigdy nie uprawiał seksu dopochwowego, czyli jakby nie patrzeć jest prawiczkiem... Z tymże był z nie jedną dziewczyną w łóżku. Czeka na tą jedyną. Nie... Nie mogę tego przeboleć! Szanować, szanuję... Dziwnie mi, no i tyle.
Ogólnie stwierdził, że jestem inna niż wszystkie. Może to właśnie to go do mnie tak przyciąga? A ja nie jestem inna, ja się po prostu dziwnie przy nim czuję. Tylko, że jak się rozstajemy, ja jadę tramwajem do domu to mam ochotę do niego wrócić. Wytłumaczcie mi o co w tym wszystkim chodzi bo ja już zgłupiałam.
Wczoraj byłam na pierwszej w tym semestrze fizyce. W zespole jestem oczywiście z Martą i Markiem. W zeszłym semestrze byłam z samym Markiem i mogłam sobie nim dyrygować jak tylko mi się podobało. Robił wszystko, co mu kazałam zrobić. A teraz? Teraz to wszyscy w trójkę się wiecznie kłócimy. W sumie jest śmiesznie, nie powiem, no i co trzy głowy to nie dwie, co nie? Marek chyba darzy mnie specjalnymi względami tak swoją drogą... Ostatnio po maszynoznawstwie mieliśmy iść na kawę do Pasażu Grunwaldzkiego.
-
Marek, a dasz mi naklejkę? - spytałam z błyskiem nadziei w oczach (wszyscy wiedzą, że jak się uzbiera sześć naklejek z mc donaldowej dużej kawy dostaje się siódmą kawę gratis).
-
No dam ci! Ostatnio Hołkowi zabrałem dla ciebie! Zaraz ci poszukam... - odparł i zaczął grzebać po kieszeniach. Niestety nie znalazł jej, ale przynajmniej się starał. Specjalnie dla mnie poszedł po kawę do Mc Donalda, choć woli do KFC. Jakby to powiedziała Kaśka...
Ach ten Marek! Hehehe. Taka mała rzecz a cieszy.
PS Wszystkiego najlepszego dla mojego taty, który dzisiaj kończy czterdzieści jeden lat!
15 marca 2008 × komentarze (8)
Głupia jestem bo wciąż myślę o Marcinie. Dzisiaj byłam jeszcze głupsza bo wysłałam SMSa, żeby zadzwonił do mnie i o dziwo to uczynił! Czas o tym zapomnieć, a nie włazić mu w dupę (za przeproszeniem). Czas zacząć zastanawiać się nad tym, który naprawdę zasługuje na moje uczucie, a nie nad tym, który to moje uczucie po prostu sobie sponiewierał (a przynajmniej tak się zachowuje, choć czasami się zdradza i wychodzi, że wcale tak nie jest).
Wczoraj rozmawiałam z Michałem na Gadu - Gadu i powiedział, że wskazuje mi drzwi i to ode mnie zależy czy przez nie przejdę czy też nie. Poprosiłam go o czas. Stwierdziłam, że ostatnimi czasy z moimi emocjami jest coś nie tak i muszę sobie wszystko poukładać w główce. Zgodził się na taki układ. To wszystko oczywiście nie oznacza, że nie będziemy się widywać. Szczerze mówiąc lubię się z nim spotykać, lubię z nim rozmawiać... Ale co z tego skoro ja wciąż myślę o innym? Choć dzisiaj zauważyłam, że coraz mniej (na całe szczęście), a jeśli nie mniej to na pewno nie tak intensywnie. Może coraz bardziej do mnie dociera, że to rzeczywiście nie ma sensu?
Ludzie mi mówią, że mam sobie dać spokój z Marcinem, że on nie zasługuje na mnie. Kaśka wielokrotnie mi powtarzała, a inne koleżanki się z tym zgadzały, że ja po prostu lepiej wyglądam po rozstaniu z nim. Jestem weselsza, bardziej otwarta. Czyżby to były tylko pozory czy ja rzeczywiście się po prostu uwolniłam od mojej klatki, z której sama nie chciałam wyjść? Może to lepiej, że to wszystko już się skończyło? Może... Może... Może... Za dużo tych
móż.
A... I na rozładowanie napięcia idę z Izką w plener porobić zdjęcia. Zastanawiam się tylko nad miejscem. Powiecie zapewne, że Wrocław to takie duże i piękne miasto, więc zapewne jest mnóstwo miejsc, w których można robić zdjęcia. Nieprawda! Zaprzeczam temu od razu, ha!
Ach... I następne spotkanie z Michałem już w czwartek (albo w piątek), szczerze mówiąc to żałuję, że tak późno, mogłabym się z nim zobaczyć już dzisiaj. No i tu pojawia się pytanie. Czy ja jestem tak do końca normalna czy nie bardzo? Bo ja odnoszę wrażenie, że bardziej trafna jest odpowiedź numer dwa - nie do końca.
16 marca 2008 × komentarze (6)
Chodzę po
Allegro i szukam dla siebie portfela bądź torebki i tak szczerze powiem, że choć jeszcze nie obejrzałam całych zasobów tego serwisu to nie mogę dla siebie niczego znaleźć. Jeśli na Allegro nie ma, to tym bardziej nie znajdę nic w zwykłym, niewirtualnym sklepie. Wszystko jest przeciwko mnie, podobnie jak moje serce. Chciałabym poczuć coś więcej do Michała, ale nie potrafię. Denerwuje mnie to, bo widzę, że to wartościowy chłopak.
Wczoraj trzy godziny przed chemią poszliśmy na spacer do Parku Szczytnickiego. Chciał się do mnie przytulić, ale ja nie miałam na to ochoty. Tak samo jak na pocałunki, które nie miały miejsca na naszej przechadzce (nie licząc małego cmoknięcia w usta na pożegnanie). Stwierdził, że będzie musiał w Internecie poszukać do mnie instrukcji obsługi.
-
Nie masz tej iskry w oku - powiedziała Karolina, gdy ja pół godziny przed chemią wbiegłam na samą górę Pasażu Grunwaldzkiego do Marty, Marka, Karoliny i Hołka. Karola miała rację... Skąd miałam wytrzasnąć tą iskrę, skoro czułam się conajmniej dziwnie po tym spotkaniu? Marek dał mi naklejkę z kawy po czym słodko uśmiechając się do niego podziękowałam mu i pomknęłam po darmowe Cappuccino.
-
Po co się z nim spotykasz skoro nic nie chcesz? Robisz tylko chłopakowi nadzieję... - rzekła Karolina gdy ja myłam kolbę kulistą po roztworze zanieczyszczonej aspiryny i wody destylowanej na laborce z chemii.
-
Nie wiem... - odparłam, a Karolina powiedziała coś w stylu:
Ach ty miłośnico jedna... A na mojej twarzy pojawił się pobłażający uśmiech. Do zdobywczyni męskich serc brakuje mi bardzo dużo tak szczerze powiedziawszy.
Z ludźmi na studiach jest mi po prostu świetnie i to chyba tylko ze względu na nich nie mam póki co ochoty rezygnować z mojego kierunku. Będę się uczyć języka francuskiego - to kolejny plus. No i ta kochana matematyka (a ja jak zwykle), z której ćwiczenia to dla mnie pełen luz i relaks, gdzie większość dzień przed już stresuje się tak, jak ja przed chemią na przykład. Miałam ochotę turlać się ze śmiechu jak po wczorajszym WFie słyszałam rozmowy przed szatnią:
-
Ej... Wiecie jak się określa tą dziedzinę?
-
Jaką dziedzinę?
-
No tą... Funkcji!
-
To my coś takiego robiliśmy?
-
Nooo...
-
Ty no.. Ja nie mam pojęcia! Wiecie może kto wie?
-
On z tego jutro będzie pytał...
Jak opowiem to Kamili to ona razem ze mną będzie się turlała ze śmiechu.
Marek to mój ulubiony gej, jak się wczoraj nazwał przed chwilą wspomniany. Ponadto jestem jego ziomkiem i się go nie boję, co jest aż dziwne (oczywiście według Marka). I tak ogólnie to jest super. Jednak to życie ma jakieś plusy, a nie same żale i smutki. Z zieloną herbatą i babskimi książkami chyba mi do twarzy. Jeszcze muszę iść oddać szpilki do szewca i będzie super.
18 marca 2008 × komentarze (6)
A dzisiaj jest Wielka Sobota i idziemy do kościoła z koszyczkiem pełnym jajek, chlebka, kiełbaski, soli, pieprzu, octu... Szczerze? Nie chce mi się. Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciało mi się przeżywać tej całkiej Wielkanocy. Niedobrze mi się robi na samą myśl o sprzątaniu mojego syfu w pokoju (choć przynajmniej mam pretekst, żeby to wreszcie zrobić).
Wczoraj koło czternastej wybrałam się do Eweliny. Siedziałyśmy i żaliłyśmy się na facetów, z którymi się spotykamy a potem postanowiłyśmy zrobić sobie bardzo kaloryczny obiad. Usmażyłyśmy mnóstwo frytek i trzy filety rybne. Najadłam się jak nigdy. Po obiedzie obejrzałyśmy
Happy Feet. To trochę dziwne, bo zawsze jak ja wraz z Eweliną postanawiamy obejrzeć coś na komputerze to najczęściej jest to jakaś bajka. Ostatnio na przykład widziałyśmy jakąś historię o Barbie, która była księżniczką (chyba). Jak widać wciąż żyje w nas dziecko. Ale to chyba dobrze.
Po spotkaniu z Eweliną wsiadłam do sto dwadzieścia osiem i pojechałam na Śródmieście. Pożyczyłam od niej pustego
Joya, żeby się nie nudzić po drodze. Zgadnijcie po co tam jechałam! No tak, to nie było trudne pytanie... Umówiłam się z Michałem na oglądanie u niego filmu. I po tym spotkaniu doszłam do wniosku, że to nie ma najmniejszego sensu. Ten facet w ogóle mnie nie pociąga. Owszem, lubię go i szanuję, jest bardzo inteligentny i życzę mu jak najlepiej, ale niestety chyba nie ze mną. On myśli, że ja sama w sobie jestem taka chłodna, że ja tak, bo się sparzyłam wcześniej, ale tu nie o to chodzi... On po prostu nie jest w moim typie i nic na to nie mogę poradzić. Tylko teraz boję mu się tego powiedzieć. Ach, głupia jestem, zwodzę chłopaka a potem go rzucam. Okropne!
A w ogóle to zapomniałabym się pochwalić, że od kilku dni nie jestem już blondynką. Trzeba było coś zmienić w swoim życiu, prawda? Najlepiej zacząć od takich drobnych zmian jak na przykład kolor włosów. Z bardzo jasnego blondu przerzuciłam się najpierw na jasny, popielaty blond, który w świetle dziennym wyglądał trochę jak siwy... Z tej racji postanowiłam pobiec z Kasią do Astry i zakupić szamponetki z Joanny w kolorze orzechowego brązu. Kolor na mojej głowie jest po prostu piękny. Taki lekko miedziany brąz. Szkoda tylko, że po kilku myciach znów będzie ten popielaty blond, ale coś się wtedy z nim zrobi. Może nowa szamponetka?
22 marca 2008 × komentarze (4)
Postanowiłam się odchudzać! Szczerze mówiąc nie wiem jak dalekosiężne są moje plany i jak długo wytrwam w diecie, ale dobre chęci też są bardzo ważne, prawda? Zaczynam od ryżu z jogurtem poziomkowym na deser (ja wiem, że nie wolno łączyć białek - w tym wypadku jogurtu - z cukrami - ryżem, ale to połączenie nie jest aż tak złe). Do tych poczynań zainspirowała mnie główna bohaterka książki
Nie całkiem do pary autorstwa Wendy Markham. Ona podobnie jak ja przez całe życie udawała, że się odchudza aż w końcu postanowiła poodchudzać się naprawdę i jej się udało! Oczywiście książka nie jest tylko o tym, ale to taki wątek poboczny. Może i mi się uda?
Ostatnio widziałam się z Michałem, a konkretniej to we wtorek. Muszę przyznać, że nasze spotkania są teraz nieco lepsze. Trochę się między nami działo i skłamałabym, gdybym powiedziała, że było mi źle. Może nie tak, jak mogłoby być, albo tak jakbym naprawdę chciała, ale nie narzekam. Jednak wciąż nie wiem jak to wszystko się potoczy. Mogę się z nim spotykać, czuję się w jego towarzystwie dobrze, ale... Zawsze jest to
ale! No cóż, poczekamy, zobaczymy. Może coś się zmieni?
Dzisiaj miałam tylko maszynoznawstwo i informatykę. Po dwunastej byłam w domu i od nowa zaczął mi się weekend, bo na całe szczęście jutro nie wypada nam fizyka. Szczerze przyznam, że studia momentami uczą opieprzania się. Dlaczego? A no dlatego, że student często kombinuje co by tu zrobić, żeby się nie narobić. Nieobowiązkowe wykłady? Przecież ten czas można spożytkować w znacznie przyjemniejszy sposób. Jeszcze na początku pierwszego semestru cała aula była zapełniona po brzegi. Teraz z ponad stu osób na naszym kierunku na wykłady chodzi może dwadzieścia? Może odrobinę więcej... Zależy jeszcze od przedmiotu. Ale ogólnie aula podczas wykładów świeci pustkami, a przynajmniej u mnie tak jest. Tak naprawdę chodzą tylko ci ambitniejsi. Szczerze przyznam, że i u mnie z tym średnio. Niezbyt chętnie uczęszczam, aczkolwiek staram się. Dobre i to, prawda?
27 marca 2008 × komentarze (3)
Było cudnie... A potem mi napisał:
Je t'adore
And I can't conceal it
Je t'adore
Anyone can see it
You give me just a little more
Of everything I've waited for
Je t'adore
O rzesz...
28 marca 2008 × komentarze (5)
On przeze mnie nie może pisać pracy magisterskiej, a ja przez niego nie mogę uczyć się na jutrzejsze kolokwium z chemii. Kiedy Michał mówił, że pomimo faktu, iż seksu dopochwowego nigdy nie uprawiał potrafi całkiem nieźle zadowolić kobietę w inny sposób. Szczerze mówiąc nie wierzyłam za bardzo w to, co mówi, bo wydawało mi się to trochę dziwne. Jednak moja intuicja podpowiadała mi, żeby dać temu nieznośnemu i wiecznie słodzącemi Michałowi jakąś malutką szansę. I tak się rzeczywiście stało... On wcale nie kłamał i wcale to słodzenie mi tak nie przeszkadza. Chyba rzuciłabym się do Odry, gdybym stwierdziła, że to wszystko nie ma sensu, powiedziała mu to, a potem jakimś cudem dowiedziałabym się kim ten człowiek mógłby się dla mnie stać! On naprawdę pomógł mi zapomnieć o Marcinie.
Po dzisiejszym dniu spędzonym z Michałem (co z tego, że zaspałam, bo zapomniałam przestawić zegarka?) chodzę, a raczej latam. Jest fajnie, powiem Wam, naprawdę.
30 marca 2008 × komentarze (3)