Zgubna praca, preteksty głupie tak

Ta praca to jego zguba. Robi nadzieję, że przyjedzie do mnie na Dzień Kobiet a tu okazuje się, że nie może bo obiecał koledze, że zastąpi go w pracy. Potem, gdy jest mi smutno i dzwonię do niego On twierdzi, że żegnam się z nim jakbym miała pretensje i po prostu się odłącza bez słowa na dowidzenia. Wcześniej zaś stwierdza, że zakochałam się w pracoholiku. I ogólnie kłócimy się często. Raz focha strzelam ja, potem strzela on bo ja strzeliłam, a ja jestem zła, że on strzelił, że ja strzeliłam! Toż to już nie można się nawet poobrażać bo za obrażanie też obrażanie. I tak do przysłowiowej usranej śmierci, dopóki ja nie popuszczę i nie zacznę słodzić. Ale przynajmniej powiedział mi o swoim problemie, jednym. Wreszcie!

A życie sobie płynie. Każdy dzień zbliża nas do matury. Nie jest to pocieszające. Biologia stoi w miejscu, matematyka ciężkimi krokami ale do przodu, prezentacja gotowa, na korepetycje z polskiego uczęsczam. Chciałabym mieć to już z głowy. Marzę o tym, aby był już czerwiec, abym dostała to cudowne świadectwo i wyjechała stąd na długo, na północ Polski (chociaż nie wiem czy prędzej się nie pozabijamy z M.). Planów a planów, chęci a chęci. Byle się spełniło.

Od dwóch tygodni wybieram się w plener. Jednakże co weekend pojawia się ten sam problem. Potencjalne towarzyszki i równie potencjalne modelki nie mają czasu bo... Bo zawsze coś. Ostatnio ogromnym problemem były tłuste włosy oraz brak chęci na umycie je. Po prostu powód nad powody. Nie wiesz czy śmiać się z takiego czy też płakać.


7 marca 2007   ×   komentarze (3)


Bunt

Zbyt wiele mnie blokuje, zbyt wielu czeka na moje potknięcie, zbyt wielu lekceważy, zbyt wielu, zbyt wielu... Czuję się osaczona. Nie piszę.

Zbyt głupia, żeby być inteligentną, zbyt blondynka, żeby być szatynką. Na siłę chce być oryginalna, na siłę wyszukuje problemy o tematyce egzystencjalnej, na siłę użala się nad sobą. Po co? Przecież i tak nie jest fajna, więc po co? Po co? Po co? Po co?

Nie piszę, nie mam o czym. Nie mam wielkich i ciekawych problemów. Nie jestem samotna, mam wszystkie nogi, ręce i palce. Nie rzucił mnie chłopak, nie było tragedii w rodzinie, patologii w domu brak, jestem zbyt zwykła, żeby kogoś zainteresować.

Nikogo nie interesuje, że On nie pisze, że jest pracoholikiem, że czekam na okres, że jestem głupia tak bardzo, że przejmuję się takimi sprawami. Kogo interesuje, że lubię herbatę i palę pomarańczowe Pall Malle? Kogo interesuje, że chciałam iść w plener z moim tak zwanym dzieckiem o imieniu Fuji? Nikogo nie interere, że jestem histeryczką.

Po co więc? Po co mam pisać? Dla siebie? Dla siebie myśli mam w głowie, tu jest publiczność. Niezbyt zainteresowana. Już nie piszę fajnie bo layout jest najzwyklejszy na świecie (nie to, co było jakieś trzy lata temu, kiedy to miałam ogrom czytelników, którzy to czytali mojego designy).

Po co? Po co? Po co? Po co? Po co? Po co? Po co? Zgłupiałam ostatnio... Zaraz... Miałam napisać SMSa... Co ja miałam tam napisać? Co cholera? Że męska duma, że zależy od sytuacji, że co robisz?, że nie pij tyle!, że w ogóle to Cię kocham, że w ogóle to wyjdź na dwór bo mi się chce palić, że w ogóle to już chyba fiksuję. I że najchętniej to pisać szyfrem. Przynajmniej czuć się możesz fajnym, czuć, czuć raz po raz. Oryginalnym i niekonwencjonalnym. Nie... Nieee... Niekonwencjonalnym!


12 marca 2007   ×   komentarze (4)


Pluszowy miś z chorobą

Miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
To też nie diabeł rogaty
Ani miłość kiedy jedno płacze
A drugie po nim skacze
Bo miłość to żaden film w żadnym kinie
Ani róże ani całusy małe duże
Ale miłość kiedy jedno spada w dół
Drugie ciągnie je ku górze (...)
- Happysad, Zanim pójdę

Ktoś do tego dodał, że prawdziwa miłość boli. No to ja się naprawdę zakochałam. Ponadto ofiara mego serca dodała, że miłość to choroba. Wobec tego jestem ciężko chora, boli mnie do tego, rozrywa wręcz z bólu.


14 marca 2007   ×   komentarze (5)


Trzy wieczory z Aleksandrem

Prison Break oglądam bardzo dokładnie i namiętnie. Maślanymi oczkami spoglądam na Wenwortha Millera i śledzę jego, czy raczej Micheala Scofielda poczynania. Serial naprawdę wciąga, niech nikt nie mówi, że nie. Wciąga, wciąga, jak cholera. A sama nie wierzyłam, że tak się stanie, naprawdę.

Na biurku stoją róże, które były (albo może są nadal?) prezentem na Dzień Kobiet dla mnie i dla mojej mamy. Już uschły. Kiedyś trzymałam wysuszoną różę u siebie w pokoju i jakoś tak nie wiodło mi się w miłości. Muszę wyrzucić te kwiatki, bo jeszcze powtórzy się historia sprzed roku i co wtedy? Pod względem uczuciowym nie chciałabym zmieniać aktualnego stanu rzeczy (chyba, że na lepszy) bo jest dobrze, a jeśli nie dobrze to przynajmniej lepiej niż w przeszłości.

Ostatnio nie mam na nic ochoty i większą część dnia najzwyczajniej w świecie po prostu przesypiam śniąc o jakichś bzdurach. Pare dni temu śnił mi się Aleksander. Jeszcze rozumiem gdyby to zdarzyło się raz, ale nie... Dwie noce z rzędu, w moich myślach musiałam znosić jego obecność. A co najśmieszniejsze? Także i kolejny wieczór z nim spędziłam, tyle, że nie we śnie, ale w rzeczywistości. Stwierdziliśmy, że dawno nie byliśmy w tak zwanym plenerze, więc postanowiliśmy odwiedzić nasze stałe miejsce w parku, gdzie sączyliśmy Reddsy. Powiem szczerze, że było dość sympatycznie, bez żadnych podtekstów i innych takich sytuacji. Pozytywnie.


17 marca 2007   ×   komentarze (9)


Czekam na koniec weekendu

Ostatnio cierpię na chroniczne bóle głowy. Wczoraj zasnęłam po dwudziestej pierwszej. W ubraniu, makijażu, we wszystkim. Po dwudziestej drugiej obudził mnie M. swoim telefonem. Wyszeptał, że właśnie ma przerwę na papierosa i chce mnie usłyszeć. Gdy słyszę takie słowa robi mi się cieplej na serduszku. Obiecał, że zadzwoni gdy skończy... I zadzwonił! Szkoda tylko, że ja o tym nie pamiętałam. Jednak po pewnym czasie w głowie zaczęły pojawiać mi się przebłyski tej zapomnianej rozmowy. Kołatało jedno czy raczej dwa słowa: Kocham cię... I tylko tyle pamiętam. Choć wydaje mi się, że to i tak sporo. Zadzwonił po raz kolejny i powiedział mi dobitnie to samo mówiąc to tak, abym zapamiętała, dodając przysłówki: bardzo, bardzo, bardzo. Przyjedzie w poniedziałek albo we wtorek. Po raz pierwszy w życiu czekam niecierpliwie na koniec weekendu.

Aleksander jest głupi. Zaprasza mnie do siebie do domu, bo ma wolne mieszkanie ale tylko pod warunkiem, że przyjdę z jakimś alkoholem (dla siebie rzecz jasna, bo on już swoje ma i byłby inny nastrój gdyby on pił a ja nie). Gdy mu odparłam, że nie mam pieniędzy on na to: szukaj, szukaj. Zajrzałam do portfela i z przykrością stwierdziłam, że niestety funduszy brak. Doszłam do wniosku, że gdyby mu naprawdę zależało na tym, żebym go odwiedziła to pewnie sam postawiłby mi to piwo lub przymajmniej pożyczył pare groszy.

Wal się człowieku - pomyślałam i napisałam mu, że idę spać. I w gruncie rzeczy to mam go gdzieś bo specjalnie się tym nie przejęłam. Ja nie jestem jego damą, czy raczej panienką do towarzystwa, która to przychodzi z własnym alkoholem, aby mu potowarzyszyć wtedy, gdy ma na to ochotę. Drażni mnie sposób bycia tego człowieka. Nie na moje nerwy. A ja, wiadomo... Nic mu nie powiem, tak naprawdę...

Obudziłam się po pierwszej w nocy, przebrałam się w piżamę i poszłam spać. Miałam dość tej soboty.


18 marca 2007   ×   komentarze (9)


List do Adama

Już komuś opowiedziałam moją dzisiejszą historię. Wkleję żywcem wiadomość, którą wysłałam mojemu dobremu znajomemu. Chciałabym to uwiecznić a nie mam siły opisywać tego wszystkiego od nowa.

(...) W każdym razie ja też chciałabym Ci się z czegoś wyżalić. Będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie (pod warunkiem, że niedługo to przeczytasz). Dzisiaj przyjechał do mnie Marcin. Ogólnie było bardzo przyjemnie, miło... Jak to z drugą połówką, prawda? Jak to z osobą, którą kochasz. Ogólnie rzecz ujmując nie mogłam doczekać się tego spotkania. Odliczałam dni, potem godziny, minuty... I aż wreszcie przyjechał. Czekając na niego bardzo zmarzłam ponieważ najpierw czekałam na przystanku piętnaście minut na autobus, potem na samym dworcu... Ogólnie to założyłam niemalże wiosenna kurtkę... Nie spodziewałam się, że spadnie śnieg. W każdym razie nieważne. Biegałam po peronie jak osa i szukałam Marcina wzrokiem. Okazało się, że chodził za mną i się ze mnie nabijał. Biorąc pod uwagę, że było mi zimno co powodowało, że stałam się nieco poirytowana zdenerwowało mnie to zachowanie. No ale nieważne... Po prostu sobie zażartował. Spędziliśmy naprawdę wspaniałe popołudnie. Może nie takie, o jakim marzy para kochanków ale wspaniałe... Gdy wieczorem zasnęliśmy wtuleni w siebie ja się przebudziłam, gdyż przyszedł do niego SMS. Spytałam czy mogę odebrać. Pokiwał głową na znak zgody. Okazało się, że jakaś dużo młodsza od niego koleżanka go molestuje SMSami pokroju: "Dlaczego mi nie odpisujesz?" i takie tam inne pierdoły. Postanowiłam jej odpisać. Napisałam dziewczynie, że Marcin śpi dlatego nie może odpisać na jej wiadomość, podpisałam się swoim imieniem. Spytała mnie kim dla niego jestem. Odparłam, że kimś bardzo bliskim i, że Marcin właśnie śpi obok mnie. No ale to nieważne w gruncie rzeczy... Nie o nią chodzi. Otworzyłam folder z wiadomościami wysłanymi. Postanowiłam, że niczego nie będę czytać... Tylko po prostu "przelecę" wzrokiem listę ludzi, do których wysyłał wiadomości... Gdy ujrzałam "Liwia Orange" nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam SMSa... Z pozoru niczego tam nie było... SMS brzmiał mniej więcej tak: "Aniolq, tak tylko dzwonilem, zeby dowiedziec sie co u ciebie. Buzka dla ciebie". Co tu nie tak? Ten "Aniołek"... Fakt, kiedyś nazywał swoją byłą dziewczynę w ten sposób ale potem zaczął tak mówić na mnie... Powtarzał mi wielokrotnie, że mianem aniołka obdarza tylko tą dziewczynę, która jest mu naprawdę bliska... I dla niego to nie jest jakieś zwykłe sformułowanie. Aniołkiem nazywał tylko Liwię i teraz mnie... I jak się okazało mnie i Liwię! Przykro mi było, bo widzę, że jemu nadal na niej zależy. Może nie w takim stopniu jak mężczyźnie może zależeć na kobiecie (mowa tu o miłości, pożądaniu, etc.). Powiedział mi, że kocha ją jak siostrę, że nie może mu być obojętna po trzech latach bycia ze sobą (w gruncie rzeczy ma rację), że nikt wcześniej go tak nie poznał jak ona... Starałam się być lojalna wobec niego, wyrozumiała... Nawet mi się to udało. Co jednak nie zmienia faktu, że przykro mi było. Zapewniał mnie, że mnie kocha... Że przecież ten "aniołek" to tylko nazwa, że przecież nie to się liczy... Ma rację, ale zadra w sercu pozostaje. Taki mały cios...

Wiesz... Naprawdę trudno z kimś zerwać. Już wielokrotnie zastanawiałam się czy ten nasz związek ma sens. On mieszka tam, ja mieszkam tu. Dzieli nas pareset kilometrów. Często powtarzam sobie, że to tylko pojęcie fizyczne, że tu liczy się uczucie... Ale czasami gdy leżę sama w łóżku po moich policzkach spływają łzy. Czasami sama zastanawiam się czy to łzy szczęścia czy smutku. Bo widzisz... Z jednej strony cieszę się, że jest ktoś kto Cię po prostu kocha... Kocha tak za darmo, po prostu za to, że jesteś. Widzi Twoje wady, ale pomimo tego kocha Cię tak samo... Powtórzę się - zupełnie za darmo. Kocha każdy fragment Twojego ciała bez względu na to jakie ono jest (szczupłe, grubsze, w sam raz). Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że nie należę do szczupłych osób, wręcz przeciwnie... Może dlatego nigdy wcześniej nikogo nie miałam (albo przynajmniej nie było wielu chętnych)... Wiesz... On każdy fragment mojego ciała traktuje jak jakiś skarb. Gdy dotyka mojej twarzy robi to bardzo delikatnie (nie mówię tu już o naszych przepychankach i innych takich, bo to już zabawa)... To tak jakby to była porcelana. I choć nie należę do kruchych i delikatnych dziewcząt on traktuje mnie tak, jakbym nią była. I chyba tylko dlatego, że go kocham, a on kocha mnie wciąż z nim jestem... I nie wyobrażam sobie tego, że mogłabym z nim nie być tylko dlatego, że powiedział do innej "Aniołku". I szczerze mówiąc to nieważne co by zrobił to pewnie i tak nie mogłabym tego skończyć.

Pewnie pomyślisz, że jestem szczęśliwa, że to nie żale i smutki. Po części masz rację. Jestem szczęśliwa, odżyłam. Ale w momencie, gdy idę odprowadzić go na przystanek coś we mnie umiera. Najbardziej nienawidzę widoku, gdy wsiada do autobusu i spogląda na mnie tęsknym spojrzeniem lub w ogóle nie patrzy (może to i lepiej?). Dochodzę do wniosku, że zaczyna się coś na wzór wegetacji. Ja jestem, mój organizm pełni funkcje życiowe ale dusza się kondensuje i czeka na wybuch emocji, gdy przyjedzie Marcin... Czeka na niego, czeka. Liczy tygodnie, dni, godziny, minuty... Ja naprawdę nie mogłabym z nim nie być. Nie dlatego, że nie zniosłabym samotności. Zniosłabym, bo przecież znosiłam ją już tak długo... Ja go po prostu kocham.


Dostałam dwie saszetki herbaty HARNEY & SONS oraz Jego koszulkę. I idę spać.


21 marca 2007   ×   komentarze (9)


Incipit tu by był

Trudno tak razem być nam ze sobą bo odległość, bo to, bo tamto, bo sramto. Już powoli mam dość tego mojego wieczniekurdecoś. Trzeba wreszcie wziąć się w garść, a nie wciąż marudzić, skwierczeć i obgryzać paznokcie z tęsknoty. Twardym trza być, a nie mętkim, o! Bardzo dobrze powiedziane. Należy zaakceptować taką sytuację, jaka jest. W chwilach desperacji i wzmorzonej chęci na bycie z M. trzeba mocno zacisnąć pięści, zamknąć oczy, policzyć do dziesięciu, wziąć kilka oddechów i zastanowić się nad zadaniami z matematyki i biologią. W chwilach desperacji robić to, co M. Iść, kupić flaszkę jakiegoś dobrego alkoholu, paczkę papierosów i pić, i palić, i pić, i palić, i tak w kółko, aż wreszcię zapomnę. A gdy się spotkamy spożytkować to na tyle, żeby potem już nie było tak źle, jak jest, gdy go nie ma. Ale co w tym wszystkim jest najgorsze? Że im bardziej chcę spożytkować ten czas, który mamy, im bardziej chcę się nim nacieszyć, tym bardziej potem tęsknię... A potem to już kaplica. W autobusie, w domu, przed spaniem, po spaniu, w szkole, na ulicy, w mieście, wszędzie... A co? Myślenie. To zawsze mnie zabijało. Dzisiaj Paweł Kamili powiedział mi, żebym lepiej nie myślała bo jeszcze myśliwym zostanę. Może coś w tym jest? To wtedy bym cię zastrzeliła - powiedziałam mu z uśmiechem na twarzy. Osz kurcze, bardzo chętnie bym to zrobiła, biorąc pod uwagę co ten człowiek uczynił z mej głowy parenaście miesięcy temu.

Izka koniecznie chciała, żebym towarzyszyła jej podczas wizyty u ginekologa. Pewnie się boi. W sumie to ja się jej nie dziwie bo niedługo i mnie to czeka. Jeśli potrzebuję środka antykoncepcyjnego, dzięki któremu można uprawiać seks z mężczyzną doznając przy tym więcej przyjemności aniżeli z prezerwatywą to niestety muszę się udać do tego lekarza, żeby mi przepisał jakieś pigułki czy plasterki (lepiej pigułki bo plasterek jeszcze mama wyczai i co wtedy? A nic mamusiu, skaleczyłam się, wiesz?).

Ja się tylko modlę, żeby Wiesia rozłożyło i żeby jutro nie przyszedł do szkoły, żeby nie było sprawdzianu Gdowski vol. 2. Nie to, żebym nie umiała (w sumie to nie umiem tak jak umieć powinnam, czyli nie umiem, ale nieważne), po prostu nie lubię stresów z tego tytułu. Wiesiu, posiedź w domu, przecież zdrowie jest ważniejsze od matematyki, czyż nie?


26 marca 2007   ×   komentarze (3)