A takie tam

Zapewne zapytacie mnie jak się czuję. Otóż odpowiem Wam, że o dziwo... dobrze! Marcinem jakoś specjalnie się nie przejmuję, szczerze mówiąc to chyba mi ulżyło, bo od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem zakończenia tego. Kocham go, to logiczne. Marcin bardzo żałuje tego co zrobił, dzwonił do mnie dwa razy od momentu gdy napisał SMSa: Zdradziłem Cię... Zresztą i tak odnoszę wrażenie, że to kolejna ściema, ale nieważne. Powiedział, żebym mu dała trochę czasu. Ależ proszę bardzo, nie mam zamiaru być nachalna, teraz przynajmniej jestem wolna jak ptak i bez wyrzutów sumienia mogę całować się z Aleksandrem (haha, dobre, co nie?).

Wczoraj odbyło się wielkie spotkanie. Jakie? Ja, Iza, Emila, Kasia, Karol i Marcinek (nie, nie TEN Marcin), czyli picie po kilku (około dziesięciu) latach niewidzenia się z Karolem i Marcinkiem. Co to się działo! Wiadomo, że nie chodzi tu o jakieś ekscesy natury erotycznej lecz typowo zabawowej. Poszliśmy do Michała (kumpla Marcinka) i siedzieliśmy tam prawie do piątej rano. W domu znalazłyśmy się praktycznie o szóstej. Śmiesznie było, a nawet bardzo.

Zaliczyłam ćwiczenia z fizyki! Aż nie mogę w to uwierzyć. Po wielu trudach (cały czas baba albo nie miała czasu, albo cośtam jeszcze) wreszcie napisałam kartkówkę z optyki. Ale mało tego! Na jaką ocenę ją napisałam? Ciężko w to uwierzyć, ale dostałam piątkę! Bez ściągania, bez niczego! Po prostu siedziałam i się uczyłam. Aż sama się zdziwiłam.

Dostałam wpis z matmy, cztery i pół. Do piątki zabrakło mi trzech punktów. Ta babka jest nienormalna, nie mogła mnie dopytać, bo trzy punkty to za duży, gdyby brakowało mi dwóch to owszem. No cóż... Nie kłóciłam się z nią, bo stwierdziłam, że cztery z plusem to i tak dobra ocena, a piątka i tak by mnie nie zbawiła biorąc pod uwagę, że w indeksie mam praktycznie i tak same tróje. No cóż... Trudno się mówi, najważniejsze, że są zaliczenia. We wtorek egzamin z chemii, w środę z socjologii. Trzymajcie kciuki.

A tak sobie w ogóle myślałam i rozmawiałam z Emilą na temat Marcina i doszłam do wniosku, że mogłabym mu dać kolejną szansę, ale... Ale niech ten człowiek się namyśli porządnie i jak już będzie dokładnie wiedział czego chce (bo pisał, że mnie kocha, uwierzycie? dopiero jak mnie zdradził o tym mi napisał), to niech mi o tym powie i dopiero wtedy będziemy rozmawiać. Nie wykluczam możliwości, że jeśli będzie myślał zbyt długo to może być już za późno.

Żegnam optymistycznym akcentem i witam w lutym.


3 lutego 2008   ×   komentarze (2)


Cytat

Wczoraj wieczorem, na Gadu - Gadu Marek powiedział mi świetną rzecz. Gdy mu się zwierzyłam skąd moje zakręcenie i smutek (bo wczoraj wieczorem mnie naszła tęsknota) powiedział (bez cenzury, uprzedzam): Wiesz co Agata, wczoraj sobie pomyślałem tak... Wiele rzeczy się pierdoli, ale wiele jest zajebistych! :D. Dzisiaj rano, gdy wstałam przypomniałam sobie jego słowa i na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech.

Jakoś to będzie, zaczęłam dzwonić do Marcina. I po co? Błagam, nie komentujcie tego, chyba pijana byłam. Rano wstałam i popukałam się po tym moim pustym łbie. W każdym razie dziękuję Ci Marku za te słowa, są świetne, hah!


4 lutego 2008   ×   komentarze (3)


Terefere

Oblałam egzamin z chemii, poprawka w Walentynki. O Marcinie powoli zapominam, obiecał, że odezwie się pod koniec tygodnia, w moje imieniny wysłał SMSa z życzeniami i wsio. Chyba powoli o nim zapominam. To znaczy nie... To złe słowo, powoli uczę się żyć bez niego, bo go kocham i pamiętam co było między nami. Wierzę, że w końcu się odezwie, ale nie teraz, nie w momencie, kiedy powoli zaczynam sobie układać życie.

Spotykam się z kimś. Jego imię zaczyna się na literkę M (to już chyba jest przekleństwo). Ogólnie to popadam ze skrajności w skrajność. A dlaczego? A no dlatego, że jak zawsze fascynowali mnie starsi, i to najlepiej o kilka lat tak teraz moje zainteresowanie wzbudził pewien chłopak, który jest ode mnie młodszy. W tym roku ma maturę, hah. I co w tym wszystkim najlepsze? Jest z mojego osiedla. Skąd go znam? Standard, - Internet. Wiecie co to jest Alice na Gadu - Gadu? Ten cudowny bocik miał w opisie Jeśli chcesz poznać swoją drugą połówkę wpisz cośtam. I ja to wpisałam i proszę bardzo... Tak wyszło, że znalazł się taki jeden, na drugi dzień się spotkaliśmy i może to wszystko trochę za szybko i za daleko się posunęło, ale szczerze mówiąc już mi to zwisa. Ważne, że było przyjemnie. Nie, nie, drodzy państwo, nie uprawiałam z nim seksu, choć nie powiem... Blisko było. W każdym razie Michał (no już zdradzę Wam to imię) dobrze całuje i ogólnie jest całkiem niezły w te klocki. Nie wiem szczerze mówiąc co z tego będzie, bo aktualnie się pożarliśmy. Kolejny, który sam sobie będzie radził z problemami. O kant dupy z tymi facetami (wybaczcie, drodzy czytelnicy).


9 lutego 2008   ×   komentarze (5)


O Młodym znów

Wczoraj byłam z Młodym (tak już chyba zostało i tak będę na niego mówić) na spacerze. Przyszedł po mnie i powiedział, że dzisiaj nasz spacer nie potrwa długo, bo on jest zmęczony i mu zimno. Cmoknął mnie w usta na przywitanie i zaczął swoje opowieści, których z chęcią posłuchałam, bo chciałabym go poznać pod każdym względem.

Nasz krótki spacer rozpoczął się koło godziny dwudziestej drugiej trzyści a zakończył po północy. Staliśmy obok mojej bramy i rozmawialiśmy od czasu do czasu się przekomarzając, patrzyłam na niego, dyskretnie się zbliżałam, sugerowałam mu na co mam ochotę a on stał niewzruszony aż w końcu powiedział:
- Oj... Jak ty czegoś bardzo chcesz.
Odwróciłam się od niego i z przekąsem powiedziałam mu, że to nieprawda, oczywiście Młody miał rację. Poprzekomarzaliśmy się jeszcze przez chwilę po czym zaczęliśmy się namiętnie całować. A potem znowu i znowu, i znowu, i znowu, i... Powiem szczerze, że dawno się tak z facetem nie całowałam, dawno to całowanie nie sprawiło mi takiej frajdy i przyjemności. Jeśli mam być dokładna to na wszystkich facetów, z którymi się całowałam naprawdę niewielu potrafiło wprowadzić mnie w taki stan, w jaki wprowadzono mnie wczoraj w nocy.


12 lutego 2008   ×   komentarze (2)


Problematyka mężczyzn i buciane wywody

Jakiś czas temu rozmawiałam z Asią na Gadu - Gadu i ta kochana dziewczyna powiedziała mi, że skoro jestem wolna mogę sobie robić co chcę i z kim chcę (czy coś w tym rodzaju). Na początku dość sceptycznie do tego podeszłam aczkolwiek uznałam to za rację. Wczoraj przyszedł do mnie Młody, postanowiliśmy zaszaleć. Szkoda, że było po godzinie trzynastej, pełnia słońca i strach w moich oczach przed tym, że ktoś zaraz wejdzie, choć doskonale wiedziałam, że tak się nie stanie (ale ja tak mam zawsze, nawet jak stoję i palę na balkonie to mam wrażenie, że ktoś wchodzi do domu, choć to jest w zasadzie niemożliwe bo siostra w szkole a rodzice w pracy). I cała ta sytuacja była na tyle stresująca dla Młodego, że on po prostu nie dał rady. Spojrzał na mnie i powiedział, że to chyba nie ma sensu.

Widziałam zażenowanie w jego oczach i wstyd. Tłumaczyłam mu, że nie ma się czym martwić, bo przecież takie rzeczy się zdarzają, że nie ma się czym przejmować i takie tam inne. Szczerze powiedziawszy to gdyby mężczyźni inaczej podchodzili do tego, gdyby tak bardzo się tym nie przejmowali to kobiety mniejszą uwagę by na to zwracały, tak jest zawsze. Nie tylko z tymi sprawami.

Wczoraj byłam z Kasią w Galerii Dominikańskiej. Musiała sobie dziewczyna kupić buty. Oczywiście poszłyśmy do sklepu, który jest jednym z tych, ktorych po prostu nie trawię, ponieważ nigdy w życiu nie znalazłam tam czegoś dla siebie. Otóż najpierw zajrzałyśmy do Hause'a, a potem pojechałyśmy piętro wyżej do Cropp Towna. Tam spędziłyśmy na pewno ponad pół godziny i to tylko przy półce z butami. No cóż, no... Zdarza się. W każdym razie zapadła decyzja i z ulgą wyszłam z tego sklepu, bo sam jego klimat doprowadzał mnie już powoli do nerwacji.

A ja jutro mam poprawkę z chemii. Ciekawe czy uda mi się to cholerstwo zaliczyć biorąc pod uwagę, że do tej pory nic nie ruszyłam... No dobra, nie licząc tego, że zajrzałam do Wikipiedii i poczytałam o strukturach elektronowych (czy tam konfiguracjach, jeden pies), bo ostatnio na egzamin tego się nie nauczyłam, a wiedziałam po liceum, że to dość proste jest. W każdym razie dziś zabrać się do nauki, do sztuki przypominania sobie informacji, bo z moim ogólnym poziomem wiedzy chemicznej nie jest aż tak tragicznie jakby się mogło wydawać.


13 lutego 2008   ×   komentarze (3)


Głupia chemia

Ogłaszam wszystkim wszem i wobec, że tej zasranej chemii w końcu nie zaliczyłam. W poniedziałek mam dopytkę, a co za tym idzie? No oczywiście nauka. Już mnie szlag trafia z tymi studiami bo ile razy można łazić za jednym przedmiotem. Tak się zastanawiam czy to wszystko ma sens, eh... Jedyne co mnie tam trzyma to chyba ludzie, do których zdążyłam się już przywiązać i przyzwyczaić. Nawet do Marka, którego ulubionym zajęciem jest pajacowanie i czasami doprowadzanie mnie do dzikiej furii.

Młody się nie odzywa. No bo po co? Po ostatnim incydencie lepiej niczym struś schować głowę w piasek i udawać, że się nie istnieje. Albo jeszcze lepiej... Posmarować nos dżemem i udawać niewidzialnego. To jest dla niektórych najrozsądniejsze wyjście z sytuacji, prawda? Ostatnie słowa jakie wypowiedział, a raczej napisał do mnie Młody brzmiały: Koniec tematu. Świetnie, prawda? Coś czuję, że to kolejny idiota do kolekcji idiotów, z którymi miałam bliżej do czynienia. Za każdym razem jak kogoś poznaję powinien mieć napis na czole: Uważaj, jestem idiotą!

- Wiesz co... Ja to potrzebuję faceta, który będzie na każde moje zawołanie, na każde moje pierdnięcie. Będzie mi słodził, non stop mówił, że jestem mądra śliczna, cudowna. Będzie mi przynosił kwiatki i śniadanko do łóżka. O... Taki to byłby mój ideał! - powiedziałam do Kaśki. W odpowiedzi usłyszałam chyba coś w rodzaju, że taki facet to nie istnieje, albo, że taki byłby do chrzanu, bo to już lekka przesada. W każdym razie zapytam Was. Zna ktoś może takiego? Wolnego na dodatek? Jeśli tak to ja sobie go zaklepuję!

Właśnie doznałam szoku, który sprawił, że mam ochotę się śmiać na cały głos spadając z krzesła. Dostałam wiadomość na pewnym portalu randkowym o treści: Schudnij proszę!!! Jesteś taka piękna!!! Pozdrawiam! Andrzej. A ja myślałam, że i bez chudnięcia jestem piękna, haha. Jak to mi Młody niedawno powiedział: Kochanego ciałka nigdy nie za wiele. Ale ten pan dość mądry pomysł mi podsunął. A pan bo z tego co oblukałam ma czterdzieści sześć lat. No cóż... Szczery przynajmniej. Powiedzcie mi dlaczego ja się kiedyś przejmowałam takimi tekstami pokroju schudnij, jesteś gruba a teraz sama z przymrużeniem oka do tego podchodzę? Nie to, żebym się w ogóle tym nie przejmowała (to znaczy swoją figurą), bo staram się nawet coś z tym robić. Ale powiem Wam, że po słowach Aleksandra, o tym, że jeśli pokazujesz, że masz kompleksy z jakichśtam powodów to inni też je widzą, a jeśli nie to nie, zrobiłam się pewniejsza siebie. To znaczy przestałam się tym aż tak przejmowac. I na zdrowie mi to wyszło, bo zauważyłam, że i tak mogę być dla innych atrakcyjna.

Koniec tego gaworzenia, bo muszę iść jeszcze pod prysznic i jechać na uczelnię tą pracę obejrzeć. Obiecałam Karolinie, że pójdę z nią.


15 lutego 2008   ×   komentarze (1)


Kobiece rozważania o mężczyznach (?)

Najlepszym lekarstwem na ból gardła jest... piwo! Wczoraj poszłam z dziewczynami do Time Cafe z myślą, że będę siedziała przy soczku bez lodu, bo inaczej moja migdałki wzrosną do wielkości pięści, ale jednak pokusiłam się o piwo. I co się okazało? Że ból gardła wyparował! Jakież było moje zdziwienie gdy przełykając ślinę nie poczułam charakterystycznego ukłucia.

Młody jak się nie odzywał tak się nie odzywa. Emila powiedziała mi, że w zasadzie powinnam do niego zadzwonić, bo w końcu coś się między nami działo. Dzwonię raz - abonent nieosiągalny, dzwonię drugi raz - nie odbiera, po chwili włącza się sekretarka. Wracam do pubu z obojętną miną. Emila podyktowała mi treść SMSa, którą powinnam mu wysłać i wysłałam... Wiesz co... Odnoszę wrażenie, że mnie unikasz. Ok, rozumiem to. Jeżeli będziesz chciał to się odezwij. Miłego wieczoru. Nawet jeśli sobie poznał jakąś inną dziewczynę to mógłby mi chociaż o tym powiedzieć. Przysięgam, że nie będę za nim płakać, ba... Pewnie nawet nie tak bardzo bym się tym przejęła, bo nie zdążyłam do niego w zasadzie poczuć niczego więcej jak jakiejśtam sympatii i pociągu fizycznego.

Dzisiaj zadzwoniłam do Marcina, w sumie tak z ciekawości. Nie chciałam go ochrzaniać, po prostu zapytałam go co u niego słychać. Chciałam mu pokazać, że nie jestem do niego bojowo nastawiona. Ogólnie to dziwię się, że odebrał (wcześniej też próbowałam, ale nie odważył się nacisnąć odbierz, dopiero jak mu napisałam, żeby to zrobił, to sobie porozmawialiśmy). Gorąco mi się zrobiło jak usłyszałam jego głos, co prawda silił się na obojętność, ale doskonale wiem, że tak wcale nie jest. Szkoda mi tego, co było. No ale trudno, już nauczyłam się żyć z myślą, że czas na kogoś innego.

Dopisano...
Udało mi się złapać Młodego na Gadu - Gadu. Wreszcie dowiedziałam się dlaczego się do mnie nie odzywa, stwierdził, że nie chce tego ciągnąć dalej, nie chce się ze mną spotykać więcej (mniej więcej - jego słowa), a jak poprosiłam go o spotkanie jak już minie jego kac, żeby mi wyjaśnił dlaczego jestem taka zła to powiedział krótko: Proste, nie pociągasz mnie fizycznie. Kolejna powierzchowna świnia, ot co.


16 lutego 2008   ×   komentarze (4)


Cieszę się z głupot

Nie wiem co się ze mną dzieje, ale od dłuższego czasu mam naprawdę dobry humor i szczerze mówiąc mało kto jest w stanie mi go zepsuć, naprawdę. Nawet złość na Młodego przeszła mi w ciągu kilku godzin. A wszystko przez to, że się wygadałam i koniec. Wcale się nie podłamałam tym, że jestem brzydka, bo nawet Szopa (jego imię to Paweł) przyznał, że wcale nie jestem brzydka i tak powiedzieć to już przegięcie. Arek z kolei stwierdził, że koleś musiał wyjść z tego wszystkiego z twarzą. Ludzie, kochani jesteście, naprawdę mnie podbudowaliście. Przejmowanie się małym kretynem, który chce się jeszcze wyszaleć, bo w końcu jest taki młody nie należy do mojego ulubionego zajęcia, dlatego już zapomniałam.

Wczoraj pojechałam z mamą do Magnolii. Oglądałyśmy buty, spodnie, poszłyśmy do Saturna - rodzicielka pokazała mi jaką kuchenkę będziemy mieć w nowym domu, jaką lodówkę (z ice makerem). Oglądałyśmy ciśnieniowe ekspresy do kawy. Nawet pani nam jeden z nich zaprezentowała i zrobiła kawę. Ja chcę mieć coś takiego w nowym domu! Potem połaziłam z mamą po sklepach w poszukiwaniu dla mnie butów tudzież spodni. I kupiłam rurki w Cubusie, bardzo miły i sympatyczny pan pomógł mi znaleźć kilka par, które przymierzyłam i wreszcie wybrałam, jestem zadowolona! Chyba zacznę częściej rozglądać się po tym sklepie bo jest niczego sobie jeśli chodzi o rozmiarówkę. W C&A na przykład są dwa typy ubrań - te normalne i te z większymi rozmiarami. Te normalne ledwo na mnie wchodzą eksponując moje boczki (te cholerne biodrówki) a te duże są zdecydowanie za duże. Jakaś niewymiarowa chyba jestem albo coś. W każdym razie spodnie z Cubusa są w sam raz!


17 lutego 2008   ×   komentarze (4)


Chemia, Marcin i szczęście do młodych

Nie zaliczyłam chemii, czeka mnie egzamin komisyjny. Nie mam już ochoty po raz setny rozwodzić się nad tym dlaczego... Ale powiem. Zadania zrobiłam wszystkie, pare reakcji mi nie wyszło. I co z tego? A to z tego, że baba zaczęła się mnie czepiać o takie błędy jak jedna strzałka zamiast dwóch, o to, że nie wiem co jest słabym, a co mocnym elektrolitem (to zbyt surowo powiedziane, bo coś o tym wiem). Szczerze mówiąc ona miała w dupie to, że ja poszłam na tą dopytkę z gorączką, że byłam chora. Powiedziała mi tylko, że na drugim terminie chora nie byłam i wtedy mogłam się nauczyć. A rodzice w ogóle mnie nie wspierają tylko strzelili focha i odzywają się do mnie gdy to konieczne. Po co rozmawiać ze swoim dzieckiem, prawda? A... Mama oczywiście walnęła to swoje kretyńskie kazanie na co ja dałam głośniej telewizor, bo nie miałam ochoty tego słuchać. Teraz przynajmniej mam święty spokój. Rodzice do mnie jeszcze, żebym sobie lepiej pracy zaczęła szukać, twierdzą, że ja tego komisa i tak nie zdam. To już nawet Marcin mnie wspiera i mówi, że jestem mądra i zdolna, i że na pewno zdam...

Właśnie... Apropo Marcina. Przedwczoraj, a raczej wczoraj o czwartej nad ranem zadzwonił do mnie nieźle wstawiony. Co prawda po jego głosie nie było wcale tego słychać, ale powiedział mi, że mnie kocha, ale on tak nie może na odległość i, że zresztą brakuje mu tej młodzieńczej werwy, że chce o mnie zapomnieć. Potem dodał, że ma wolne do któregośtam marca, na co ja, żeby przyjechał. Widać, że chce! Widać, że chce ze mną być, ale przez to wszystko co się w jego życiu dzieje chce zapomnieć o miłości i tego typu potrzebach... Powiedział mi, żebym to ja do niego przyjechała. Akurat się świetnie składa bo piątek mam wolny i naprawdę mam ochotę do niego pojechać. Nie mówcie mi proszę, że nie powinnam. Chcę, żebyśmy sobie wszystko wyjaśnili, wszystko. Następnego dnia na moje pytania w SMSach udzielał zdawkowych odpowiedzi typu: tak, nie, nie wiem. O co chodzi?

A w ogóle to miałam sen. Śniło mi się, że pojechałam do Gdyni (to już nie pierwszy raz) i szukałam mieszkania Marcina. Ciężko mi było trafić z dworca. To głupie bo doskonale wiem, że spokojnie dojechałabym z dworca do jego mieszkania. Z jednej strony chciałam mu zrobić niespodziankę (bo w tym śnie on nie wiedział, że przyjeżdżam) a z drugiej strony bałam się, że go nie będzie lub, że wcale się nie ucieszy na mój widok.

Teraz trochę zmienię temat. Ostatnio Emila zanosząc komputer do naprawy podała swój numer telefonu panu, który go naprawiał. Pewnego dnia ten pan wysłał jej SMSa i zaczął puszczać sygnały. Emilka była ucieszona, gdyż pan ten był całkiem przystojny. Na moje pytanie na ile ten pan wygląda Emilka odpowiadała, że na dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery... Nawet numerami Gadu - Gadu się wymienili! I tak sobie rozmawiając okazało się, że pan od komputerów wcale nie jest takim panem acz jeszcze nastolatkiem... Okazało się, że ma dziewiętnaście lat. Emila wcale nie była z tego faktu zadowolona bo ona w tym roku skończy dwadzieścia jeden i nie lubi młodszych. Ach... Jakież to życie jest przewrotne.


20 lutego 2008   ×   komentarze (3)


Wariuję w domu

Kaszlę, prycham i biorę antybiotyk. Wczoraj byłam u lekarza i okazało się, że mam anginę. To dziwne bo biorąc pod uwagę moje choroby z dzieciństwa to angina zdecydowanie dominowała. Infekcję migdałków łapałam praktycznie non stop. I tak przez jakieś dziesięć lat - zero anginy, zero ping - pongowych migdałków... A teraz co? Czyżby pamięć immunologiczna była w rzeczywistości nietrwała? Albo te bakterie już tak się zmutowały, że to jest coś zupełnie innego niż to, co mnie atakowało za młodu. Ach te moje medyczne filozofie...

Ostatnio zaczyna mi odbijać i płaczę za Marcinem. To pewnie przez to, że siedzę w domu i zamiast uczyć się chemii to myślę o swojej miłości. To wszystko jest conajmniej głupie bo oboje się kochamy a jednak nie możemy być razem... Bo on twierdzi, że na odległość to nie ma sensu. Jest w tym ziarnko prawdy, ale przecież on może zamieszkać tutaj... Sam chciał wyjechać do Anglii bo nic go tu nie trzyma. To niech wyjedzie do Wrocławia! Zresztą... Łatwiej byłoby mu wrócić z Wrocławia do Gdyni, aniżeli z Wielkiej Brytanii. Nie wiem, nie wiem już co mam o tym wszystkim myśleć. Jedyne co powinniśmy zrobić to przeprowadzić taką naprawdę szczerą rozmowę dotyczącą nas, wyjaśnić sobie wszystko i ustalić.

Chaotyczna bardzo ta notka. Może dlatego, że nie potrafię skupić myśli na niczym konkretnym. Od siedzenia w domu, w samotności naprawdę można dostać świra. Już nie mogę się doczekać aż odwiedzi mnie Kaśka (może przyjdzie z ciastem, hehe), bo ja naprawdę mam ochotę porozmawiać z kimś żywym, naprawdę...!


22 lutego 2008   ×   komentarze (7)


Emila

Najbardziej w Emili denerwuje mnie niekonsekwencja we wszystkim co mówi, myśli i robi. Najpierw opowiada jaka to jej kolejna przyjaciółka jest beznadziejna i jak to ona ją denerwuje, mówi, że my jesteśmy najlepsze, najukochańsze... Z Olą już nawet raz kontakt zrywała, bo ta jej po raz kolejny odwaliła jakąś chamówę. Wtedy to my byłyśmy najważniejsze i najcudowniejsze, tylko z nami spędzała czas. Minęło trochę czasu a ona znów biega za Olą.

Jej niekonsekwencja przejawia się również w paleniu. Nie liczę już ile razy rzucała palenie papierosów. Pali do tej pory pomimo aparatu i możliwości zabarwienia zębów (wiedziałam, że tak będzie), pryszczy oraz tabletek antykoncepcyjnych. A już niejednokrotnie mówiła, że z tym kończy.

Emila denerwuje mnie we wszystkim co robi. Uwielbia sobie wmawiać, że jest najpiękniejsza na świecie, że jest inteligentna i ogólnie zawsze naj. Nie mówi tego dosłownie, ale opowiada o swoim każdym podboju - myśli, że wszyscy się w niej kochają - wystarczy, że na nią spojrzą. A tak naprawdę zachowuje się przy facetach i obcych ludziach jak pusta laleczka.

I to jest moja przyjaciółka - (nie)stety. Musiałam to napisać, bo ostatnio tak mnie denerwuje, że mam ochotę ją rozszarpać. Zdarza się, prawda?




24 lutego 2008   ×   komentarze (6)


Michał i matematyka

I wczoraj byłam na kolejnej randce. Szczerze powiedziawszy dość sceptycznie do niej podchodziłam, bo powoli zaczęłam tracić nadzieję, że ludzie poznani przez Internet, na jakimś kretyńskim serwisie randkowym są czegokolwiek warci, a szczególnie mojej uwagi. Najczęściej na spotkaniach (choć wbrew pozorom nie było ich tak dużo) pojawiali się kolesie dziwnej maści... Desperaci? Właśnie, że nie, co najlepsze. Najczęściej faceci, albo wręcz dzieci, które chcą się zabawić, albo nagle uświadamiający sobie, że dalsze spotkania nie mają sensu, bo ja nie jestem w ich typie. Różnie z tym bywało... A już najczęściej totalne głupki, które żyją tylko i wyłącznie imprezowaniem.

Z Michałem (bo tak ma na imię) było zupełnie inaczej. Na naszym spotkaniu było całkiem miło, rozmawialiśmy na dość inteligentne tematy... Szczerze? On chyba jest zbyt inteligentny. Czuję się przy nim trochę dziwnie, bo ja nie mam takiego zasobu wiedzy jak on. I to nie jest tak, że on z jednej dziedziny jest dobry, on się zna na wszystkim! A w szczególności na komputerach, psychologii, matematyce, fizyce i nawet historii. Nie wiem skąd się tacy ludzie biorą. Był mile zaskoczony, gdy dowiedział się, że uwielbiam matematykę i znam się całkiem nieźle na niektórych kwestiach związanych z informatyką. Pewnie niezbyt często spotyka takie kobiety. Na pożegnanie pocałował mnie w dłoń. Ogólnie bardzo często niby to mówiąc coś, tak przypadkiem dotykał mnie w nie. Nie, nie był zaborczy, nahalny, nie próbował mnie całować, przytulać, itd. Tylko dotykał mnie w dłonie. Poczułam się nieswojo i schowałam je pod stoł, doszłam do wniosku, że takie rozwiązanie będzie najodpowiedniejsze.

Wczoraj z nudów pojechałam na ćwiczenia z matematyki. Teoretycznie mam zwolnienie do końca tego tygodnia (komis czwartego marca, powinnam się uczyć), ale nie wytrzymałam i stwierdziłam, że mojego ukochanego przedmiotu przegapić nie mogę. Jakież było moje zaskoczenie, radosne oczywiście, gdy okazało się, że zamiast czterdziestu pięciu minut mamy aż dziewięćdziesiąt minut matematyki! Oczywiście biegałam do tablicy jak głupia, babka już się uśmiechała, bo pamiętała. Już jestem trzy punkty do przodu!


27 lutego 2008   ×   komentarze (3)


Nudny czwartek

To, że faceci po spotkaniach ze mną nie dają znaku życia nie jest niczym dziwnym, zdążyłam do tego przywyknąć. Asia mówi, że niby oni odczekują te kilka dni, okej, ja poczekam. Pewnie nie ma czasu i w ogóle... No ja przecież nie chcę być nahalna! Nawet mi specjalnie nie zależy na tym, żeby się odezwał. Bo najlepiej mieć taki dystans do wszystkiego, prawda? Wtedy to przynajmniej człowiek ma święty spokój i nie płacze po nocach.

Wczoraj rozmawiałam z Wojtkiem, jak zwykle zeszło nam kilka godzin. Powiedziałam mu, że Marcin włączył we mnie wielką znieczulicę.
- Znieczulica i Ty? - zapytał ze zdziwieniem a ja tylko odparłam, że tak, że wszystko to, co miałam już oddałam. Trochę Pamiętnik mi się przypomina i tekst głównego bohatera.

A w ogóle to żeby było przyjemniej zrobiłam nowy layout na bloga. Prawda, że ładnie? Tak, wiem o tym. Siedziałam nad nim praktycznie od południa do popołudnia i jestem zadowolona z efektu końcowego, choć jak zwykle mogło być lepiej. Nie wiem jak długo (ale na pewno bardzo długo) zastanawiałam się nad tym jaka czcionka będzie najlepsza. Jest jaka jest i mam nadzieję, że wszyscy wszystko widzą, cały tekst. Reklamacje zgłaszać do mnie.

Nudzi mi się w domu, ale nie na tyle, żeby wybrać się na uczelnię. Poszłam raz, tylko we wtorek. Pewnie gdyby nie to, że musiałam zapytać o tego komisa to w ogóle bym nie poszła na zajęcia. Jutro się wybiorę, bo pewnie będą nas rozdzielać na grupy, na fizyce. Mam nadzieję, że nie będzie to wyglądało tak, jak w pierwszym semestrze. Chociaż nikt nie wie czy w ogóle dotrwam do zajęć za dwa tygodnie (no bo komis z chemii wisi nade mną jak burza gradowa nad rolnikami na polu). Chciałabym zaliczyć ten egzamin, żeby sprawić rodzicom radochę, żeby mogli się mną chwalić, jaka to ja zdolna jestem... Już za czwartym razem zdałam egzamim z chemii ogólnej i nieorganicznej! Mam nadzieję, że wyczuliście tu słuszną ironię.

Jest siedemnasta siedemnaście... Myślę życzenie (jak minuty są równe godzinie to trzeba pomyśleć życzenie, ponoć się spełnia), nie powiem nikomu jakie! Tym razem bardzo ogólne, niekonkretne. W ogóle to wypadałoby się wreszcie ubrać, ale przeraża mnie myśl, że zanim to się stanie muszę wziąć prysznic, umyć buzię, zęby. Nie wiem czy to się w ogóle opłaca, o.


28 lutego 2008   ×   komentarze (13)