Ferie pełną parą

Ferie pełną parą. Wczoraj była osiemnastka mojej przyjaciółki. Szczerze mówiąc już pod koniec trochę się mordowałam bo DJ był jakiś dziwny i puszczał muzykę, która średnio nadawała się do zabawy. Chłopak (bo tak wyglądał) ten to dziwne stworzenie i tyle. Robił wszystkim na złość bo poprosili go, żeby puszczał muzykę, którą przynieśli jubilaci a on doszedł do wniosku, że nie szanujemy jego jako artysty... Idiota.

Dzisiaj osiemnastka Marty. Ja nie wiem! Ja już rok temu miałam czas takich imprez, a tu co? Kolejny? Szczerze mówiąc chodzenie do klubów już mi się znudziło. Ileż można tańczyć na parkiecie do tej samej muzyki? No ile? Tak do usranej śmierci?! Zastanawiam się czy iść. Może na chwilę. Podrzucić prezent, złożyć życzenia, wypić piwo, zjeść paluszki i uciec do domu jeszcze normalnym autobusem, a nie nocnym, jak to zwykle bywało.

Mój M. ma wolne szóstego, siódmego i ósmego lutego. Chciałabym wybrać się do niego, do Sopotu. Tylko pozostaje jeszcze kwestia tego, czy rodzice mnie puszczą. Mama wciąż mówi nie wiem i zastanawia się gdzie ja tam będę spać. Przecież to oczywiste... Zresztą czy ktoś widział coś złego w tym, że dwie osoby, które są w sobie mocno zakochane śpią razem? Nie, nie uprawiają seks. Po prostu śpią, tak z zamkniętymi oczkami, wtulone w siebie. Zresztą powinnam uświadomić moją mamę, że wiem co to jest prezerwatywa i jak się ją stosuje (sama kiedyś mi to tłumaczyła!)... A ponadto znam jeszcze całą masę innych środków antykoncepcyjnych. Jednak jeśli nie uda mi się przekonać rodziców na trzydniową wycieczkę na drugi koniec Polski to On przyjedzie do mnie, proste. W każdym razie oboje wolimy spędzić ten czas nad morzem. Wzięłabym nawet aparat i popstrykała zdjęcia. Byłoby fajnie.


1 lutego 2007   ×   komentarze (5)


Byłam z M.

Właśnie odprowadziłam Go na przystanek... Po kilku minutach od mojego wejścia do domu otrzymałam SMSa: Ja już tęsknię za Tobą, a w moim oku zakręciła się łezka. A miał wyjechać dobę temu, ale wystarczyło jedno głębokie spojrzenie w oczy i krótkie: Zostajesz na noc... i mój M. spełnił moją zachciankę i wyjechał dopiero dzisiaj. Ogólnie mieliśmy się spotkać nieco później, ale wyszło inaczej. Taki mały spontan. Myśleliśmy, że nie znajdziemy w ciągu tych dwóch dni czasu dla siebie. Dobrze, że jednak myliliśmy się i znaleźliśmy go w wystarczającej porcji. Kochaliśmy się, rozmawialiśmy, spaliśmy, kochaliśmy się, oglądaliśmy film, spaliśmy, rozmawialiśmy... A potem to już tylko pożegnania, bitwa na poduszki, łaskotanie (mnie oczywiście). Było przyjemnie. Było bardzo przyjemnie.

I tak zaczął się kolejny okres wysyłania do siebie krótkich wiadomości tekstowych wyrażających potworną tęsknotę, pełne czułości. Telefony w środku nocy, czułe wyznania... I tak do kolejnego spotkania. I tak wciąż, i tak wciąż.


3 lutego 2007   ×   komentarze (5)


Czytaj, nie czytaj, ja i tak Go kocham

Czas wolny sobie mija i mija. Właściwie to już minął. Muszę zabrać się za matematykę, ale tym razem tak na poważnie. Ale nie o tym chciałam...

Marcin znów mnie odwiedził, znów odjechał. Intryguje mnie pewna zalezność. Im częściej do mnie przyjeżdża, tym bardziej przeżywam pożegnania. Ostatnio trzymając głowę na jego klatce piersiowej dyskretnie wycierałam twarz z łez, bo wiedziałam, że niedługo odjedzie.

Gdy tak spał obok mnie a ja na Niego patrzyłam głaszcząc go po głowie, uświadomiłam sobie jak bardzo Go kocham. Nie, to wcale nie jest przesłodzony opis pokroju och, mój misiu kochany. Nie jest żadnym misiem, koffaniem czy serdusiem. Jest moim Marcinem, moją ostoją, moim partnerem. Tak, traktuję to poważnie, wbrew moim rodzicom. Mówią, żebym się nie angażowała, że jeszcze pewnie kogoś poznam na studiach. Mamo, tato, przepraszam Was najmocniej, ale spóźniliście się z tymi radami. Ja już zdążyłam obdarzyć go najsilniejszym uczuciem, ja już się i tak zaagnażowałam. Zaangażowałam do tego stopnia, że oddałam mu to, co kobieta może oddać tylko jednemu mężczyźnie. Nie musiał obiecywać mi dozgonnej miłości, pierścionków z brylantem czy bukietu róż. Nic... Po prostu szepnął mi do ucha te dwa słowa, a ja wiedziałam, że są prawdziwe. Nie pytaj skąd, nie pytaj dlaczego tak szybko, nie pytaj, bo ja sama nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania. Po prostu. Bo Go kocham i nie mogę przestać o Nim myśleć. I choćbym chciała teraz o Nim nie pisać to i tak zapewne bym pisała wiersze lub po prostu rozmyślała godzinami, więc dlaczego po prostu nie mogę przelać swoich myśli tutaj? I średnio interesuje mnie, że ktoś z niesmakiem spojrzy w monitor i stwierdzi, że już nudzę. Naprawdę mnie to nie obchodzi.
Tęsknię. Usycham z tęsknoty. W Walentynki sama, albo z Eweliną. Druga opcja jest bardziej mile widziana. A dlaczego nie z Marcinem? Otóż mój luby jest w pracy i z pracy tej zwolnić się nie może, bo i po co, prawda? Ale ja nie mam pretensji ponieważ przez ostatnie dwa tygodnie spędziliśmy naprawdę dużo czasu (choć dla mnie to i tak mało, wciąż mało...).

Tego samego wieczoru, podczas którego żegnałam się z Nim na przystanku założyłam koszulkę, którą miałam na sobie noc wcześniej. Nałożyłam ją i wokół mnie roztoczył się cudowny zapach... Jego zapach. Przed oczami pojawiła mi się scena gdy On wychodzi spod prysznica i kładzie się delikatnie na mnie, całuje, a ja łapczywie chcę coraz więcej i więcej...
I druga, samotna noc z rzędu. Nie lubię tak.


10 lutego 2007   ×   komentarze (4)


Nananana... Takie tam gadanie

Z wielkim hukiem powróciłam do szkoły. Pani szatniarka zabrała mój klucz i nie chce mi go teraz oddać i takim cudem muszę się prosić ludzi z mojej klasy.

Pan fotograf oddał nam tablo naszej klasy i wiecie co tam jest napisane? ABSOLWENCI... O cholera... Ja niedługo skończę tą szkołę. Cieszyć się czy się nie cieszyć? Szczerze mówiąc już mam po dziurki w nosie mojego LO, w którym to rządzą biol-chemy a mat-infy głośno i bez skrępowana, pokazując ich palcami nabijają się z nich. Tak, ja jestem w mat-infie. Na całe szczęście już niedługo (po prostu staram się dostrzec pozytywne aspekty końca roku szkolnego, ktory zbliża się wielkimi krokami).

Namiętnie słucham piosenki Sam Brown pod tytułem You'd better stop. Jest boska. Kiedy sobie tak siedziałam przed komputerkiem nagle zaczęłam nucić i po chwili doszłam do wniosku, że ją ściągnę. Zrobiłam jak pomyślałam, i już cieszyłam się przepięknym głosem piosenkarki... Oczywiście psując jej wokal moim własnym. Lubię śpiewać, naprawdę. Ale co z tego skoro mi nie wychodzi? Śmiesznie przynajmniej jest.

Kamila śmieje się ze mnie, że gdy mówię o seksie to na mojej twarzy pojawia się nieznaczny (ale według Kamili bardzo znaczny) rumieniec.

- Zobaczysz, jeszcze parę miesięcy i będziesz mówić o seksie tak, jak ja, jak o jedzeniu - powiedziała i zaśmiała się.

Ja nie wiem o co jej chodzi. Nie czuję jakiegoś większego wstydu gdy opowiadam jej niektóre szczegóły z mojego życia erotycznego (nazwijmy to sobie w ten sposób, co by to młodsi dreszczyk na plecach poczuli). Jednak z drugiej strony to tak trochę dziwnie streszczać komuś czy raczej opowiadać o namiętnej nocy ze swoim facetem... Kiedy to się wgłębia w tajniki swojej szyjki macicznej i kąta wpadania członka do niej (ale to brzmi, dżizas). Ja nie jestem nią.

Skoro już mowa o mojej drugiej połówce pomarańczy to dzisiaj wysłałam kartkę walentynkową do M., którą oczywiście wykonałam własnoręcznie. Sama robota nie zajęła mi wiele czasu, ale wymyślenie co i jak wręcz przeciwnie. Wierszyk już miałam gotowy, również zrodzony w mojej główce. Na błękitnej kopercie dwa znaczki (za łączną sumę dwa dwadzieścia) i ładnie wypisane imię, nazwisko oraz adres. Ciekawe czy i do mnie wyśle, w końcu obiecał. Nie... Nie obiecał! Gdy oparłam głowę o jego klatkę piersiową i spytałam czy wyśle mi chociaż kartkę na Walentynki (no bo skoro nie może przyjechać...) to odparł tylko: Aniołku, wyślesz mi potem esemesa z dokładnym adresem, dobrze? Niech tylko spróbuje nie wysłać, mój Marcinek zginie z rąk tego swojego Aniołka! Ale i tak go kocham (pewnie nawet wtedy, gdy nie wyśle - pflu, wypluj!).

Czekam na znak od Eweliny. Jedzie ze mną po miesięczny, bo niedawno mi się skończył. Zresztą plotki, ploteczki i plotunie czekają.


12 lutego 2007   ×   komentarze (5)


Kolejny weekend poszedł się kochać

I mogę odhaczyć kolejny weekend pod tytułem nic, nigdzie i z nikim. A przepraszam... W piątek byłam w STP na obiedzie, potem... Potem nic. Chyba zaczynam się starzeć bo tak zwane balety już mnie nie kręcą. Dla mnie prawdziwą zabawą, z której czerpię dziką radość i satysfakcję to spełnianie się twórczo oraz przebywanie z M.

Walentynki spędzone jak co roku. Konkretniej? Ja, Ewelina, piwo, papierosy i Creator Club. Krótko mówiąc - tradycji musiało stać się zadość. Jedyne co było nietradycyjnie to moje łzy tuż po północy, a potem SMSy z M., w których to oboje sączyliśmy żale związane z odległością nas dzielącą. O godzinie dwudziestej trzeciej (czternastego oczywiście) usiadłam do komputera i napisałam do Niego list. Sama dokładnie nie pamiętam o czym. Wiem, że przyznał mi się, iż czytał go z pięć razy. Walentynkowa kartka? Dostałam. Co prawda przyszła w piątek, ale nie gniewam się. Wysłana trzynastego, priorytet. Mieliśmy spotkać się dzień po Dniu Zakochanych ale musiał załatwić pewną sprawę.

Dzisiaj doszłam do wniosku, że powinnam kupić sobie statyw gdyż zdjęcia robione na trybie nocnym w moim aparacie wychodzą mniej więcej bosko. Jak na razie za statyw służyła mi głowa Kaśki, ławka lub ewentualnie jakieś inne, stabilne podłoże. Próbowałam również kolankiem przytrzymać mojego Fuji, ale niestety nie wyszło, gdyż nadciśnienie tętnicze powoduje, iż drży mi ciało, a co za tym idzie - aparat również. Dlatego czekam z niecierpliwością aż Kasi tato weźmie od swojego kolegi pożyczony mu statyw i pożyczy go mi. Wtedy to zaszalejemy! Dobrze, że Kasia mieszka blisko bo będę mogła częściej pożyczać ten sprzęcik, który do Fuji jest niestety obowiązkowym dodatkiem.


18 lutego 2007   ×   komentarze (6)


Szarożyciowo, szarożyciowo

Słucham jakiegoś mózgozjeba właśnie. Jakby to Ewelina powiedziała: Taka muzyka to ryje banię. Ja jestem jak najbardziej za. W każdym razie nie przejmuję się tym jakoś wyjątkowo, bo jak widać to jeszcze tych słuchawek, z których leci zdradliwa muzyka nie zdjęłam.

Ostatnio w Oriflame kupiłam sobie szampon do włosów blond, do tego, do kompletu musiałam oczywiście wziąć odżywkę do włosów. Czyli teraz czekamy na efekty. Ciekawe czy będę mieć piękny, niewyblaknięty blond, ajjj... W ogóle to chyba sobie rozjaśnię te moje pióra. Ale to dopiero po maturze.
- A jak nie zdasz to wtedy nie pofarbujesz? - spytała Emila śmiejąc się.

Wobec tego poprawię nieco to stwierdzenie. Gdy skończę szkołę rozjaśnię sobie moje pióra jeszcze bardziej. O! To zdanie ma zdecydowanie mniej znaczeń (chyba, że ktoś spyta: A jak nie skończysz szkoły?).

Dzisiaj mieliśmy czytanie ze zrozumieniem. Było dość łatwe (no ale nie uprzedzajmy faktów). Na początku pan D. dał nam tekst o Opiekunie spolegliwym, którym obdarzyła mnie korepetytorka na prywatnych lekcjach języka polskiego (mają przygotować mnie do matury), ale po jakimś czasie je zabrał, na co zareagowałam krótkim syknięciem: Choleeeraaa...! Przynajmniej miałabym jakąś piątkę.

Ogólnie to czekam do marca. A dlaczego? Bo wtedy najprawdopodobniej spotkam się z M. Właśnie dochodzę do wniosku, że tak jak kiedyś liczyłam dni do weekendu, tak teraz liczę dni do spotkań z moją drugą połówką pomarańczy (czy tam jabłka, jak kto woli).

Wracając do prozaicznego dnia codziennego. Wiesiu coś nam stęka o jakimś kolokwium (kurcze, też nie mógł tego inaczej nazwać) z geometrii analitycznej, gdzie zadania będą z Gdowskiego i nie tylko. Nie rozumiem tego... Przerobiliśmy już cały materiał z matematyki dla liceum trzyletniego (i nawet trochę ponad) a on świruje i wyciąga jakieś stare brudy z pierwszej klasy. Wiesiu, ja Cię proszę.


21 lutego 2007   ×   komentarze (5)


Yeti w Himalajach

Wczoraj poszłam z Kamilą do Verony. Siedzimy sobie popijając kawę i słuchając rozmowy dwóch wykształconych ludzi w wieku średnim, koło pięćdziesięciu lat, kobieta wykłada na uczelni wyższej.

- I wszedłem tam na tego ośmiotysięcznika - mówi mężczyzna - i oddychać nie mogłem!

- No tak... Bo to ciśnienie. A zimno bardzo tam było? - spytała kobieta.

- Pewnie! Na dole, w dolinie pomarańcze i grapefruity rosły a na górze minut dwadzieścia pięć, trzydzieści...

- O jaaaaaa! A tam coś żyje? - tu pojawia się wyraźna fascynacja tym, co opowiada mężczyzna.

- Nic, zupełnie! Tylko yeti - odparł poważnym tonem.

Ja i Kamila nie wytrzymałyśmy. Zaczęłyśmy się śmiać jak głupie. Dusiłam w sobie śmiech jak tylko mogłam.

- Nieeeee! - Kobieta omal nie zachłysnęła się powietrzem.
Gdy wyszłyśmy z Verony...

- O stara, przy tym yeti nie wytrzymałam - powiedziałam do Kamili wciąż dusząc się ze śmiechu.

Niektórzy ludzie naprawdę potrafią poprawić humor człowiekowi.


24 lutego 2007   ×   komentarze (2)


Wieczne jutro

Nikt nie ma czasu, wszyscy się wiecznie gdzieś spieszą. A najgorzej jest wtedy, gdy czekam na coś z utęsknieniem i radością, i nagle okazuje się, że ten ktoś ma miliard ważniejszych spraw a tą moją upcha gdzieś na końcu kolejki... Bo to przecież nie jest ważne, prawda? Tak, nielojalna jestem wobec ludzi bo przecież każdy ma prawo odpoczywać po długotrwałym robieniu zakupów. Bo przecież każdy ma prawo woleć pogadać sobie ze swoim chłopakiem na Skype (z którym rozmawia codziennie przez trzy godziny). Bo przecież każdy ma prawo robić wszystko inne niż dotrzymać obietnicy danej mi.

Nie, nie robię z siebie ofiary. Ostatnio Kamila powiedziała do mnie dość bulwersujący tekst, ale wydaje mi się, że chyba będę musiała poprzeć jej zdanie: Jak ci ludzie mnie wkurwiają! W tym momencie wcale jej się nie dziwię. Zmarnowałam kolejny słoneczny dzień. Nie poszłam robić zdjęć. Ale to już tu nie o zdjęcia chodzi... Gdy poprosiłam kogoś innego aby wybrał się ze mną w plener, to oczywiście okazało się, że po imprezie zapalenie krtani się wdało i wyjść z domu nie można (to wszystko przez to imprezowanie podczas postu!), kolejna zaś nie miała pieniędzy na koncie w telefonie, ponadto brak dostępu do komputera (pewnie dlatego, że był oblegany przez brata, tatę lub też siostrę) uniemożliwił temu komuś kontakt ze mną (a gdy spytałam dlaczego nie mogła zadzwonić z domowego, to odparła, że skoro mi tak zależy, to sama mogłam to zrobić - racja, no bo jakże by inaczej).

Nawet Marcin nie raczył poesemesować sobie ze mną, gdyż był bardzo zmęczony po imprezie, pracy i ogólnie, po całokształcie był strapiony i nie miał ochoty na dłuższe pogawędki. Zapewne przyłożył głowę do poduszki i zaraz zasnął. Nawet z głupiego Gadu-Gadu wszyscy uciekają, gdy żółte słoneczko poinformuje ich, że nadeszła panna Agata wraz ze swoimi żalami. A gdy rozmawiamy, to stwierdzają, że muszą uciekać, obiecują, że będą jutro, a gdy wchodzę na tenże komunikator ani widu, ani słychu tego, kto obiecał.

Ludzie nie mają dla mnie czasu i mówią, że kiedyindziej, że jutro. A co jest najgorsze? Że ja im wierzę. Wierzę w to, że rzeczywiście znajdą dla mnie czas jutro. Ale to jest takie wieczne jutro, które nadchodzi zawsze jutro.


26 lutego 2007   ×   komentarze (4)


Krótko

Jestem przewrażliwiona. Ale to przewrażliwienie powoli zamienia się w zwykłe przyzwyczajenie. M. powiedział, że najbardziej boi się, że ta odległość sprawi, że zacznę się od niego oddalać. Nie, nigdy w życiu - twierdziłam, ale gdy dzisiaj Kasia powiedziała mi, że to może być prawda doznałam małego szoku bo przyznałam jej rację. Ale nie, będę walczyć... Jak Rocky Balboa. Zbyt mocno kocham, żebym mogła się poddać. Zbyt wiele oddałam (i on zbyt wiele oddał).

A jutro już marzec. O mój boże. Mój tato za piętnaście dni skończy czterdzieści lat. Już mu oznajmiłam, że będę w takim samym stanie jak on na mojej osiemnastce.


28 lutego 2007   ×   komentarze (3)