Wakacje w mieście to najgorsza rzecz pod słońcem. No... Może nie tyle co w mieście (bo to jeszcze zależy w jakim mieście, prawda?), tylko co w SWOIM mieście, gdzie zna się na pamięć każdy kąt, do tego jest się zdziebko (już tylko na szczęście) chorym, a tutaj wybudowali nowy aquapark. W każdym razie chuj (za przeproszeniem) mnie strzela gdy słucham Radia Zet, a tam mówią o tym jaka cudowna pogoda jest nad morzem Bałtyckim, jaka tam cudowna bryza, jak tam wszystko jest piękne i jaki jest świetny klimat. Mam ochotę wyrzucić monitor przez okno, stanąć na środku podwórka i tupiąc nogami krzyczeć:
WEŹCIE MNIE NAD POLSKIE MORZE!!! Oczywiście mogłabym pojechać tam bez problemu, ale pod warunkiem, że miałabym za co. Nie poszłam do pracy (bo mnie nigdzie nie chcieli) a ojciec jak słyszy, że chciałabym gdzieś pojechać to zaczyna mi wyliczać na co jeszcze potrzebuje pieniędzy a nie ma.
Obcy ludzie bez przerwy kręcą się po naszym mieszkaniu, a my z nadzieją, że wreszcie znajdzie się jakiś kupiec wpuszczamy ich po kolei do nas. Niektórzy to chyba sobie z nas żartują... Jakaś baba umówiła się z moimi rodzicami, że przyjdzie oglądać mieszkanie i co? I nie przyszła. A umówiła się już na konkretną godzinę i nawet nie dała znać, że nie przyjdzie. Cały dzień siedzisz jak na szpilkach a oni sobie po prostu nie przychodzą. Luuudzie... Zabić to mało.
Już nawet w akcie desperacji napisałam do Marcina czy zna może jakieś taniutkie ośrodki albo pola namiotowe nad morzem. Pewnie gdybym była bardziej zdesperowana to poprosiłabym go, żebym mogła z nim sobie pomieszkać. Pochodziłabym sobie na plażę a on do pracy. Spotykalibyśmy się wieczorem, szli razem na jakieś piwo a potem zasypialibyśmy w osobnych łóżkach... Tak, naprawdę by tak było. Ktoś w to uwierzył? No cóż... Mi samej ciężko w to uwierzyć...
26 lipca '08