Cholera... Tak sobie właśnie myślę i dochodzę do wniosku, że ja to jestem takie dziecko, które balansuje na pograniczu dzieciństwa i dorosłości. Moja mama zawsze powtarza, że chcę mieć takie przywileje jak dorosły a zachowuję się jak dziecko. Jest w tym dużo prawdy. Z jednej strony mówię o tym, że chciałabym mieć rodzinę, a z drugiej nie za bardzo chce mi się szukać jakiejkolwiek wakacyjnej pracy. Trochę to śmieszne, prawda? Wciąż jestem dziecinna a mam dorosłego faceta, któremu bardzo przeszkadza moja życiowa infantylność. Jestem z człowiekiem o wyższym wykształceniu, z człowiekiem pracującym, posiadającym własne mieszkanie, prawo jazdy... A ja? Ja wciąż na garnuszku u mamusi i tatusia. Ja wciąż dostaję kieszonkowe, zarabiam na siebie tylko wtedy, jak dostanę jakieś zamówienie na projekt, a to i tak nie są żadne kokosy, takie rozszerzone kieszonkowe.
Rozmawiałam z Adamem na ten temat i powiedział, że to normalne, że w końcu mam wakacje, że wciąż studiuję i praca nie jest moim obowiązkiem. Wydaje mi się, że w pewnym stopniu to też racja. Przynajmniej robiąc strony zarobię szybciej, z większą przyjemnością, a kwota ta niewiele będzie się różniła od pracy na przykład w takim McDonaldzie. Ale Michał uważa, że powinnam zobaczyć co znaczy wstawanie z samego rana, brak imprezowania z dnia na dzień. Ale po cholerę mi to? Przecież jeszcze jestem dzieckiem.
18 lipca '08