Całonocne wspomnienia (5)

Wszystko zaczęło się od tego, że rodzice zostawili mnie samą w domu. Cały piątek przesiedziałam w domu snując się z kąta w kąt aż w końcu stwierdziłam, że usiądę przed laptopem taty, żeby porozmawiać z ludźmi na Gadu-Gadu (co jest normalnym stanem rzeczy i nie ma w tym niczego niebywałego). Wkurzało mnie, że muszę siedzieć w domu, ale jakoś udało mi się to zdzierżyć i dotrwać do dnia następnego, do doboty...

Wczoraj około godziny dwudziestej pierwszej przyjechała do mnie Kamila. Umówiłyśmy się z Arkiem i poszłyśmy w wyznaczone miejsce (koło Pręgierza). Ja bardzo nie chciałam iść do żadnego klubu, bo od dawien dawna chodził za mną tak zwany plenerek, który teraz jest dość przyjemny ponieważ noce są ciepłe. Poszliśmy do Roberta po alkohol i usiedliśmy na ławce tuż obok internatu należącego do Szkoły Sióstr Urszulanek. Wygłupialiśmy się i śmialiśmy. Koło godziny dwunastej w nocy (kiedy przenieśliśmy się na jakiś mały plac zabaw, zaraz po pożywnym posiłku w McDonald's, gdzie zdeptałam panią i Kamila poprosiła pana, żeby przeciągną bonifikartą po kasie w celu obniżenia nam ceny) przyłączyli się do nas inni. Było całkiem śmiesznie bo ludzie pod wpływem alkoholu, w środku nocy robią różne dziwne rzeczy. Co chwila biegaliśmy do sklepu po kolejne piwa. Wracając za którymś razem od Roberta musiałam przeskoczyć przez płotek, tak też zrobiłam przez co stłukłam jedną butelkę z trunkiem. Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że w środku niewiele mi się zmoczyło a sama torebka nawet nie śmierdzi alkoholem...

Nocne rozmowy o niczym, razem z panem G. były dość ciekawe - sens życia, seks i miłość w alkoholowym upojeniu. Pan G. ma podobny tok myślenia do mnie, co oczywiście nie znaczy, że zachowujemy się tak samo. W końcu została nas tylko trójka (Arek i inni poszli już do domu przed szóstą nad ranem), czyli ci najwytrwalsi. Znowu zaczęliśmy snuć rozważania na filozoficzne tematy. Pan G. dostał czkawki, Kamila pokazała cycki i mu przeszło. Widocznie się wystraszył... Przed siódmą doszliśmy do wniosku, że wypadałoby coś zjeść. Ale jakie sklepy z jedzeniem są otwarte parę minut po szóstej rano w niedzielę? Nawet McDonald był zamknięty. Spojrzeliśmy na rynkowy zegarek i stwierdziliśmy, że poczekamy aż otworzą... Siedzieliśmy na ławkach koło KFC i kontemplowaliśmy od czasu do czasu zapalając papierosa. Ogólnie to muszę przyznać, że pierwsi klienci w McDonald's są dość dziwnymi tworami ludzkości. Najczęściej wciąż pijani lub conajmniej nietrzeźwi. Pan G. kupił nam kanapki z zestawu śniadaniowego. Szczerze powiedziawszy nie smakowało mi to tak, jak mogłoby smakować, ale wolałam nie marudzić, byłam głodna.

W domu zjawiłyśmy się o szóstej. Wyszłam jeszcze z psem i gdy tylko ujrzałam swoje łóżko odetchnęłam z ulgą i po dziesięciu minutach już odpłynęłam w objęciach Morfeusza. Gdy Kamila mnie obudziła bo musiała wracać do domu poszłam pod prysznic (od razu zrobiło mi się lepiej), nałożyłam czystą bieliznę i z powrotem do łóżka. Przespałam kilka godzin i doszłam do wniosku, że coś trzeba z sobą robić, żeby później nie umierać przez cały dzień. Najpierw zjadłam kilka kawałków szarlotki, którą przywiozła mi Kamila, potem gorzka herbata, ścieranie kurzy w dużym pokoju, następnie melon, sałatka jarzynowa, zielona herbata z opuncją... Po tej ogólnej krzątaninie poczułam się znacznie lepiej i odnoszę wrażenie, że chyba kac minął i pozostało tylko ogromne zmęczenie, które wbrew pozorom pozwala mi normalnie funkcjonować.

A teraz powraca szara rzeczywistość, chemia, język francuski... Ale jutro widzę się z Michałem, on pewnie pomoże wrócić mi na ziemię. W sumie zawsze to robi i jestem mu za to ogromnie wdzięczna, w ogóle za to, że jest.

25 maja '08