Nie wiem co się ze mną dzieje, te hormony dają człowiekowi nieźle popalić. Wczoraj miałam ochotę zabić wszystko to, co się poruszało w promieniu conajmniej jednego centymetra ode mnie. Krótko mówiąc - wszystko, ale to wszystko mnie drażniło. A dzisiaj? Dzisiaj już nieco mniej. Cierpię na zespół napięcia przedmiesiączkowego. Panowie, nawet nie zdajecie sobie sprawy jaki to dla nas, dla kobiet jest horror! Człowiek na drugi dzień się budzi i dochodzi do wniosku, że te napady furii, gniewu, złości, niepotrzebne fochy to kompletna bzdura i dziecinne zachowanie. Powoli dochodzę do wniosku, że chyba wypada coś zrobić z tym problemem. Może tabletki antykoncepcyjne by mi pomogły? Muszę się skonsultować z lekarzem. Bo wiecie... To nie jest tak, że mnie coś boli, jest mi niedobrze i nie potrafię normalnie funkcjonować. Z natury jestem osobą drażliwą i łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, ale... Ale do jasnej anielki przed okresem to jest jeszcze silniejsze niż zwykle! Szczerze przyznam, że to jest jeden z powodów dla których mój związek z Marcinem dobiegł końca, bo on sam nie wiedział czy potrafiłby być ze mną. No... Nic dziwnego, wciąż się na niego o coś obrażałam (ale on na mnie też), ale... To osobny temat, który już powoli zamykam.
Wracając do związków... Dzisiaj widziałam się z Michałem. Postanowiłam o później porze wyciągnąć go na mały spacer ponieważ przez cały majowy weekend siedziałam w domu (wszyscy byli wielce zajęci, nic na to nie poradzę). Spotkaliśmy się o godzinie dwudziestej pierwszej w rynku i poszliśmy się przejść. Weszliśmy w dziwne miejsce przy Odrze. Michał stwierdził, że jestem
romantyczką za trzy grosze, bo w tym miejscu było trochę brudno i całkiem brzydko, ale cóż, przynajmniej nie było ludzi. Przez cały wieczór siąpił deszcz, ale z czasem zaczynał padać coraz mocniej i gęściej. Ja wraz z mym lubym postanowiliśmy schować się w jakieś ustronne miejsce niedaleko przystanku autobusowego, z którego później miałam wsiąść w pojazd komuniakcji miejskiej i wrócić do domu.
Poszliśmy na plac zabaw i ja podsunęłam pomysł, żeby wejść na domek - tam przynajmniej był daszek i nie było tak mokro. Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy o jakichś bzdurach od czasu do czasu obdarzając się przelotnym cmoknięciem w usta. Przyłączyli się nawet do nas pewni chłopcy z piwami w dłoniach, gdzie jeden z nich okazał się tegorocznym maturzystą (nie ma to jak luzackie podejście do egzaminu dojrzałości, fajnie iść na maturę z polskiego na kacu), a przynajmniej tak powiedział (różnie z tymi ludźmi bywa). Rozmowa zeszła na nieco inne tory. Nie zwracaliśmy uwagi na pijących chłopców, postanowiliśmy zająć się sobą.
-
Wiesz... To trudno określić kim dla mnie jesteś. Jedna część mnie mówi, że to bardzo źle, że poświęcam ci tyle czasu, że tyle się spotykamy - mówił -
ale druga z tego powodu przeogrmnie się cieszy... Wiesz... W tych kwestiach jednak rozumem posługiwać się nie można.
I nie wiem dlaczego, i nie wiem jak to się dzieje, że do domu wracałam z totalną zawieszką. Zapaliła się we mnie czerwona lampka alarmowa. Przecież nic nie robiliśmy, niczego konkretnego sobie nie powiedzieliśmy, ale... Ale tak bardzo w drodze powrotnej pragnęłam jego bliskości jak nigdy wcześniej. Nigdy tak bardzo nie chciałam przy nim zasnąć i obudzić się, nigdy... Och Boże, co ja gadam! Nie, nie, dajmy już z tym spokój. Nie, nie zakochałam się, chyba. To tylko taka zawieszka, po prostu. Tak.
4 maja '08