Zwariowałam, więcej nie czytam (4)

Praktycznie zawsze gdy jadę autobusem na uczelnię, bądź z niej wracam, lub gdziekolwiek jadę tym środkiem transportu czytam książkę. Najczęściej jest to lekturka dość krótka, lekka i przyjemna, czyli coś z serii Literatura w spódnicy. Książki te pozornie wydają się być zupełnie nieambitne. No bo co mądrego jest w wywodach na temat oklepanych związków, odchudzania i picia alkoholu przez amerykańskie lub angielskie kobiety, które z pewnych względów nienawidzą siebie i swojego ciała. Właściwie to nie tyczy się tylko i wyłącznie tych narodowości... Ale nie o tym chciałam mówić.

Jeżdżę autobusem i czytam Imprezę u Ralpha autorstwa już nawet nie pamiętam kogo (a nie chce mi się wstawać i sięgać po torebkę w celu odnalezienia książki i przeczytania jak się nazywa pisarka). Tak czytam tą książkę i czytam, czasami się oburzam, czasami mi ulży, czasami łezka kręci mi się w oku... I wiecie co? Tam wszystko kręci się wokół miłości! Nie tyle co seksu, ale miłości. I po chwili zastanowienia się doszłam do wniosku, że w prawdziwym życiu jest dokładnie tak samo. Miłość to nie jest tylko uczucie do kogoś. Miłość to potężna siła, która nami kieruje. Ona manipuluje całym naszym życiem. Czasami nas uskrzydla i często po chwili obcina nam te skrzydła. Ona za nas podejmuje życiowe decyzje, to ona wyciska łzy z naszych oczu, to ona mówi nam co mamy jeść, jak się mamy ubierać, czesać... A dlaczego? Bo robimy to wszystko dla niej! I co jest w tym wszystkim najgorsze? Że jak już raz kogoś pokochaliśmy to nigdy w życiu to uczucie nie wygaśnie... Ba! Ono nawet nie osłabnie tylko się trochę zakurzy. Ono decyduje o życiu i śmierci! Zastanówcie się... Jak długo szalenie zakochana kobieta będzie żyła po śmierci swojego męża? No jak?

Tak samo jest ze mną... Jak długo będę kochać Marcina? To nie jest tak, że ja o nim nie myślę. Wiecie co? Chcę być szczera... I tak... Będę szczera, będę cholernie szczera i powiem Wam, że myślę o nim non stop, non stop widzę go w obcych ludziach (w oczach dentysty oczy Marcina, mimika Tomka mimiką Marcina, fryzura faceta przechodzącego przez ulicę fryzurą Marcina). Jadę autobusem i przypominam sobie moment jak powiedział mi po raz pierwszy, że mnie kocha. Wiecie na co mam ochotę? Rzucić wszystko, wyłączyć telefon, pojechać na dworzec, kupić bilet do Trójmiasta i zostawić za sobą ten cholerny Wrocław. Zranić wszystkich, którzy wierzyli, że moje duchowe życie powoli się stabilizuje dzięki innemu facetowi, który tak naprawdę stanowi chyba przykrywkę na moje rozkałatane serce. Wpadłabym jak burza z rumieńcami na twarzy do Dworku Admirała, pociągnęłabym go za rękę i wyprowadziła na zewnątrz. Tam wykrzyczałabym mu w twarz, że go kocham, że nie mogę przestać o nim myśleć, a potem ciągnąc go za rękę chwyciłabym klucz z gablotki do wolnego pokoju i już od progu zaczęlibyśmy się całować. Bez słowa rzucilibyśmy się na łóżko i zaczęli namiętnie kochać. Krzyczałabym przez cały czas, że go kocham, że nie obchodzi mnie, że ta chwila zaraz się skończy, że tylko jego chcę czuć w sobie, że tylko on koi moje serce, że to z nim chcę spędzić resztę swojego życia, chcę mieć z nim gromadkę dzieci. Że kocham każdy skrawek jego ciała, jego dziurawą kurtkę, krzywe zęby, tandetny sweterek w kwadraciki, zapach potu, gdy wraca z pracy, mocną wodę po goleniu, wystające żebra... Że nie obchodzi mnie, że wyrzucili go ze studiów, że jest przeraźliwie zamknięty w sobie. Że kocham go z tymi wszystkimi okropnymi dodatkami. Wypilibyśmy morze wina, a potem rano wstałabym i powiedziała, że to koniec. Że odejdę bo kocham, bo wiem, że mnie już nie chce.

A na drugi dzień założyłam bieliznę w ulubionym kolorze Michała i spotkała się z nim w Academusie, albo u niego w domu i sączylibyśmy piwo Stokrotka. On spytałby mnie dlaczego nie odbierałam telefonu, a ja odparłabym tylko, że widocznie bateria mi się rozładowała.

Boże, zwariowałam. Nienawidzę siebie za te słowa. Okłamuję bardziej siebie niż wszystkich dookoła. Boże, daj mi się od nowa zakochać w człowieku, który jest mnie naprawdę wart, który naprawdę by o mnie zadbał, nigdy nie lekceważył, był na miejscu.

24 kwietnia '08