Wreszcie ściągnęli mi szwy. Powiedziano mi, że jest niewielki obrzęk, ale ogólnie wszystko goi się ładnie. Obok mnie na fotelu jakiejś pani wykonywali zabieg. Gdy tylko weszłam do ambulatoryjnego gabinetu to ujrzałam kobietę, która jęczy z bólu, cały swój różowy śliniaczek ma zakrwawiony (może nie cały, ale znaczną jego powierzchnię), a nad nią stał lekarz z dziwnymi okularami, które osłaniały mu pół twarzy (wyglądał trochę jak spawacz w przezroczystej masce). Gdy ten widok pojawił się przed moimi oczyma, a dźwięki wydobywające się z ust pacjentki docierały do moich uszu zrobiło mi się dziwnie słabo. Drżącymi dłońmi powiesiłam na wieszaku swoją kurtkę oraz torebkę i starając się oderwać wzrok od cierpiącej pani poszłam w kierunku swojego fotela. Nie wiem dlaczego, ale widok osoby dorosłej, która jęczy z bólu, a po jej policzkach spływają łzy napawa mnie przerażeniem i zdziwieniem. Gdy byłam młodsza zawsze odnosiłam wrażenie, że dorośli są bardziej odporni na ból, że oni nigdy nie płaczą i wszystko dzielnie znoszą.
Po mojej krótkiej wizycie w Klinice Chirurgii Szczękowej miałam jeszcze mnóstwo czasu dla siebie. Zastanowiłam się przez chwilę co mogłabym robić przez te dwie godziny. Matematyki uczyć się nie będę, bo po co, skoro nawet nie mam z czego, zresztą najczęściej i tak nie muszę. Postanowiłam pójść do Pasażu Grunwaldzkiego (a raczej podjechać sobie jeden przystanek - ach to moje lenistwo!), gdzie cholera jasna wydałam jakieś sześćdziesiąt złotych. Mam syndrom zakupoholiczki, która tylko po otrzymaniu jakiejś znaczniejszej sumy pieniędzy musi biec, by ją wydać. W każdym razie sprawiłam sobie nowe kolczyki, piankę do golenia, krem po depilacji (bo wrastające włoski wkurzają mnie niesamowicie), odżywkę do włosów, dezodorant (właściwie do sklepu kosmetycznego weszłam tylko po to!), Cosmopolitan (to przemilczeć) i papierosy (standardowo Westy Ice'y). Szczerze mówiąc pozbycie się znaczącej kwoty dla kobiet jest czasami nawet pocieszające.
Wczoraj widziałam się z Michałem i było uroczo. Po raz pierwszy jak mnie pocałował poczułam motylki w brzuchu... Co się dzieje? Ciężko stwierdzić czy się zakochuję, może po prostu wreszcie zrobił to tak, że wymiękłam. W ogóle miałam na niego jakąś niepohamowaną ochotę, jakiej jeszcze nigdy nie miałam. Nawet Michał zauważył, że mam jakiś dziwny, nadzwyczajnie dobry humor. A to przecież dziwnie, bo wczoraj był poniedziałek, czyli dzień tygodnia, który od kilku lat wykańcza mnie najbardziej ze wszystkich (zawsze wtedy muszą dowalić najwięcej zajęć) i z Michałem spotkałam się zaraz po zajęciach z tej okrutnej chemii. A może to radość, że już po wszystkim co najgorsze i zgodnie z zasadą, że to, co jest najlepsze zawsze zostawia się na sam koniec nadszedł czas na spotkanie z mym lubym? Dobrze mi z nim, kurczę.
22 kwietnia '08