Chemia, Marcin i szczęście do młodych (3)

Nie zaliczyłam chemii, czeka mnie egzamin komisyjny. Nie mam już ochoty po raz setny rozwodzić się nad tym dlaczego... Ale powiem. Zadania zrobiłam wszystkie, pare reakcji mi nie wyszło. I co z tego? A to z tego, że baba zaczęła się mnie czepiać o takie błędy jak jedna strzałka zamiast dwóch, o to, że nie wiem co jest słabym, a co mocnym elektrolitem (to zbyt surowo powiedziane, bo coś o tym wiem). Szczerze mówiąc ona miała w dupie to, że ja poszłam na tą dopytkę z gorączką, że byłam chora. Powiedziała mi tylko, że na drugim terminie chora nie byłam i wtedy mogłam się nauczyć. A rodzice w ogóle mnie nie wspierają tylko strzelili focha i odzywają się do mnie gdy to konieczne. Po co rozmawiać ze swoim dzieckiem, prawda? A... Mama oczywiście walnęła to swoje kretyńskie kazanie na co ja dałam głośniej telewizor, bo nie miałam ochoty tego słuchać. Teraz przynajmniej mam święty spokój. Rodzice do mnie jeszcze, żebym sobie lepiej pracy zaczęła szukać, twierdzą, że ja tego komisa i tak nie zdam. To już nawet Marcin mnie wspiera i mówi, że jestem mądra i zdolna, i że na pewno zdam...

Właśnie... Apropo Marcina. Przedwczoraj, a raczej wczoraj o czwartej nad ranem zadzwonił do mnie nieźle wstawiony. Co prawda po jego głosie nie było wcale tego słychać, ale powiedział mi, że mnie kocha, ale on tak nie może na odległość i, że zresztą brakuje mu tej młodzieńczej werwy, że chce o mnie zapomnieć. Potem dodał, że ma wolne do któregośtam marca, na co ja, żeby przyjechał. Widać, że chce! Widać, że chce ze mną być, ale przez to wszystko co się w jego życiu dzieje chce zapomnieć o miłości i tego typu potrzebach... Powiedział mi, żebym to ja do niego przyjechała. Akurat się świetnie składa bo piątek mam wolny i naprawdę mam ochotę do niego pojechać. Nie mówcie mi proszę, że nie powinnam. Chcę, żebyśmy sobie wszystko wyjaśnili, wszystko. Następnego dnia na moje pytania w SMSach udzielał zdawkowych odpowiedzi typu: tak, nie, nie wiem. O co chodzi?

A w ogóle to miałam sen. Śniło mi się, że pojechałam do Gdyni (to już nie pierwszy raz) i szukałam mieszkania Marcina. Ciężko mi było trafić z dworca. To głupie bo doskonale wiem, że spokojnie dojechałabym z dworca do jego mieszkania. Z jednej strony chciałam mu zrobić niespodziankę (bo w tym śnie on nie wiedział, że przyjeżdżam) a z drugiej strony bałam się, że go nie będzie lub, że wcale się nie ucieszy na mój widok.

Teraz trochę zmienię temat. Ostatnio Emila zanosząc komputer do naprawy podała swój numer telefonu panu, który go naprawiał. Pewnego dnia ten pan wysłał jej SMSa i zaczął puszczać sygnały. Emilka była ucieszona, gdyż pan ten był całkiem przystojny. Na moje pytanie na ile ten pan wygląda Emilka odpowiadała, że na dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery... Nawet numerami Gadu - Gadu się wymienili! I tak sobie rozmawiając okazało się, że pan od komputerów wcale nie jest takim panem acz jeszcze nastolatkiem... Okazało się, że ma dziewiętnaście lat. Emila wcale nie była z tego faktu zadowolona bo ona w tym roku skończy dwadzieścia jeden i nie lubi młodszych. Ach... Jakież to życie jest przewrotne.

20 lutego '08