Wiosna w środku zimy, cudownie. Szczerze mówiąc cieszą mnie dodatnie temperatury i świecące słońce, gdyż poprawia mi to nastrój. Wyrosłam już z radości dołowania się, więc robię wszystko, żeby było jak najbardziej optymistyczne w moim życiu, ale bardzo często mi to nie wychodzi. Dlaczego? Nie wiem... Może ja już jestem taką zgorzkniałą młodą osobą, która tylko stara się myśleć pozytywnie, a rzadko jej to wychodzi? Ewelina zerwała z Kacprem, dziewczyna się odradza i szaleje. A ja? A ja dalej nie wiem co z moim związkiem. Prowadzimy jednominutowe rozmowy przez telefon, piszemy do siebie. Jego głos jest całkiem wesoły, ale czasami wrednie się zachowuje. Zdążyłam już do tego przywyknąć i nie jest tak źle. Grunt, żeby się nie przejmować. No bo po co psuć sobie humor?
Od kilku dni czuję się tragicznie, ale w sensie fizycznym. Chyba łapie mnie grypa. Wczoraj biłam się z myślami czy iść na wykłady, czy też nie. Stałam na przystanku i ujrzałam nadjeżdżający autobus, powiedziałam sobie w myśli:
Jeśli to sto dwadzieścia dwa to jadę na wykłady. Oczywiście miałam nadzieję, że to nie ten autobus, bo nie miałam jakiejś większej ochoty iść i się nudzić na maszynoznastwie czy fizyce (na matematyce się nie nudzę, czasami). Starałam się dojrzeć numerek na autobusie i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to właśnie sto dwadzieścia dwa... Przez chwilę się zawahałam, ale powiedziałam sobie, że widocznie mam jechać na te wykłady, więc wsiadłam do środka.
Z Martą nie poszłam na
maszyny i chemię. Na to drugie nigdy nie chodzę, bo uważam, że to nie ma sensu. Więcej wyniosę czytając podręczniki aniżeli słuchając tej starej baby. Złe podejście? Być może. Piątego lutego mam egzamin, zobaczymy jak na tym wszystkim wyjdę. O ile w ogóle mnie dopuszczą do tego egzaminu! Mam jeszcze do zaliczenia trzy kolokwia! W tym dwa do poprawy, dzisiaj idę. Trzymajcie kciuki. Właśnie... Wczoraj przy tej rozkładającej mnie grypie (czy cholera wie czym) musiałam zrobić jakieś trzydzieści siedem zadań ze stężeń procentnowych i dziewięć z analizy wagowej. Wcale nie napawało mnie to optymizmem biorąc pod uwagę, że byłam wręcz umierająca. Dopiero po dwudziestej mama poczęstowała mnie
Gripexem i jakoś udało mi się w miarę normalnie funkcjonować w moim aktualnym stanie.
U mnie w grupie jest jedna osoba, która potrafi poprawić mi humor. No dobra... Może garstka osób, które to potrafią... Kamila, Karolina, Marta i Marek. Z Karoliną zawsze chodzę na papierosa i słucham jej opowieści, z Kamilą jeżdżę na zajęcia i wracam (mieszka niedaleko mnie), Marta się ze mną
buja, a Marek rozwala tekstami. Ta ostatnia osoba zasługuje na szczególną uwagę. Ostatnio w sali, na moim krześle leżał kapsel od Tymbarka z napisem:
Obejmij mnie. Niewiele myśląc rzuciłam go na ławkę obok, gdzie później usiadł Marek. Sam rzucił okiem na napis...
- Agata, no wiesz? - mówił a ja na niego spojrzałam z politowaniem po czym zaczełam się śmiać pod nosem spoglądając na jego reakcje. Potem wszyscy (oprócz Kamili) poszliśmy do Pasażu Grunwaldzkiego, żeby się napić kawy. Dzwonił Marcin i powiedział mi, że ostatniego wieczoru nie rozmawiałam z nim lecz z jego kolegą. O ile to w ogóle można nazwać rozmową! Ja mówiłam a w odpowiedzi słyszałam jakiś bliżej nieokreślony bełkot. Tak to jest jak się dwóch facetów porządnie spije. Ale wracając do tej kawy. Siedzimy sobie przy stoliku, pałaszujemy bułki słodkie (w przypadku Marty i Marka były to pączki) popijając je kawą i nagle spoglądam na Marka a na jego twarzy maluje się olbrzymie obrzydzenie.
- Ten koleś podrapał się po dupie... - mówi - Po tym rowku! Aż mi pączek w gardle stanął jak to zobaczyłem! - Ja i Marta zaczęłyśmy prawie płakać ze śmiechu a Markowi ta cała sytuacja obrzydziła jedzenie. Śmiesznie jest, naprawdę.
10 stycznia '08