Z Trójmiasta (3)

Z Gdyni wróciłam drugiego stycznia. Na stacji Wrocław - Mikołajów byłam już o dwudziestej drugiej zero jeden. Jazda była dość średnia, nerwowa. Może dlatego, że strasznie tęskniłam za swoim lubym, miałam ochotę płakać, krzyczeć i opowiadać wszystkim dookoła, że bardzo chciałabym z powrotem wrócić do Trójmiasta. Nie to, żeby mi się z Marcinem układało tak cudownie jak kiedyś... Ba... On się nawet zaczął zastanawiać czy potrafi być ze mną tak na stałe, stwierdził, że powinnam schudnąć a w łóżku nie jest mu ze mną jak kiedyś, choć wiadomo... podoba mu się. Już nie jestem dla niego żadnym aniołkiem. Ale w sumie... Aniołkowanie kiedyś musiało się skończyć, tak samo jak moje dzieciństwo czy niewinność (bo to właśnie świadczyło o tej rzekomej anielskości).

W każdym razie teraz było o wiele lepiej aniżeli w wakacje. Dlaczego? W zasadzie w ogóle się nie kłóciliśmy. Czasami tylko strzelałam jakimiś fochami jak robił mi na złość czy coś (i właśnie przez to on się zaczął zastanawiać czy potrafi), ale on nie wiedział o tym, że tak naprawdę to ja się na niego nie gniewam tylko chcę wymusić na nim, żeby podszedł do mnie i przytulił, może pocałował. Ale wszyscy dobrze wiemy, że faceci w ogóle nie są domyślni.

Co z tym wszystkim będzie? Tego chyba nawet Pan Bóg nie wie. W każdym razie samo Trójmiasto było jak zwykle cudowne. Nawet nauczyłam się posługiwać automatami na stacjach Szybkiej Kolei Miejskiej! Piłam drogą cavę (coś w rodzaju szampana) i nie smakowało mi wino za dwie stówy, co Marcinowi się trochę nie spodobało, ale to już nie moja wina, że ja się nie znam na alkoholach, nie pracuję w gastronomii.

Sylwester? Jak wszyscy wiedzą... Spędziłam go na zmywaku. Szczerze mówiąc nie było tak źle jak się spodziewałam, że będzie. A dlaczego? A dlatego, że był to zupełnie inny Sylwester niż dotychczas. Pracowałam bardzo ciężko, ale to nie znaczy, że ominął mnie szampan, śmiechy, chichy i petardy. Co prawda nie jadłam nic przez te kilkanaście godzin (oprócz dwóch kawałków pysznego sernika), choć mogłam, ale nie miałam większej ochoty. Z tego zmęczenia nawet głodu nie czułam. Pokłóciłam się z szefem sali, powiedziałam mu, że jest szefem z bożej łaski. Marcin ogólnie stwierdził, że oboje mamy ciężkie charaktery, zresztą nikt nie lubi tam tego gościa, na mnie też dziwnie patrzyli, ale jakoś mnie to specjalnie teraz nie obchodzi. Pracowałam od siedemnastej do prawie siódmej rano. Zarobiłam dwieście złotych a aktualnie zostało mi z tego jakieś pięćdziesiąt. Ja nie wiem co się z tą kasą stało. W każdym razie w tym miesiącu muszę w tym miesiącu przystopować z imprezowaniem bo prędzej zbankrutuję.

We Wrocławiu zażywam spokojnego, szarego życia, choć o ostatnim piątku nie mogę tak powiedzieć. Kamila porwała mnie do Klubu 54 i zostawiłam tam jakieś pięć dych, może cztery. Głupia jestem, głupia! Ale przynajmniej opiłam się alkoholu za wsze czasy i póki co mam dość.

A w czwartek i sobotę widziałam się z pewnym kimś, jeśli ten pewny ktoś to przeczyta, to będzie wiedział, że jest pewnym kimś, hehe.

6 stycznia 08