Byłam u dermatologa z tą plamką, która zrobiła mi się między piersiami. Okazało się, że to łojotokowe coś, to samo co niby mam na głowie. A co ja mam na głowie? Zwykły łupierz na litość boską, z którym walczę od niepamiętnych lat. W sumie już się do niego jakby przyzwyczaiłam. Aż tu nagle pojawił się pan Head&Shouders i zwalczył część mojego przyjaciela.
W każdym razie weszłam nieśmiało do gabinetu pani Doroty uśmiechając się i mówiąc
dzień dobry. Szczerze mówiąc dziwnie się czuję, gdy idę do lekarza, który jest znajomym lub znajomą mojej mamy. Prawda jest taka, że dzięki temu mam łatwiejszy dostęp do różnych lekarstw, nie muszę biegać po lekarzach rodzinnych po jakieś podpisy bo wystarczy, że przyjdzie pani Dorota, ona da mi odpowiednią notę, podpis, pieczątkę i już jest git. Ale ja czuję dziwny dyskomfort. Raz ściągam sweter przed koleżanką mamy a potem ona po tygodniu przychodzi do nas na kawę, herbatę lub farbowanie. Całe szczęście, że pani Dorota jest tylko dermatologiem! Gdy ściągnęłam sweter od razu usłyszałam co to jest. I teraz będę jadła jakieś tabletki, będę smarowała się cztery razy dziennie jakimiś maściami. A co jest najbardziej pocieszające w tym wszystkim? Że to powraca i moja skóra ma podobne skłonności, co skóra mojego taty.
Miło, prawda? Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć problemy ze skórą.
15 grudnia '07