Wczoraj poszłam do Metropolis. Jakoś nie potrafiłam się dobrze bawić. Tak, między innymi przez Marcina. Wczoraj przez pół dnia wszystko było ok, do czasu aż nie poszłyśmy do Metropolis. Tam spotkaliśmy się z innymi, naszymi znajomymi. Pewnie nie tylko ja twierdzę, że było beznadziejnie. Muzyka całkiem znośna... Tadziu podwalał się do Kaśki a mnie zazdrość zżerała, że niektórzy mogą się bawić parami, a ja nie. Jakiś facet podszedł do mnie i zaczął ze mną tańczyć, taki nawet niezły, a ja cała zesztywniałam... Nie to, że nigdy nie bawiłam się z obcymi na baletach. Nie o to chodzi... Po prostu jakoś dziwnie się poczułam.
O dwunastej, niczym Kopciuszek uciekłyśmy z Kaśką z Metropolis. Kaśka dała Tadziowi swój numer telefonu (a to franca, no!). Nawet zdążyłyśmy na pierwszy nocny autobus, który był siedem minut po dwunastej. Idąc drogą obok kościoła zaczął dzwonić mi telefon.
Mama... - pomyślałam i jakież było moje zdziwienie, gdy na wyświetlaczu komórki ujrzałam zdjęcie Marcina. Z lekko drżącą dłonią odebrałam. Po głosie słyszałam, ze i on beze mnie cierpi. Że wciąż mnie kocha... Ale po co to wszystko? Skoro mnie kocha to dlaczego nie chce ze mną być? Powiedzcie mi... Odległość zawsze można pokonać, to tylko fizyka. Wystarczy wsiąść w pociąg i już po kilku godzinach można się rzucić sobie w ramiona, zawsze można się przeprowadzić... Marcin, czego Ci do kurwy nędzy zabrakło? Czego Ci nie dałam?
Eh... Ale już mi się nie chce płakać i nie płaczę. Bo po co? Idę do kościoła, bo wczoraj wieczorem nagle poczułam nagłą potrzebę odwiedzenia tego miejsca. Zawsze jak tam szłam mając jakiś problem on jakby rozwiązywał się sam i wszystko po jakimś czasie dochodziło do siebie. Może i tym razem to zadziała? Zobaczymy.
Piosenki na dziś:
1 i
2
16/09/07 •
komentarze (4)