Depresjonistycznie bardzo

To już grudzień. Wszystko legnie w gruzach... Wszystko to, powoli doprowadza mnie do depresji. Już nie tej jesiennej, ale jesienno - zimowej. Nie chce mi się już nic. Nawet Marcin twierdzi, że nasz związek nie ma sensu, a ja, pozbawiona siły nawet nie mam ochoty go specjalnie przekonywać. Ta odległość nas zabiła. Tak, Wy wszyscy, którzy mówiliście, że to nie pociągnie długo, że to wszystko się skończy, że tak na odległość się nie da mieliście racje. Weźcie sobie ze sobą to moją cholerną nadzieję.

Mam wszystkiego dość, chce mi się płakać. Nie potrafię od nowa ułożyć sobie życia. Nie potrafie wziąć się za siebie, za swoją przyszłość. Czasami czuję się jak takie wegetujące zgliszcze człowieka. Wszystko zniszczyli moi rodzice... Moją przyszłość, związek i sposób myślenia. Dziękuję...


2 grudnia 2007   ×   komentarze (6)


Poniedziałkowy poranek

Ja już nie wiem o co tym wszystkim ludziom chodzi, naprawdę. Wczoraj zrobiłam dwadzieścia (no dobra, z siedemnaście) zadań z alkacymetrii i jakieś dziesięć redoksów (w tym jeden mi nie wyszedł). Przede mną jeszcze morze zadań z redoksometrii i dwa rysunki na grafikę inżynierską, a ja, zamiast siedzieć z nosem w książkach i kalkach piszę notkę na blogu. A co mi tam...

Pragnąc oderwać się od życiowego motłochu rysuję obrazki i koloruję je w Photoshopie. Fajnie, nie? Co prawda wielkim rysownikiem nie jestem, ale może kiedyś będę, bo kto to wie...? Cały czas próbuję nowych technik sztuki photoshopowej. Tutaj możecie zobaczyć moje dzieła.

Marcin jest, bo jest. Nie wiem szczerze mówiąc już co mam o nim napisać, bo odnoszę wrażenie, że on sam nie wie czego chce. Najpierw pisze mi, że to nie ma sensu, po czym mówi do mnie per kochanie, a następnie nie chce przesłać mi buziaka na dobranoc, a potem znowu... To takie idiotyczne błędne koło, które trzeba albo wyprostować, albo po prostu z niego wyjść. Nie komentujcie jego zachowania, proszę, bo ja też już nie mam siły nawet o tym pisać. Po prostu brak słów. Powalczę trochę o niego, może znajdę w sobie siłę.


3 grudnia 2007   ×   komentarze (5)


Żal

A teraz muszę wyładować tutaj swoją najświeższą frustrację! Wierzcie, albo nie, ale nie sądziłam, że dwudziestotrzyletni facet może być aż tak pusty, niczym szesnastoletnia, tleniona blondynka, Chryste!

Jakiś czas temu miałam ochotę z kimś porozmawiać i znalazłam sobie kogoś takiego. Nasza rozmowa była dość sympatyczna, chłopak ma właśnie dwadzieścia trzy lata i okazało się, że to kuzyn mojej koleżanki z gimnazjum. Mieliśmy się jutro spotkać na spacerek po Wyspie Słodowej. Zapowiadał się całkiem przyjemny wieczór, bo z gościem rozmawiało mi się naprawdę dobrze! Jednak ja cały czas mu powtarzałam, że ja nie traktuję tego jak jakiejś randki, tylko jako zwykłe spotkanie. On mi coś mówił, że mam takie piękne, błękitne oczy, że jestem na pewno ładna i żebym mu przesłała swoje zdjęcie, gdzie widac mnie całą. Nie lubię ludziom rozsyłać moich zdjęć, gdzie widać mnie od stóp aż po czubek głowy... To wynika między innymi z moich kompleksów. Zresztą mi było obojętne jak on wygląda, także doszłam do wniosku, że jemu też powinno być to obojętne. Cały czas mu powtarzałam, że nie jestem superlaską, z którą mógłby być i żeby się nie nastawiał bo się może rozczarować, że ja chcę tylko z nim porozmawiać.

I dzisiaj wreszcie postanowiłam mu wysłać te swoje fotki, gdzie widać mnie całą. Nie wyglądałam na nich jak jakaś szafa trzydrzwiowa, ani też jak modelka. Po prostu... Wyglądałam normalnie, tak jak ja. Jednak wcześniej rozmawialiśmy na Gadu - Gadu i on powiedział mi, że rozmawiał z Gosią (tą moją koleżanką) i ona powiedziała mu, że ja nie jestem taką dziewczyną, jakiej on szuka. Przesłałam mu zdjęcia, na co on stwierdził, że Gosia miała rację i niestety ze spacerku nici. I nie to, że szuka modelki, ale on chce dziewczynę ładną i inteligentną, i niestety tego nie zmieni. Kurwa, za przeproszeniem... Ale on też nie jest ani ładny, ani za bardzo inteligentny i na pewno już nie w moim typie. Jako kolega, owszem, mogłabym z nim pogadać... Ale kurrrrrwa... Ze spaceru nici bo jesteś za gruba! Co za palant! Co za idiota! On ma dwadzieścia trzy lata? No przepraszam bardzo... Ale zachował się jakby miał conajmniej szesnaście! I znowu popadam w kompleksy. Bo tak, jestem za brzydka, żeby się spotkać na pogawędkę nawet z jakimś pustym palantem.

Żal.


10 grudnia 2007   ×   komentarze (7)


Patologia w domu

Dzisiaj idę poprawić pierwsze koło z chemii. Ciekawe czy uda mi się wreszcie coś zaliczyć na tym przedmiocie. Porażka, co nie? Za piętnaście minut muszę iść się wykąpać, a potem biegnę na uczelnię. Po poprawce mam jeszcze dwa wykłady, na które nie chce mi się iść tak bardzo, że chyba w końcu nie pójdę. Najwyżej jak będzie lista to poproszę Martę, żeby mnie wpisała. Ale ze mnie oszust!

Z mamą kłócę się coraz częściej. Ale to chyba standard... Szlag mnie trafia na samą myśl, że wróci do domu i będzie mi jęczeć nad uchem, że to zrobiłam źle, że tego nie zrobiłam w ogóle, że jest syf, burdel, że ona już nie może patrzeć na to mieszkanie, że wreszcie mogłabym posprzątać w swoim pokoju, że jak mogę wyjść z domu nie ścieląc łóżka, że jestem leniwa, że mam czas na Emile i Creatory a nie mam czasu na porządki, że muszę się uczyć, że jestem taka, sraka i owaka. Szczerze mówiąc to nerwicy można dostać! Ja nie wiem... Moi rodzice twierdzą, że to ja potrzebuję specjalistycznej pomocy, a to chyba z nimi jest coś nie tak, a już szczególnie z mamą! Nasz kontakt jest koszmarny. Co jej powiem, to zaraz wykorzysta to przeciwko mnie. Ja powinnam rzeczywiście zamilknąć po tej sytuacji z Maćkiem N. Co prawda miałam wtedy nie więcej jak dziesięć lat, ale jednak... Zwierzyłam się mamie, że jestem zakochana po uszy w pewnym Maćku. Rodzice chłopca byli znajomymi moich i któregoś dnia odwiedzili nas. Mama, przy całej naszej rodzinie i rodzinie Maćka oznajmiła, że Agatka (czyli ja) kocha Maciusia (to była porażka). I od tej chwili postanowiłam nie mówić mojej mamie o moich sprawach sercowych. Dopiero po kilku ładnych latach oznajmiłam jej, że jestem z Marcinem. Wcześniej, gdy pytała czy podoba mi się jakić chłopak permanentnie odpowiadałam, że nie, co oczywiście nie było prawdą, bo dość sporo ich się przewinęło zanim poznałam Marcina (ale i tak z żadnym nie było nic więcej, oprócz pojedyńczych pocałunków i przytulanek).

Przedstawienie mojej mamie Marcina nie zaowocowało czymś złym, ale za to zwierzanie jej się z tego, co on mi zrobił, gdy ze mną zerwał było złym posunięciem z mojej strony. Potem moja mama łaziła za mną i powtarzała: Agatko, obiecaj mi, że już się nie zwiążesz z tym człowiekiem. Ja jej wciąż odpowiadałam, że tego obiecać jej nie mogę. I gdy zeszliśmy się znowu zaczęła gderać, że ją okłamałam, że ją oszukałam i takie tam. Boże... Pomóż mi znaleźć mieszkanie, bo ja w tym domu niedługo zwariuję! Wszystko co zrobię jest źle, wszystkie kłótnie w tym domu są przeze mnie, przez moje zachowanie. Pragnę dać tym ludziom trochę spokoju, dlatego marzę o przeprowadzce. Z dnia na dzień myślę o tym coraz poważniej. Mogłabym poszukać z jakąś koleżanką pokoju, albo mieszkania z kilkoma. Już nawet z Kaśką rozmawiałam na ten temat i doszłyśmy do wniosku, że za jakiś rok, albo dwa rzeczywiście możnaby było tak zrobić.


13 grudnia 2007   ×   komentarze (3)


Stwierdzenie moje

Ostatnio doszłam do wniosku, że nawet największa radość może zostać przytłumiona przez największy smutek. Wiem, że to pesymistyczne stwierdzenie, ale w moich oczach to niestety prawda. Resztki optymizmu wypływają ze mnie jak woda ze stłuczonego dzbanka.

Jednak mam w sobie szczyptę humoru, ale tego czarnego i sarkastycznego niestety. Całe szczęście, że chociaż on utrzymuje mnie na duchu.


14 grudnia 2007   ×   komentarze (1)


Skórzane problemy

Byłam u dermatologa z tą plamką, która zrobiła mi się między piersiami. Okazało się, że to łojotokowe coś, to samo co niby mam na głowie. A co ja mam na głowie? Zwykły łupierz na litość boską, z którym walczę od niepamiętnych lat. W sumie już się do niego jakby przyzwyczaiłam. Aż tu nagle pojawił się pan Head&Shouders i zwalczył część mojego przyjaciela.

W każdym razie weszłam nieśmiało do gabinetu pani Doroty uśmiechając się i mówiąc dzień dobry. Szczerze mówiąc dziwnie się czuję, gdy idę do lekarza, który jest znajomym lub znajomą mojej mamy. Prawda jest taka, że dzięki temu mam łatwiejszy dostęp do różnych lekarstw, nie muszę biegać po lekarzach rodzinnych po jakieś podpisy bo wystarczy, że przyjdzie pani Dorota, ona da mi odpowiednią notę, podpis, pieczątkę i już jest git. Ale ja czuję dziwny dyskomfort. Raz ściągam sweter przed koleżanką mamy a potem ona po tygodniu przychodzi do nas na kawę, herbatę lub farbowanie. Całe szczęście, że pani Dorota jest tylko dermatologiem! Gdy ściągnęłam sweter od razu usłyszałam co to jest. I teraz będę jadła jakieś tabletki, będę smarowała się cztery razy dziennie jakimiś maściami. A co jest najbardziej pocieszające w tym wszystkim? Że to powraca i moja skóra ma podobne skłonności, co skóra mojego taty.

Miło, prawda? Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć problemy ze skórą.


15 grudnia 2007   ×   komentarze (4)


Krótkie sprawozdanie z wydarzeń

Po tych wszystkich odżywkach i maseczkach do włosów moje kłaki po prostu się przetłuszczają. Kurde, tak źle i tak niedobrze. O co w tym wszystkim chodzi? Chcę mieć piękne, jedwabiste włosy jak te wszystkie panie w reklamach. Niemożliwe? Oczywiście, że niemożliwe. Te włosy i tak pewnie nie są ich albo zawierają tony wosku, który kosztuje majątek, a po jego spłukaniu wyglądają koszmarnie, tak jak mogą wyglądać włosy po setkach farbowań, osłabione lakierami, piankami i innymi specyfikami.

Jeszcze tylko dwa dni zajęć a potem wolne! Planuję dwudziestego siódmego grudnia pojechać do Marcina, wrócę dopiero drugiego stycznia. Szczerze mówiąc mało interesuje mnie co moja mama ma do powiedzenia. Zresztą już ją poinformowałam, że jadę do mego lubego a jej nic do tego. Ona tylko machnęła ręką i stwierdziła, że już nie wie co ma do mnie mówić. Krótko mówiąc - dała sobie spokój. A przynajmniej teraz mi się tak wydaje.

Jakie plany na Sylwestra? Niektórzy już wiedzą co będę robić. Szczerze mówiąc jakoś nie płaczę z tego powodu. Pójdę z Marcinem do pracy, będę siedzieć całą noc przy zmywaku, a Marcin będzie kelnerował. Szczerze mówiąc zbrzydły mi już imprezy z morzem alkoholu, które zawsze, w moim przypadku kończą się tak samo... Czyli jak? Czyli w toalecie. Niczego fajnego w tym nie ma, a potem z rana kac. A tak to przynajmniej zarobię sobie jakieś pieniążki (około dwieście złotych) i wrócę z rana do domu, z Marcinem. Pewnie wypijemy trochę szampana, poprzytulamy się i pójdziemy spać. Na pewno będzie miło, choć pracowicie.

A tak apropo pieniędzy... Ostatnimi czasy Emila wspominała mi, że być może znalazła się dla mnie praca, ale to póki co nic pewnego. Wczoraj Emila miała telefon, że ta praca jest. Zadzwoniłam do odpowiedniej pani (bardzo miła osoba) i okazało się, że jest dla mnie praca w weekendy, w Magnolii w sklepie z biżuterią. Hurra! Moja mama oczywiście na początku miała co do tego jakieś wątpliwości, ale ja jej tylko powiedziałam, że mam już dość wyłudzania od niej pieniędzy, więc chcę iść do pracy. Po krótkim czasie stwierdziła, że się nawet cieszy z tego powodu, bo przynajmniej nie będę łazić po nocach, po jakichś pubach jak to ostatnio było.

A tak w ogóle to kupiłam sobie perfumy z FM, zapach Kenzo! Ach...


20 grudnia 2007   ×   komentarze (9)


Do niedowiarków

Do wszystkich, którzy nie wierzyli w moje plany... Dzisiaj byłam na Dworcu Głównym i zakupiłam bilet z Wrocławia Głównego do... No zgadujcie! Zgadliście wreszcie? Tak, właśnie, do Gdyni Głównej! A jeszcze śmieszniejsze jest to, że bilet ten zafundowała mi moja mama. Co oczywiście nie oznacza, że ona wraz z ojcem są za tym, żebym do mego lubego jechała, aczkolwiek cieszę się strasznie, że już jutro będziemy razem. Teraz podchodzę do tego wszystkiego z dystansem, bo wiem jak było ostatnio. W każdym razie... I tak się cieszę! Co prawda ośmiogodzinna, samotna podróż wcale nie napawa mnie optymizmem, ale wiem co mnie po tych ośmiu godzinach czeka.

Marcin wczoraj napisał mi kilka miłych SMSów. Może rzeczywiście po tym moim pobycie tam coś się zmieni? Podskórnie czuję, że tak. Ale wolę mówić sobie może niż na pewno bo chyba lepiej uniknąc niemiłego rozczarowania, prawda?

Święta minęły w prawie rodzinnej atmosferze. W prawie ponieważ kłócę się z ojcem o ten wyjazd do Marcina. On w ogóle nie jest za tym, żebym tam jechała. Mówi się trudno, jego sprawa. Wracając do Świąt... Wigilia przebiegła całkiem znośnie, podobnie było z pierwszym i drugim dniem. Dostałam w zasadzie to, co chciałam dostać, czyli perfumy i zegarek, do tego jakieś rajstopy i terminarz.

Kończę już. Ale z racji tej, że do Nowego Roku żadnej notki tu już nie umieszczę chciałabym wszystkim życzyć świetnej zabawy na Sylwestra i szczęśliwego 2008 roku! Nie pijcie za dużo! Albo nie... Pijcie ile wlezie, bylebyście tylko zapamiętali imprezę, hehe.


26 grudnia 2007   ×   komentarze (8)