O spaniu słów kilka

Mój tryb życia jest zupełnie niezdrowy i przerażający. W tygodniu chodzę spać w środku nocy, a potem wstaję przed szóstą. Na palcach jednej ręki można policzyć ile godzin śpię. Cztery? No... Czasami nawet trzy bo dość często spędzam część wieczoru i kawałek nocy z telefonem w rączkach. Potem pół dnia siedzę w szkole. Kiedy przychodzi piątek, po powrocie ze szkoły kładę się spać i śpię jak suseł. Dzisiaj na przykład przespałam trzynaście godzin. Dłużej niestety nie dałam rady. Pomimo usilnych starań mój organizm krzyczał: dość tego spania! Śniadań przeważnie nie jem, a jeśli już to w pośpiechu (przeważnie biegnąc na przystanek). W szkole faszeruję się niezdrową, niewymieszaną kawą (trzeba chyba jakoś żyć po nieprzespanej nocy, prawda?). Jak nie żal mi pieniędzy kupię sobie jakąś bułkę, którą podzielę się z Kamilą (tak, bo ona często daje mi kanapki). Ale co z tego, skoro w szkole spędzam pół dnia?

Ale ogólnie rzecz ujmując muszę przyznać, że nie jest źle. Jakoś się żyje. Pocieszam się myślą, że już niedługo Boże Narodzenie. Miło jest usiąść z rodziną przy wigilijnym stole. Choć przeważnie nudzi mi się wtedy przeokropnie to i tak jest całkiem sympatycznie. Naprawdę, naprawdę.

A z wtorku na sobotę Mikołajki! Choć jestem już za duża na to święto, to i tak cieszę się jak małe dziecko. Tylko, że pojawi się tutaj subtelna różnica pomiędzy tym co było pare(naście) lat temu, a tym co jest dzisiaj. Będąc dzieckiem, nie mogłam zasnąć z wrażenia (bo przyjdzie Mikołaj/mama!) a teraz zapewne będę tak zmęczona, że padnę jak kłoda, nie myśląc już o żadnych prezentach, niespodziankach, mamach i Mikołajach. Przerażające.


2 grudnia 2006   ×   komentarze (5)


Bo to wtorek już, wtorek!

Z Człowiekiem, który napisał książkę chodzę niemalże wszędzie. Molestuję go w autobusie, w parku, w siedzibie Oriflame, na przerwach, w klasie i w czytelni. Świetne, świetne. Pikantne historyjki to coś, co ostatnimi czasy pochłaniam tonami. Czy to dziwne? Chyba po raz kolejny sięgnę po Pamiętniki Fanny Hill. Ale muszę dokończyć poczynania Ezry Gordona.

Kiedy dzisiaj siedziałam sama w parku, czytałam wyżej wspomnianą książkę i paliłam papierosa, pisałam SMSy do M. to po mojej główce chodziły różne myśli (nie, nie te lubieżne). Ileż można tak myśleć? No ile? Dość tego niedoceniania siebie. Mam swoje lata (ojojoj...) i powinnam spojrzeć na siebie pod innym kątem.

Facet sprawdził próbne matury z matematyki. Porażka, motyka i słońce. Ale co, no... Zdałam przynajmniej! Dobrze, że to tylko próbna.


5 grudnia 2006   ×   komentarze (6)


Głupie wynurzenia o głupocie i mniej głupie o czymś innym

Kiedyś wszystko dla mnie było śmieszne. Teraz wszystko jest głupie. Ja jestem głupia, drzewko jest głupie, słoneczko jest głupie, świat jest głupi i życie jest głupie. Wszystko pozbawione jest najmniejszego sensu. Ale cóż... Nadal twierdzę, że sensem czegoś może być bezsens (czy brak sensu, to zależy od tego jak komu pasuje).

Słucham wyjadaczy mózgu, czyli tak zwane System Of A Down. Czuję sentyment do tego typu muzyki. W końcu nie tak dawno miałam te szesnaście lat i czarne glany, prawda? To dwa lata temu byłam szalenie zakochana w Pawle numero uno. A co najlepsze? On we mnie też. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że ja się rozmyśliłam i doszłam do wniosku, że jednak Pawła nie kocham. Och... Jakaż ja byłam głupia. Tak, i od tego czasu wszystko dla mnie było głupie... Drzewko jest głupie, słoneczko jest głupie, wszystko jest głupie.

Głupota ludzka nie zna granic. Głupota świata nie ma tej granicy! I to jest właśnie najgorsze. Zatapiamy się w głupocie. O Głupoto, czegóż chcesz od nas, od zwykłych śmiertelników?

Głupotowe wywody są z serii tych bezsensownych, które docierać mają do wąskiego grona odbiorców. Czyli do nikogo. Bo kto ciekaw głupoty? Ach tak... To tylko świadectwo głupoty mej, głupoty umysłu mego.

Zaczęłam pisać. Nie, to, co piszę nie są żadne głupoty. To znaczy z mojego punktu widzenia nie są to żadne głupoty. Przeczytały to jak na razie dwie osoby. Ja i ten gość, którego swoją drogą, we wtorek ujrzę na własne oczy. Szczerze? Doczekać się nie mogę.


9 grudnia 2006   ×   komentarze (6)


Ciekawy wieczór a raczej półtorej godziny dnia wczorajszego

Właśnie wypiłam garnek kawy. Robimy zakłady. O której zasnę? Najchętniej w ogóle bym nie spała tylko ślęczała przez całą noc nad książkami. Tak, to takie moje małe marzenie. Żeby w ogóle nie spać i iść rano do szkoły z worami pod oczami, na garnku kofeinowej ambrozji i bez makijażu. Jeśli chodzi o to ostatnie, to muszę powiedzieć że od pewnego czasu nie mam na to czasu. A to przedziwne jest bo jakiś miesiąc temu rezygnowałam ze śniadania na rzecz mejkapu. Tak, ja naprawdę czasami jestem próżną blondynką. Nawet na Mikołajki dostałam od Kamili paletę cieni. Czyżby zauważyła, że przestałam się malować, bo jednak wolę wszamać jakąś kanapkę z rana? Może.

Wczoraj spotkałam się z niejakim Jarkiem. Śmiech na sali. Żeby w środku imprezy prosić kobietę o pożyczenie złotówki a właściwie to poprosić o danie tej złotówki bo w końcu postawiłem ci piwo jest śmieszne. Przepraszam bardzo, a czy ja go prosiłam, żeby mi tą Wareczkę postawił? Po prostu podszedł do baru, kupił i mi dał. No coż, no, dzięki wielkie, jestem bogatsza o te pięć złotych i dobrze mi z tym (właściwie to o cztery, bo z dobroci serca dałam chłopakowi tę złotówkę, niech ma i się cieszy). Pomińmy szczegół, że zaproponowałam tego cholernego Creatora, w którym nie było nawet miejsca do siedzenia a muzyka tak dawała po uszach, że kiedy głupio było mi po raz trzeci mówić co? po prostu domyślałam się z kontekstu co ma na myśli. No cóż... Kolejny niewypał. Zdarza się. Ale przynajmniej ciekawie było.


10 grudnia 2006   ×   komentarze (6)


Jeszcze ciekawszy dzień

Padam z nóg. Pomimo dwóch kaw i dwóch filiżanek herbaty cynamonowej zasnę tej nocy bardzo szybko.

Ale, ale... Zasnę! Z uśmiechem na twarzy. Dziękuję Ci Pawle za mile spędzony dzień. Szczerze mówiąc dawno nikt nie poświęcił mi tyle czasu. Dzięki raz jeszcze.

Szczegóły? Jak nabiorę sił. I jeśli zechcę.


12 grudnia 2006   ×   komentarze (4)


Streszczenie tygodnia, w telegraficznym skrócie

Dwa Reddsy, paczka papierosów i człowiek już się cieszy. Takie są uroki piątków, kiedy to z przyjaciółką stwierdzamy, że trzeba jakoś odreagować miniony tydzień, który jak zawsze jest cholernie ciężki i w ogóle najlepiej o nim zapomnieć.

Jednakże ja o minionym tygodniu zapominać nie chcę. A już na pewno o wtorku. No... Może chciałabym o środzie bo po raz pierwszy w życiu obudziłam się w stanie gorszym niż na kacu (a to tylko po dwóch kawach i herbatach). Także jednak środę chętnie wyrzucę z mojego życiorysu. Czwartek - kompletne duszenie się ze śmiechu na jakimś bardzo poważnym przedstawieniu szkolnym, które mówiło o tragedii trzynastego grudnia. Nie wiem, może po prostu nie potrafię być poważna wtedy, kiedy powinnam. Piątek? Dzień ulgi.

Pieniądze z moich cudownych, lipcowych urodzin poszły na aparat. Już niedługo zacznie się zdjęciowe szaleństwo. To znaczy nie... To szaleństwo już się zaczęło jakieś dwa lata temu, ale teraz to będzie szaleństwo - szaleństwo. Aparat będzie moją trzecią ręką! Nie, czwartą, bo trzecią jest telefon komórkowy. W ogóle... Wypadałoby kupić jakiś nowy bo ten doprowadza mnie do szału, sprawia, że dostaję kręćka i szlag mnie jasny trafia, kiedy pisząc hiper - mega - przeraźliwie długiego SMSa zawiesza mi się i muszę wyciągać baterię, żeby zresetować to cholerstwo. No i weź tu nie bądź nerwowym!


16 grudnia 2006   ×   komentarze (7)


Wtorkowe wkurzenia, wynurzenia i podenerwowania

Felerny wtorek. Kretynizm do potęgi entej, jak to często mawiam. Już nawet nie chce mi się robić herbaty i siedzę przy kartonie wieloowocowego soku Moreno i tak klepię w tą klawiaturę. W końcu powinnam uczyć się słówek na angielski... Cholera! Sok się skończył.

- Niech się pani uśmiechnie! Jutro będzie gorzej! - powiedziała Kamila do Gieni, gdy tamta rozdając nam sprawdziany z fizyki obdarzała nas zniesmaczonymi minami.

I co jest w tym wszystkim najgorsze? Że szanowna Kamila wykrakała. Cholera jasna (cholera, cholera, cholera...!). Litry łez, histerie itepeitede.

Wszystko zaczęło się niepozornie. Piękne cztery lekcje. Po szkole poszłam do Empiku, żeby kupić kartkę świąteczną dla mojego M. Stałam nad tymi kartkami dobre dwadzieścia minut. Wiadomo... Zanim zdecydowałam którą, z jaką kopertą, to minęło trochę czasu. W końcu nie mogę wysyłać jakiegoś chłamu.

Wyszłam z Empiku i powędrowałam do McDonalda na kawę. I tutaj zaczęły się schody. Poprosiłam o dużą, czarną. Pan z wielką łaską podał mi napój i zabrał moje ostatnie grosze. Weszłam sobie po schodkach na górę z nadzieją, że znajdę jakieś dogodne miejsce. No i znalazłam, acz średnio dogodne. Dobra, może być tutaj, siadam - pomyślałam i tak zrobiłam. Otworzywszy wieczko moje oczy ujrzały CZARNĄ kawę. Tylko, że dosłownie. Myślałam, że mnie szlag trafi. Kawa bez mleczka?! Czy kogoś tu pogięło?! Przecież to istne szaleństwo! Ja mam pić takie szczyny? Tak... Nie miałam innego wyboru. Przecież nie mogę wylać całych czterech złotych i dwudziestu groszy, prawda? Prawda - odparło echo.
Wsypałam saszetki z cukrem i zaczęłam pić. Gorzka, ale nie taka zła. Wyjęłam zeszyt z matmy, wyrwałam jedną kartkę i postanowiłam napisać opowiadanie. Spojrzałam na faceta, który siedział naprzeciwko mnie, postanowiłam napisać o nim. Ot tak sobie, zainspirował mnie. Taki chłopczykowaty, czyli typ, który Agatki lubią najbardziej. Siedziałam, zerkałam na niego od czasu do czasu i skrobałam literka po literce. Jakież było moje zdziwienie, gdy tamten w ciągu dziesięciu minut pożarł frytki, Big Maca i jakiś bliżej nieokreślony, gazowany napój. Moja inspiracja sobie poszła. Dobra, trudno się mówi.

Pisałam dalej. Piłam tą cholerną kawę, gdy zostało mi troszkę na dnie podeszła od mnie jakaś dziewczyna...

- Przepraszam, czy tu wolne? - spytała stojąc nade mną z tacką wypełnioną jedzeniem.

Nie, spieprzaj mi stąd, tu ludzie tworzą.

- Tak, wolne - odparłam. Cholera, gdzie podziała się moja asertywność? Posadziła swoją pupkę na krzesełku, wyjęła książkę od historii, po chwili otworzyła ją i zaczęła się uczyć. Dopisałam dwa zdania do mojego opowiadania, dopiłam obrzydliwą kawę, założyłam szalik i kurtkę po czym opuściłam lokal.

Postanowiłam pójść na tramwaj, gdyż na sto dwadzieścia dwa nigdy nie można liczyć.

W domu naszła mnie po raz drugi wena. Postanowiłam robić zdjęcia aniołkowi, którego moja babcia otrzymała od swojej córki (czyli od cioci, krótko mówiąc, mojej cioci). Chciałam sobie świąteczną tapetę na pulpit zrobić. I co? I stała się rzecz, która doprowadzi mnie do grobu... W moich rękach zepsuła się najdroższa zabawka (nie licząc samochodu) tatusia. Dlaczego cholera w moich rękach?! Zrobiłam zdjęcie temu kretyńskiemu aniołkowi i nagle wyświetlacz zaczął mi się rozmazywać. Zaczęłam głęboko oddychać, starałam się panować nad sytuacją. Potem wielkie naprawianie. Nic. Wyświetlacz wciąż się rozmazuje. No to wpadłam w panikę. Dlaczego do cholery w moich rękach? No dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Znowu będzie na mnie.

Potem przyszła mamusia, która jeszcze przed zebraniem walnęła mi wykład na temat mojej potencjalnie strasznej przyszłości, w której widzi mnie bez pracy i wykształcenia. Ja przecież za pięć miesięcy mam maturę a tak naprawdę, to nic sobie z tego nie robię. Nie uczę się biologii! Gdy coś staram się jej wytłumaczyć, to ona wie swoje. Wiesz co, mamo? Powiem Ci brzydko... Pieprz się! Wybaczcie mi, ale gdy mam przed oczami widok mojej mamy prychającej mi i twierdzącej, że ona lepiej zna szkolne struktury i placówkę mojej edukacji ode mnie, to szlag nagły mnie trafia.

Idę do słówek. Podróżowanie i turystyka, już mnie na wymioty bierze.


19 grudnia 2006   ×   komentarze (7)


Piętnaście, piętnaście, piętnaście

Jest godzina piętnasta. Za jakieś piętnaście minut (ach to piętnaście i piętnaście) muszę wyruszyć na przystanek autobusowsy, wsiąść do tegoż środka komunikacji, przejechać jeden przystanek, potem poczłapać chodnikiem i znaleźć się tuż przed domofonem pani Danuty L., która usilnie stara się przygotować mnie to matury rozszerzonej z języka polskiego. Nie chce mi się. Och, naprawdę mi się nie chce. Przez ostatnie kilka miesięcy już tak mam. Potrzebuję odpowiedniej motywacji, a że takowej mi brak to niestety wciąż będę chorowała na nicmisięniechceidupa.
Jutro jest wigilia klasowa. Nie idę. Powody? Patrz wyżej. Albo nie, nie patrz wyżej. W sumie to chce mi się iść, ale idą akurat te osoby, którym nie mogłabym z pięknym i szczerym uśmiechem złożyć życzeń. Nie płynęłyby z głębi serca. Po co więc się męczyć i być fałszywym? Powiem śliczne wszystkiego dobrego osobom, które darzę sympatią i ucieknę ze szkoły wraz z Kamilą i jeszcze kilkoma osobami.

Jaka ta opiekunka mojej babci jest nieuważna! Co za kobieta... Żeby zamknąć nas w domu od drugiej strony, żeby nie można było go opuścić? To przecież paranoja. Niech Pani Alinka nauczy się wreszcie zamykać drzwi tak, abyśmy mogli opuścić dom. Teraz pewnie spóźnię się na te korepetycje z polskiego. Pięknie, pięknie.


21 grudnia 2006   ×   komentarze (11)


Przedświąteczne porządki

Nie mogę w to uwierzyć. Całkiem niedawno posprzątałam w swoim pokoju. Przetrzepałam wszystkie półeczki, pokrztusiłam się kurzem i teraz jest cacy. Wzięłam prysznic i odpoczywam w rytmach Radia Eska i Radia Zet.

Przedwczoraj przyszedł mój aparacik. Moje nowe, śliczne dziecko. Jest boski, ma piękny obiektyw i robi śliczne zdjęcia. Miałam poczekać z nim do Wigilii, ale wiadomo, że jestem kobietą niecierpliwą, tak więc otworzyłam go od razu, kiedy znalazł się w moich rękach. Nie, przepraszam... Przez pierwsze piętnaście sekund próbowałam się powstrzymać przed otworzeniem go, ale niestety nie dałam rady. I zaczęło się wielkie pstrykanie. Oczywiście niczego konkretnego, no bo jakie zdjęcia można robić w domu? Artystyczne pudełko po ptasim mleczku, uschnięta i zakurzona już róża, dzwoneczek wiszący na mojej lampie... Aktualnie czekam na choinkę, wtedy zrobię jakieś potencjalnie ładne zdjęcia.

Moje Święta wcale nie są wesołe. Wczoraj zabrali moją babcię do szpitala. Biedna... Ma zapalenie opon mózgowych i nie będzie jej na Wiglii. Ja nie wiem, przecież to jest jakieś okrutne fatum! Jak los mógł tak skrzywdzić człowieka, że każe mu siedzieć w najpiękniejszy (teoretycznie) dzień w roku, w szpitalnym łóżku?! Przecież to jest straszne.

Po Świętach może spotkam się z M. Ciekawe jak to będzie...


23 grudnia 2006   ×   komentarze (9)


Wigilia

Błękitna kolęda - J. Pietrzycki

Ktoś miłowany tu przyjdzie
Dobre obejmą nas ręce
I będą nasze uśmiechy
srebrnym błękitem dziecięce.

Ktoś miłowany nam powie:
Tęsknotą waszą zakwitnę,
Ponad srebrnymi łodziami
ujrzycie żagle błękitne.
Jakże daleko —
daleko fala nas życia poniosła
Wszystko się ku nam przybliży:
żagle i łodzie, i wiosła.

Wszystko się ku nam przybliży
i w zachwyceniu ukaże
Dawno zgubione radości,
imiona nasze i twarze.

Gwiazdy melodią zaszumią,
struny się dźwiękiem rozpędzą.
Będziemy sami dźwiękami
i tą błękitną kolędą.


Wszystkiego co najlepsze dla Was i Waszych rodzin. Zdrowia, szczęścia w nadchodzącym 2007 roku.


24 grudnia 2006   ×   komentarze (7)


Mikołaj pod choinkę przyniósł mi wór pełen przygód

Najciekawsze Święta w moim dość krótkim życiu. Dwudziesty szósty grudnia, godzina piąta rano - wymykam się z domu do Aleksandra, który mieszka trzy bramy obok. Dość tej monotonii. Namiętny poranek z facetem, którego pragnęłam od dwóch lat wreszcie zrealizowany. Po wszystkim mały kac moralny bo na drugi dzień odbyło się pierwsze spotkanie z M.

M. chwycił mą dłoń a po moich plecach przeszedł większy dreszcz aniżeli przez cały poranek z Aleksandrem. Już nie będę tutaj porówynywać pocałunków bo te od M. były bez porównania lepsze.

- Serduszko puuuuuka w rytmie cza-cza - zanuciła Ewelina spoglądając na mnie zza szklanki dużego piwa z sokiem.

- Oj tam, zaraz serduszko puka! - powiedziałam. Odganiałam dość skutecznie od siebie tą myśl, ale w jednej chwili, gdy przypomniałam sobie dotyk M. w kinie, smak jego ust, zapach na mych włosach od razu spełniały się słowa piosenki. Jedyne co mi się nie podobało w tym spotkaniu to to, że było ono takie krótkie. Następnym raze zaaranżujemy coś dłuższego.

Wczoraj mały powrót do lat, kiedy to się było małym szkrabem i miało się zero większych problemów. Spadł śnieg. Ja z przyjaciółką i P. rzucaliśmy się śnieżkami. Cóż za zabawa. Przednia wręcz, przednia. Potem z Kasią położyłyśmy się pod naszym blokiem i robiłyśmy aniołki. Pysznie, pysznie. Szkoda, że ten cudowny puch już się roztopił i zostało go niewiele.

A M. dzisiaj w pracy... Dlaczego? Dlaczego?


29 grudnia 2006   ×   komentarze (3)


W sylwestrowo - refleksyjnym klimacie

2006 rok był naprawdę ciekawym rokiem. Choć początek dość depresjonistyczny, to jednak mogę zaliczyć go do serii tych udanych, niewątpliwie. Wakacje (wtedy poznałam mojego M., który jeszcze nie był mój), fragment roku szkolnego, moje pierwsze dni dorosłości (tylko takiej papierkowej) i ostanie dzieciństwa (też tylko tego papierkowego).

Jak będzie? Tego nie wiem. Jak na razie to orientuję się tylko co będzie się działo dzisiaj. Niestety bez M., nad czym cholernie ubolewam. Ale takie są uroki jego pracy. W każdym razie 2006 pożegnam, a przywitam w 2007 w towarzystwie tym co zwykle (no prawie), a ponadto pare nowych znajomych. Tak... Musi być fajnie. Najpierw pijemy boskie drinki, potem boskie drinki dwa.

A dzisiaj mijają dokładnie dwa lata od momentu poznania Pawła i Aleksandra. Dwóch dość ciekawych postaci w moim życiu. Aż mnie na refleksje wzięło.

Należy jeszcze wspomnieć o niezwykle interesujących znajomościach, które nawiązałam dość niedawno, acz w tym roku. Wszystko to do kupy tworzy całkiem niezły kawałek życia. Ciekawego życia.


31 grudnia 2006   ×   komentarze (3)