Jutro, a raczej dzisiaj prawdopodobnie przyjedzie do mnie Marcin, pogadać. Boję się, cholernie. Dokładniej napiszę gdy będzie już po.
1 listopada 2007 × komentarze (5)
Był Marcin i pojechał. Jutro rano, jak wszystkie emocje ze mnie opadną to dokładnie napiszę co i jak... Potrzymam Was jeszcze w niepewności, o!
1 listopada 2007 × komentarze (5)
Wszystko zaczęło się od tego, że znalazłam w katalogu numer Gadu - Gadu do Liwii, byłej Marcina. Stwierdziłam, że skoro ona była z Nim przez dwa i pół roku w związku, to wie jak z Nim należy postępować. Spytałam ją czy miała z Nim takie sytuacje jak ja. Liwia wydawała się być miłą dziewczyną. To, co mi napisała zszokowało mnie i zmusiło do wykonania telefonu do Marcina. Powiedziała, że była u Niego w domu dziewiętnastego lipca (czyli w Jego urodziny)... Czyli sytuacja wyglądała tak, jakby On wygnał mnie z Gdyni tylko po to, żeby zaprosić tego dnia do siebie Liwię. Zdenerwowałam się, bo dowiedziałam się również, że gdy przyszła do Jego mieszkania to były poustawiane jej zdjęcia...
Marcin, nawet gdy było trzy minuty do przyjazdu pociągu, trzymając bilet w ręku wciąż zastanawiał się czy rzeczywiście do mnie przyjedzie. Po kilku minutach dostałam od Niego SMSa o treści:
Wsiadłem... Przerażona i zdenerwowana nie mogłam zasnąć w nocy. Wiedziałam, że to spotkanie będzie albo ostatnie, albo zapoczątkuje odrodzenie starego uczucia. Miałam w głowie potworny mętlik, co sprawiło, że przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Wcześniej musiałam przekopać cały swój pokój w poszukiwaniu książki Marcina, która stanowiła dla Niego wartość emocjonalną, ponieważ wziął tą książkę, gdy po raz ostatni widział ojca przed jego śmiercią. Pożyczył mi ją, żebym przeczytała, a ja ją gdzieś posiałam w tym moim bałaganie. Można się domyślić, że czułam się podle. W każdym razie ktoś walnął tą książkę na półkę mojej siostry. O trzeciej w nocy udało mi się ją znaleźć.
Gdy zasnęłam obudziłam się jakieś półtorej godziny przed budzikiem. Wstałam, poszłam do łazienki, wydepilowałam się najdokładniej jak mogłam, umyłam włosy, wysuszyłam je, wyprostowałam... Potem nałożyłam rajstopy, jeansową spódniczkę, granatowy (prawie czarny) golf... Zrobiłam makijaż... Na koniec jeszcze opaska na głowę, kozaki, kurtka i wyszłam z domu. Serce podchodziło mi do gardła. Specjalnie wyszłam wcześniej, żeby jeszcze zapalić. Wsiadłam do autobusu i słuchając muzyki jechałam na Dworzec Główny patrząc ślepo na widok za szybą. Na miejscu byłam jakieś czterdzieści pięć minut przed pociągiem, którym jechał Marcin. Siedziałam na peronie i bawiłam się telefonem. Czas dzięki temu płynął jakoś szybciej...
Spojrzałam na zegarek, i gdy było trzy po dwunastej charakterystyczny głos powiedział, że
pociąg pośpieszny "Pomorzanin" wjedzie na tor trzeci przy peronie drugim. Nie przejmując się niczym przeżegnałam się, po czym szybko w myślach odmówiłam
Aniele boży, stróżu mój... Z pociągu zaczęli wysiadać ludzie, patrzyłam podenerwowana na każdego z nich. Nigdzie nie widziałam Marcina. Już podejrzewałam, że wysiadł gdzieś w połowie drogi i zrezygnował ze spotkania ze mną nie mówiąc mi nic o tym. Już chciałam wychodzić z peronu gdy nagle ujrzałam dobrze znaną mi sylwetkę podążającą w moim kierunku...
To ON - pomyślałam i niepewnym krokiem szłam w Jego stronę. Zatrzymaliśmy się, powiedzieliśmy:
cześć i staliśmy patrząc sobie w oczy.
-
Może byś mnie przywitał? - powiedziałam licząc na buziaka, chociażby w policzek. Marcin przytulił mnie do siebie. Staliśmy tak wtuleni... Było mi tak dobrze w Jego ramionach. Odsunęliśmy się i zeszliśmy z wyżej wspomnianych schodów. Nie wiedziałam co mówić, szliśmy w milczeniu. Po chwili spytałam go czy pojedzie ze mną na cmentarz, bo muszę zapalić znicz na grobie Babci. Odparł, że tak. Przez cały czas miałam ochotę go dotykać, całować... Ale musiałam się opanować. Usiedliśmy na ławce, na przystanku i czekaliśmy na autobus. Atmosfera już nieco się rozluźniła i rozmawialiśmy w miarę normalnie.
Na cmentarzu rozpoczęło się szukanie grobu. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że to aż tak szybko nam pójdzie. Poprosiłam Marcina, żeby potrzymał mi torebkę a sama wyjęłam zapalniczkę i znicz, który zapaliłam i umocowałam na ziemi. Grób jest jeszcze świeży i ziemia musi trochę odtajać, żeby można było postawić nagrobek. Pomodliłam się chwilę za dusze Babci i Dziadka, i poprosiłam ich aby ten mężczyzna, który stoi obok mnie znów był mój. Patrząc na tabliczki umocowane na krzyżu łzy zakręciły mi się w oku. Skierowałam wzrok na Marcina... Niewiele myśląc przysunęłam się do Niego i wtuliłam. Nie protestował. Staliśmy tak przez chwilę, zetknęliśmy się czołami. Znów miałam ochotę aby dotknąć Jego warg swoimi, ale doszłam do wniosku, że cmentarz nie jest najlepszym miejscem na takie sceny. Pożegnałam się z Babcią i Dziadkiem, po czym pociągnęłam go za sobą w stronę wyjścia.
Idąc na przystanek chwyciłam go dłonią za łokieć. Szliśmy tak rozmawiając o jakichś przyziemnych sprawach. Postanowiłam zaryzykować i po jakimś czasie delikatnie obsunęłam rękę niżej i swoją dłoń delikatnie muskałam Jego... Powiedziałam sobie:
Raz się żyje! i chwyciłam go za rękę. On wyjął ją z kieszeni i uścisnął moją... Szliśmy tak... Trzymając się za ręce, jak dawniej. Byłam szczęśliwa, naprawdę.
Postanowiliśmy jechać do mnie do domu. W autobusie spytał mnie dlaczego tak bardzo mi zależało na tym, żeby przyjechał do mnie jak najszybciej. Przyznałam mu się do rozmowy z Liwią i powiedziałam, że przykro mi, iż zamiast ze mną spędził swoje urodziny ze swoją byłą. Streściłam mu nasz dialog na Gadu - Gadu po czym on załamany odparł, że zrobiłam najgorszą rzecz, jaką mogłam zrobić.
-
A nie powiedziała ci, że te zdjęcia tam stały, ponieważ tego dnia jej je oddałem? - powiedział, a moje oczy rozszerzyły się nieco bardziej. -
I była ze mną wtedy może przez godzinę... A w ogóle to masz tą rozmowę w archiwum? - dodał.
-
Tak, mam
-
Dasz mi ją przeczytać.
Przytaknęłam głową, bo widząc stan, w jakim się nagle znalazł doszłam do wniosku, że innego wyjścia nie ma, żeby udowodnić Mu, iż o niczym niezwykłym nie rozmawiałyśmy.
Po przekroczeniu progu mojego pokoju od razu pomknął w stronę komputera, włączyłam archiwum Gadu - Gadu i pokazałam mu rozmowę. Siedział i czytał bez słowa. Od czasu do czasu ja wtrącałam swój komentarz, ale On nie reagował zupełnie na nic. Gdy skończył rzucił się na łóżko i poprosił mnie, żebym zostawiła Go samego. Spytałam czy chce herbaty, odparł, że tak... Poszłam do kuchni, zagotowałam wodę. Wróciłam po kilku minutach z dwoma kubkami w dłoniach. Usiadłam obok Niego na łóżku, chciałam Go przytulić, ale się odsunął. Dotknęłam dłonią Jego twarzy i znowu zrobił to samo. Przekonywałam Go i obiecywałam, że już nie będę z nią rozmawiać, że skasuję jej numer. Poprosił mnie, abym jeszcze ją zablokowała. Dziwiło mnie bardzo Jego zachowanie, bo sam przyznał, że w tej rozmowie nie było niczego złego (a przynajmniej z mojej strony). Dopiero później dowiedziałam się jaką osobą tak naprawdę jest Liwia...
Marcin położył się na moim łóżku, a ja podeszłam do komputera, żeby usunąć Liwię z listy kontaktów, rozmowę w archiwum również usunęłam. Włączyłam
Włatców Móch i nieśmiało ułożyłam swoje ciało obok Niego. Już nie protestował. Oglądaliśmy tak od czasu do czasu śmiejąc się z kretyńskiego dialogu lub sytuacji. W pewnym momencie odwróciłam się do Niego twarzą i spojrzałam mu w oczy. Nie pamiętam nawet jak do tego doszło, ale nagle zaczęliśmy się całować. Tak delikatnie, nieśmiało... Tak mi tego brakowało. Moje dłonie wędrowały po Jego ciele. Momentami delikatnie odsuwał się ode mnie sugerując mi, że chyba nie powinniśmy. Odczekiwałam chwilkę po czym znów zaczynałam Go dotykać... Słyszałam Jego szybszy oddech, widziałam zmrużone oczy...
-
Agata, co my robimy? - zapytał.
-
Kochamy się... - Zaczęłam namiętnie całować Go w usta. Po chwili ściągnęłam rajstopy a On pozbawił mnie majtek. Kochaliśmy się... Widziałam jak Jego usta wykrzywiają się w charakterystycznym grymasie. Siedziałam na Nim i obserwowałam Jego odruchy. Było mi tak dobrze, Jemu też, widziałam to, słyszałam, czułam. Zasnęliśmy objęci. Obudziła mnie moja siostra wparowująca do pokoju, włączająca na głos muzykę i wrzaski jej koleżanki. Gdy udało mi się obudzić Marcina to wyciągnęłam Go na krótki spacer. Poszliśmy na drugie podwórko, usiedliśmy na ławce, wyjęliśmy papierosa i paląc poważnie porozmawialiśmy ze sobą.
-
Dlaczego nie spytałaś mnie czy kogoś nie poznałem? - spytał Marcin.
-
Bo wiedziałam, że nie. Zresztą mówiłeś, że nie chcesz już być z nikim.
-
Ale spałem z kimś... - Serce zabiło mi mocniej. Wiem, że nie byliśmy wtedy razem i miał prawo to zrobić.
-
Nie martw się, ja też. - W końcu to, co działo się jakiś czas temu z Aleksandrem też się liczy.
-
Marcin, dobrze ci było? - On pokręcił przecząco głową i powiedział jak wyglądał ten cały
seks, który w zasadzie skończył się tak szybko, jak się rozpoczął. Ja w zamian za to streściłam mu historię z Aleksandrem. Przytaknął głową, nie wyglądał na zazdrosnego. Przeczytał nawet SMSy od Tancerza (gościu, którego poznałam na
Znajomych), który nigdy nie widział mnie na oczy a pisze, że tak bardzo mu mnie brakuje. Wyjaśniłam Marcinowi jak wygląda ta sytuacja. Po pytaniu czy jest zazdrosny odpowiedział, że nie -
Twoje życie, twój wybór.
Siedząc tak na tej ławce rozmawialiśmy też na temat Liwii. Okazało się, że gdy Marcin przyjechał do Wrocławia zaraz wysłała mu SMSa z prośbą o spotkanie. Dowiedziałam się również, że gdy byli razem to ona Go zdradziła z barmanem w Grecji. Bezsens... Była z Marcinem przez dwa i pół roku, nie straciła z nim dziewictwa... Pojechała na wakacje i tam zrobiła to z pierwszym, lepszym. Po powrocie do domu, tydzień później znalazła sobie innego faceta. Ogólnie to dziewczyna ma tupet... Po przygodnym seksie z nieznanym mężczyzną spóźniał jej się okres, więc spanikowana pobiegła do Marcina z prośbą o zakupienie jej testu ciążowego. Gdy to usłyszałam nie wiedziałam jak mam zareagować... Na usta cisnęło mi się jedno słowo, ale z szacunku dla Marcina, i do tego, że zmarnował z nią aż tyle czasu nie wypowiedziałam go. Aktualnie Liwia jest bardzo o mnie zazdrosna. Spytacie dlaczego, przecież ona już Go nie kocha? Tak, to prawda, ale On zawsze był na jej zawołanie, miała od Niego wszystko to, co chciała, a tu nagle pojawił się ktoś, kogo pokochał. I teraz, po tej rozmowie wiem już o co mu chodziło... Będzie mu pewnie wierciła dziurę w brzuchu. Owszem, wiedziała, że Marcin kogoś ma, ale nie miała widocznie pojęcia, że temu komuś aż tak bardzo zależy na jej byłym.
Zdziwiłam się, że rozmawialiśmy na temat tej dziewczyny, bo Marcin zawsze unikał tego tematu jak ognia. A gdy zaczynałam Go pytać wprost to On odpowiadał, że nie chce o tym mówić. Ja pewnie też nie chciałabym wracać do takich wspomnień.
Aktualnie jesteśmy razem, ale nasz związek nie będzie wyglądał tak, jak kiedyś. Marcin nie powiedział, że mnie kocha. Na moje pytanie pod tytułem
Co do mnie czujesz? odpowiedział tylko, że ja dobrze wiem co. To może i lepiej, że obyło się bez czułych słów? Mamy do siebie dystans, to oczywiste i dość praktyczne.
Wróciliśmy do mnie, do domu. Położyłam się na łóżku i zmrużyłam oczy. On siedział koło mnie. Pogłaskał mnie po twarzy odgarniając włosy z czoła. Uśmiechnęłam się. Czułam to Jego ciepło, Jego uczucie. Było mi tak dobrze.
Jednak najbardziej przeraża mnie fakt, że On chce jechać do Anglii. Nie wyobrażam sobie, żeby Marcin wsiadł w samolot i mnie zostawił. Ja wiem, że od zawsze dzieliła nas odległość, ale nie AŻ taka. Póki co jest na etapie poważnego zastanawiania się na ten temat, ale i tak mnie to martwi.
Powstaje kolejny problem, który nazywa się
moi rodzice. Oni nie tolerują tego, co się stało. Nie są w stanie zrozumieć, że ja tego człowieka kocham i tylko z Nim chce być. Mama z tatą uważają, że tylko tracę z Nim czas. Ponadto dodała, że gdy zwiążę się z Marcinem (czy jak to nazwała
tym człowiekiem) to nie mogę liczyć z ich strony na jakąkolwiek pomoc... I, że mam drogę tylko w jedną stronę, do domu powrotu już nie będzie. To jest jakieś chore... Raz się cieszę, bo znów jesteśmy razem, a drugi raz wszystko idzie w przysłowiowe
pizzzdu, gdy widzę rozwścieczoną twarz mamy... Chyba tylko czas im pomoże.
3 listopada 2007 × komentarze (12)
Jutro mam kolokwium z chemii, już drugie. Trochę wstyd się przyznać, ale poprzedniego nie zaliczyłam. Miły początek, prawda? Z tym wreszcie trzeba będzie dać radę. Tak mi się nie chce, że szok. Nie wiedziałam, że aż tak można się oduczyć systematycznej pracy! Coś czuję, że zadania stechiometryczne będą mi się śniły po nocach. Ja wiem, że nie są one aż tak ciężkie, ale bądź co bądź trzeba się ich nauczyć i koniec kropka.
Mój kontakt z Marcinem jest całkiem niezły. Co prawda niezręcznie mu pisać do mnie słodkie SMSy, pełne czułości i utęsknienia. Spytałam go czy mogłabym tak czternastego listopada przyjechać do niego, a on na to, że się zastanowi. Dzisiaj na GG napisał mi:
Poczekajmy z tym, kotku. Chyba rzeczywiście musimy sobie teraz dać trochę czasu na oswojenie się z tym, że znów jesteśmy razem. Mieliśmy pewne problemy i momentami nasz związek nie był taki różowy jak niektóre.
Przez Marcina nie miałam nawet czasu na większe refleksje dotyczące ostatnich dni. Wolny czas zleciał mi tak szybko, jak nic jeszcze nie minęło. Codziennie powtarzałam sobie, że pouczę się do kolokwium z chemii, że zrobię rysunek na grafikę inżynierską... I co? No rysunek zrobiłam, ale na papierze milimetrowym (pozostało mi przerysowanie go na kalkę, ale nie kupiłam cienkopisów i muszę się mordować z rapitografem).
W ogóle to dzisiaj sprzedałam na Allegro pieluchomajtki po mojej babci. Oczywiście nie obeszło się bez zgrzytów z kupcami, ale jakoś doszliśmy wszyscy razem do
consensusu i wyszło jak wyszło. Do tego mama powiedziała, że wypada się pozbyć
Atlasu anatomii człowieka Sobotty, bo nikomu w tym domu już się nie przyda a kosztuje mnóstwo pieniędzy. I takim oto sposobem prawdopodobnie uzbierałam na naprawę mojego kochanego aparatu fotograficznego. Cieszymy się, prawda? Hurra! Hurra! Teraz tylko muszę znaleźć jakiś dobry serwis i mieć nadzieję, że wszystko pójdzie tak, jak pójść powinno, czyli koszt naprawy nie wyniesie mnie więcej niż te trzysta piętnaście złotych.
Dobra, ja wracam do chemii i tych kretyńskich zadanek, które w gimnazjum robiłam z niewyobrażalną wręcz łatwością, a teraz ledwo kumam o co chodzi. Liceum ogłupia, wiecie?
4 listopada 2007 × komentarze (4)
Koło z chemii przeniesione na za tydzień. Pani Gie powoli doprowadza mnie do nerwicy. Źle przymocowałam biuretę, źle wlewam wodę destylowaną do butelki, źle odmierzam, mój roztwór ma zły kolor... Wszystko źle, Żle ŻLE! Na dodatek zamiast
per pani wymsknęło jej się
dziewczyno, co mnie troszkę zdziwiło. No ale cóż... Na panią to ja widocznie jeszcze nie wyglądam, pomimo usilnych starań.
Chyba trzeba wziąć się za siebie. Wczoraj wieczorem rozmawiałam z Emilą na temat chodzenia na basen, rzucania fajek, ograniczania picia i ogólnie różnych takich niezdrowych czynności. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że ma w tym wszystkim towarzyszyć nam Tomek. Nie to, żebym go nie lubiła, ale pewnie jakoś niezręcznie bym się czuła stojąc obok niego w stroju kąpielowym... Chociaż to pół biedy, nie wyobrażam sobie włazić z nim do sauny! I co? Może jeszcze w samym ręczniku?
Nie wiem ile już zużyłam SMSów za grosz na rozmowy z Marcinem, ale na pewno bardzo dużo. Piszemy praktycznie cały czas... Dzisiaj o ósmej czterdzieści obudził mnie jego głos. Nie był taki ciepły jak kiedyś, ale być może ma to wszystko szansę na to, aby było jak dawniej, jak kilka miesięcy temu. Wszystko jest na najlepszej drodze. Tylko nie naciskam, żeby czegoś przypadkiem nie zepsuć.
5 listopada 2007 × komentarze (5)
Widziałam się dzisiaj z Szopą. W sumie nie wiem co mi odwaliło, ale któregoś dnia napisałam do niego SMSa pokroju:
bu! i tak napisaliśmy do siebie kilka wiadomości. Suma sumarum doszliśmy do wniosku, że powinniśmy się jakoś na dniach spotkać. I tak też się właśnie stało. Założyłam nowy sweterek, spodnie (normalnie ten sweterek jest taki długi, że zakładam tylko getry wykończone koronką)... I na tym koniec. Stwierdziłam, że nie mogę się stroić, bo jeszcze coś sobie pomyśli, a to byłoby nie do wybaczenia. Gdy tylko Marcin się dowiedział, że spotykam się z kolegą bardzo chamsko to skomentował i przestał się do mnie odzywać. Jego humor nagle się popsuł. Nie wiem... Wyglądało to tak, jakby był zazdrosny, aczkolwiek bez przesady... Fakt, kiedyś mnie i Szopę coś łączyło, ale od tego czasu minęły już trzy lata i zarówno ja jak i on mamy kogoś, na kim nam zależy.
Apropo Szopy i kogoś, na kim mu zależy. To jest dopiero gość! Zaraz po sytuacji ze mną (tak w skrócie to jest pierwsza osoba, która wyznała mi miłość i powiedziała mi, że mnie kocha, chodziliśmy ze sobą do klasy przez sześć lat, ale dopiero w pierwszej liceum, czyli wtedy, kiedy mieliśmy po jakieś szesnaście lat zaczęliśmy ze sobą częściej rozmawiać, nawet spotykać się, chcieliśmy być razem, ale mi coś odwaliło i stwierdziłam, że nie mogę, byłam młoda i głupia, po prostu) poznał dziewczynę o cztery lata starszą... Zgadnijcie skąd ta dziewczyna jest? No brawo, Trójmiasto! Konkretniej to z Gdańska. Po jakimś czasie zerwali ze sobą i teraz jest z dziewczyną, a raczej z dziewczynką, która ma piętnaście lat. Gdy to usłyszałam nie wiedziałam co powiedzieć. Trzecia gimnazjum?! Różnica w sumie niewielka, bo to tylko cztery lata... Ale gdyby ona chociaż miała te siedemnaście! Stwierdził tylko, że poziomem intelektualnym przewyższa swój rocznik. Być może, nie znam dziewczyny.
W każdym razie nasza rozmowa była dość ciekawa, pośmialiśmy się, powspominaliśmy stare dzieje - gimnazjum, trochę podstawówki. Szopa się nic nie zmienił. Może trochę wyładniał, jego twarz nabrała poważniejszych rysów i głos stał się bardziej dojrzały. Ogólnie było bardzo sympatycznie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
7 listopada 2007 × komentarze (4)
Laboratorium z fizyki to koszmar. Ogólnie te studia wcale mi się nie podobają tak, jak podobać mi się powinny. To znaczy mówią, że na pierwszym roku rzeczywiście nie ma niczego ciekawego, że to dopiero później. Będąc szczerą dezycję odnośnie kierunku, w którym będę się dalej kształciła podjęłam dość pochopnie. Wiem, że to źle i właśnie odczuwam tego konsekwencje. Bo co mnie może później zainteresować? Technologia fermentacji czy przetwórstwo warzyw i owoców? Być może po jakimś czasie rzeczywiście będę pałała do tych przedmiotów jakąś, chociażby drobną sympatią, ale póki co, to raczej ubolewam nad swoim wyborem.
-
Żałujesz, że nie poszłaś na studia humanistyczne? - spytała mnie dzisiaj Iza podczas główkowania się nad naszym ostatnim ćwiczeniem z fiyki.
-
Chyba tak - odparłam patrząc na okna Pasażu Grunwaldzkiego. To chyba z dnia na dzień zamienia się na
z całą pewnością. Gdy moja mama dowiedziała się, że nie zaliczyłam kolokwium z chemii (tego pierwszego) zaczęły się krzyki w domu, wielka kłótnia i ogólna
obraza majestatu z obu stron. Oni (zarówno moja mama jak i mój tato) nie są w stanie zrozumieć, że mogę nie dokończyć czegoś, co już rozpoczęłam. Emila miała podobną sytuację... Przez rok studiowała położnictwo, po tym czasie stwierdziła, że to jednak nie jest to, co chciałaby robić w przyszłości. Postanowiła zabrać papiery z chwalebnej Akademi Medycznej we Wrocławiu. Zaniosła je na prywatną uczelnię, aktualnie studiuje zaocznie pedagogikę, chodzi do pracy i jest jej dobrze. Postawiła na swoim i nie słuchała się rodziców.
Moja mama ma dziwne, staroświeckie poglądy i uważa, że ten kto idzie na studia zaoczne zaraz po maturze musiał coś skopać podczas egzaminu dojrzałości, albo jest mniej zdolny od reszty swoich rówieśników. W pewnym sensie to prawda, ale moja rodzicielka nie bierze pod uwagę, że gdy młody człowiek skończy szkołę średnią chce się choć trochę usamodzielnić... Pójść do pracy, studiować, mieć pieniądze na własne zachcianki i oczywiście czesne. Dziwnym jest bo moja mama także ukończyła studia zaoczne, z bardzo dobrymi wynikami i teraz ze wszech stron sypią się dla niej propozycje pracy. O co więc chodzi? Moja mama nie potrafi również zrozumieć jakim to ja cudem nie zaliczyłam tego koła z chemii...
-
A ty wszystko zaliczałaś jak byłaś na studiach? - Edyta (moja dwunastoletnia siostra) stanęła w mojej obronie.
-
Tak! - odparła wyniośle moja mama.
-
Widzisz mamo... Ty byłaś w nieco innej sytuacji, bo zanim poszłaś na studia to pracowałaś jakieś dziesięć lat w zawodzie i to nie dość, że cię interesowało to praktycznie wszystko już umiałaś i miałaś o niebo lepiej niż ja mam teraz - powiedziałam. Mama zamilkła i nic na to nie odpowiedziała. W moim mniemaniu cisza oznacza zgodę, a przynajmniej w tym wypadku.
Póki co muszę uczyć się z fizyki, bo plany nad przeniesieniem się na inne studia na razie są tylko planami i należy się starać, i walczyć z tym, co się aktualnie ma. Jeśli z dnia na dzień będzie coraz większa tragedia, to zacznę się głębiej nad tym zastanawiać.
A w ogóle to po wczorajszym spotkaniu z Szopą poszłam na spacer z pieskiem, wzięłam ze sobą również Emilę. Rozmawiałyśmy i opowiadałam jej jak było... Zapomniałam tego napisać w poprzedniej notce i w sumie gdyby to nie było istotne to pewnie nawet nie wspomniałabym o tym teraz.
-
Wiesz Emila... - mówię -
Jak żegnałam się z Szopą, to on mi powiedział, że Marcin nie musi być zazdrosny. - Tu na chwilę zawiesiłam głos... -
Ale odniosłam wrażenie, że to zabrzmiało, że jednak powinien być. - Emila spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.
-
Wiem, może mi się to wszystko wydawało, może się mylę, ale... - Emila nagle mi przerwała.
-
Ty, jak mu się masz podobać to się podobasz. Chłopak tego nie ukryje i jeśli to słyszałaś, to pewnie dobrze usłyszałaś. Przecież takie rzeczy ludziom się nie mogą przesłyszeć - odparła jednym tchem. Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Nie, nic nie będę myśleć. Tak będzie najlepiej.
8 listopada 2007 × komentarze (5)
Przyjemnie tak siedzieć wieczorem w domu, pod ciepłą kołdrą, czasami z kubkiem gorącej herbaty w dłoni, gdy za oknem szaleje deszcz i wiatr. Wtedy tak sobie myślę o tym jak to dobrze mieć dach nad głową, kaloryfery i tą herbatę właśnie. Powoli zasypiam w swojej ulubionej pozycji słuchając jak deszcz tańczy na parapecie.
Jednak nie jest tak pięknie, jak mogłoby się wydawać. Przez to, co dzieje się na zewnątrz nikomu się nic nie chce, nikt nie ma ochoty na wychodzenie z domu... I gdyby nie to, że muszę biegać na zajęcia to pewnie szlag jasny by mnie trafił z tą samotnością i siedzeniem w domu, bo to czasami najgorsze co może być.
Dzisiaj Emili mama zadzwoniła do mnie w
niezwykle pilnej sprawie. Otóż jej pełnoletnia córka pojechała do babci, do miasteczka niedaleko Krakowa, młodsza zaś nie jest jeszcze pełnoletnia, sama się tragicznie czuła. Poprosiła mnie o to, abym skoczyła do sklepu, żeby kupić jej papierosy. Głupio było odmówić. Zresztą... Nie był to dla mnie większy problem, bo i tak wypadało wyjść z pieskiem. Jednak sama sytuacja wydaje mi się być dość zabawna.
A w ogóle to te deszczowo - jesienne popołudnia i wieczory korzystnie wpływają na moją wenę twórczą. Stworzyłam dwie fotomanipulacje:
pierwsza i
druga.
10 listopada 2007 × komentarze (10)
Ostatnio doszłam do wniosku, że Marcina uczucie do mnie, w naturalny sposób powoli się wypala. Nie to, że mnie już nie kocha... Ale po prostu nie kocha mnie z taką namiętnością i siłą jak kiedyś. Wczoraj pojechał do siebie do domu i rozmawialiśmy na Gadu - Gadu. Podałam mu
ten adres bloga. Przeczytał i stwierdził, że czuje się dość dziwnie. Na moje pytanie dlaczego tak jest stwierdził, że gdy to czytał miał przed oczami zupełnie inną osobę niż ja, nie wiedział nawet jaką. Pewnie dawną mnie, taką mnie, jaką poznał w grudniu zeszłego roku. Powiedziałam mu tylko, że ja to wciąż ja i cały czas mogę powiedzieć to samo, na co on, że on już niestety nie. Nie wiem... Może musimy coś zrobić? Możliwe, że w ten weekend pojadę do niego, bo prawdopodobnie ma wolne. Nasze stosunki nie są już takie
słodkie i
miłe jak kiedyś, ale to nie przeze mnie, przez niego. On już nie pisze, że mnie kocha... Kilka dni temu napisał, że tęskni za mną (być może to uczucie jeszcze się w nim tli?). Ja za nim też, każdego dnia. Pojadę do niego (o ile rodzice nie zwiążą mnie łańcuchami) i postaramy się zrobić coś, żeby było tak, jak należy. Spędzimy razem kilka miłych chwil, poprzytulamy się, zjemy wspólnie romantyczną kolację, napijemy się wina i porozmawiamy.
Dzisiaj mam koło z chemii. To zaległe, które miało być w zeszłym tygodniu. Nie lubię poniedziałków. W domu będę pewnie jakoś koło dwudziestej pierwszej. Denerwuje mnie już to wieczne wracanie po nocach z uczelni! A przecież ja studiuję dziennie, prawda? Ja rozumiem, że naszych grup jest aż dwanaście, ale bez przesady, mogliby te godziny jakoś inaczej rozłożyć. Nie każdy ma ochotę tak późno wracać do domu. Ciekawe w ogóle gdzie tu miejsce dla tych, którzy studiują wieczorowo?
Muszę jeszcze powtórzyć tą chemię, bo ostatnio kułam właśnie w ostatni poniedziałek... Do tego należałoby na kalce dorysować ramkę i wypisać tabelę. Tak mi się nie chce... Nic mi się nie chce! Nawet piękne, zimowe widoki nic nie pomagają.
12 listopada 2007 × komentarze (7)
Dzisiaj mamy dzień rektorski. Przyznam, że to jednak wspaniały wynalazek, prawda? Co prawda miałabym tylko dwa wykłady - z ekonomii i socjologii, ale to i tak zbyt wiele, bo w końcu trzeba się umyć, ubrać, nie można gnić w domu przez cały dzień... A to, jakby nie patrzeć, takie moje małe hobby.
Czekam z niecierpliwością na wiadomość od Marcina na temat mojego przyjazdu do niego. Wczoraj do niego zadzwoniłam, żeby się wreszcie dowiedzieć czy mam przyjeżdżać czy też nie. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że on ma co do tego mieszane uczucia, ale gdy wczoraj rozmawialiśmy on taki słodkim głosem spytał:
A chcesz przyjechać? No, skarbie, oczywiście, że nie chcę... Po co miałabym się tak o to dopytywać? W każdym razie powiedział, że da mi znać dzisiaj jakoś koło południa. Wobec tego czekam, wciąż czekam.
Nie chce mi się już studiować, nie chce mi się uczyć. Szybko mi się odechciało, prawda? Ludzie mnie drażnią, przeokropnie marudzę. Ale co ja na to poradzę? Nic, idzie się tylko pochlastać. Kaśka nigdy nie ma dla mnie czasu a potem się dziwi, że ja cały czas spotykam się z Emilą i gdy się o coś kłócimy oczywiście musi mi to wypomnieć. Ale to nie do mnie bez przerwy przyjeżdża ciocia, bez przerwy muszę się uczyć a tak naprawdę siedzę przed kompem... No przecież, że to nie ja tylko ona! Denerwuje mnie to okropnie, ale co ja na to poradzę? Nic.
15 listopada 2007 × komentarze (2)
I nie pojechałam do Marcina... A on już się tak ucieszył. Prosiłam rodziców. Płakałam, prosiłam, żeby zaufali... W gruncie rzeczy mogłabym pojechać bez ich zgody, ale źle bym się z tym czuła. Chociaż i tak źle się czuję zarówno fizycznie jak i psychicznie, więc na jedno by wyszło. Wczoraj ojciec tak mnie upokorzył, że nie wytrzymałam, wybiegłam od nich z pokoju... W każdym razie wszystko skończyło się zabandażowaną dłonią i stłuczoną szybą od drzwi pokoju. Teraz trzeba będzie tam sobie zamontować jakąś szmatę albo koc, żeby jeszcze zachować resztki prywatności.
Denerwują mnie te ich ograniczenia! I proszę, nie piszcie, że rodzice tacy są, bo ja swoich mam naprawdę dość. Z każdej strony słyszę tylko te ich
rady, ktore w rzeczywistości są nakazami. Bez przerwy mnie gnoją, bez przerwy tylko mówią mi co mam robić... A gdy chcę postawić na swoim to zaczyna się szantaż zarówno emocjonalny jak i materialny. Najpierw jest, że nie dostanę już od nich ani grosza a później, że mam
wypierdalać z ich domu skoro tak. No i jak tu nie zwariować? Jak tu zachować resztki spokoju?
Postanowiłam pójść do pracy. Nie wiem dokładnie gdzie bo powysyłałam e-mailem swoje CV do kilku miejsc i czekam na odpowiedź. Wtedy jeden ich argument (w sensie, że moich rodziców) pójdzie
się kochać, bo będę miała własne pieniądze, a dachu nad głową na pewno mi nie odbiorą, bo to rodzice, a ja jestem ich córką. A nawet jeśli, to mi byłoby to w pewnym stopniu na rękę, bo nie mam ochoty na nich już patrzeć i słuchać tych głupot, które mi gadają nad uchem.
Przykro mi, bo obiecałam Marcinowi, że przyjadę, zawiódł się na mnie (chociaż najbardziej zły był o tą szybę, bo stwiedził, że to nie było warte tego wszystkiego i, że jak znajdzie czas to spotkamy się następnym razem, że to on przyjedzie)... Wczoraj napisał mi SMSa, jakoś koło dwunastej w południe:
(...)i jak sobie pomyślę, że jutro o tej porze tu będziesz to jakoś mi tak weselej. I kurde... I ja nie przyjechałam.
A w ogóle to nie zaliczyłam kolejnego koła z chemii, do którego tak się uczyłam. Powoli dochodzę do wniosku, że te studia chyba nie są dla mnie.
17 listopada 2007 × komentarze (19)
Cynamonowa herbata przypomina mi o Świętach. Ogólnie wąchając cynamon myślę o tym okresie czasu. I właśnie popijając tę ambrozję myślę sobie jak to będzie w tym roku. Przy stole już o jednego członka rodziny mniej. Ale czy to będzie tylko jeden członek? Mój dziadek ma raka płuc, gdy był na trzeciej z kolei już chemii wypuścili go po jednym dniu (z tego co mi się wydaje chyba tej chemii nawet mu nie podali). Dziadek myślał, że jego szybki powrót do domu spowodowany był tym, że nastąpiła u niego poprawa, a prawda jest inna. Wrócił bo już nie ma sensu czegokolwiek robić, ten rak nie nadaje się do leczenia. Przeraża mnie ta choroba. Może to dziwnie zabrzmi ale rak przeraża mnie o wiele bardziej niż AIDS, trąd czy inne tym podobne. Modlę się gorąco o dziadka, o to, żeby Bóg dał mu jeszcze trochę czasu, bo to byłoby zbyt bolesne stracić aż dwie bliskie osoby w tak krótkim odstępie czasowym.
Zmieniając temat. Izki Sergey jest jakiś nienormalny...
On jest chory - jak to określiła bardzo trafnie Iza. Historię miłosną mojej przyjaciółki z tym Rosjaninem chyba każdy już zna (w każdym razie ona mieszka we Wrocławiu a on w stolicy Rosji - w Moskwie). Wczoraj, jak zwykle mieli ze sobą przeprowadzić trzygodzinną rozmowę na Skypie. Zawsze było tak, że gdy jedno nie mogło się danego dnia zjawić, to pisało e-maila tudzież SMSa. Wczoraj, równo o godzinie szesnastej Iza włączyła komputer i czekała... Czekała i czekała, a Sergeya wciąż nie było. Iza sprawdzała z miliard razy skrzynkę, zerkała co chwilę na wyświetlacz telefonu (a przynajmniej tak mi się wydaje). Minęła godzina a tu brak jakiejkolwiek wiadomości od jej lubego! Moja przyjaciółka powoli zaczęła wychodzić z siebie, dzwoni do niego -
abonent nieosiągalny. Dopiero później dowiedziała się dlaczego go nie było... No przecież ona sama mogła się domyślić o co chodzi, prawda? Przedwczoraj był mecz Rosja - Finlandia i niestety wygrali Finowie, co sprawiło, że Rosjanie nie zakwalifikowali się do Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Tak... I przez to humor Sergeya był tak zepsuty, że postanowił nie rozmawiać tego wieczoru z Izą, wyłączył telefon, żeby nikt mu głowy nie zawracał i pogrążył się w smutku... Mój boże, gdy Iza mi to opowiedziała myślałam, że z wrażenia spadnę z krzesła, a potem zaczęłam się śmiać jak głupia. Jak tak można się zachowywać? Ja wiedziałam, że Rosjalnie czasami dziwnie się zachowują, ale żeby aż tak? Brak na to wszystko słów.
Wczoraj spotkałam się z Kaśką i Emilą. Zaczęłyśmy sobie dogadywać, jak zwykle, świńskimi tekstami pokroju
czy chcesz popykać mnie kutaskiem. Nie wiem, ale te żarty wydawały mi się tak głupie i kretyńskie, że aż śmieszne. Dlaczego jak wszystkie się zawsze zejdziemy to takie głupoty przychodzą nam do głowy?
19 listopada 2007 × komentarze (5)
Po poniedziałkowej wizycie u Emili i poczęstowaniu mnie kupnym sernikiem na ciepło i przepyszną herbatą naszła mnie niesamowita ochota na tenże właśnie deser. Byłam w naszych
Delikatesach i niestety nie było tam przepysznego sernika. Chyba narobiłam członkom mojej rodziny niezłego smaka na ciasto ponieważ dzisiaj moja mama po pracy kupiła serniczek. Właśnie go zjadłam, był dość smaczny, aczkolwiek za słodki. No ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Na dłuższy okres czasu odechciało mi się wszelakiego rodzaju ciast.
O Marcinie nawet mi się pisać nie chce, bo on to chyba nawet sam nie wie co do mnie czuje. Wie, że jestem dla niego kimś, ale na pytanie
kim? nie potrafi odpowiedzieć. Trudno, jego sprawa. Z dnia na dzień coraz mniej chce mi się starać. Może dlatego, że brak mi już sił. Spotkamy się jeszcze, to na pewno, nie będę z nim zrywać, zobaczymy jak będzie podczas następnych spotkań.
Herbata cynamonowa znów idzie w ruch. Wszyscy wiedzą, że szaleję za nią, choć muszę przyznać, że ta przyprawa już mi trochę zbrzydła, ale cóż... To mi nie przeszkadza w tym, żeby wciąż za nią szaleć!
Dzisiaj babka od matematyki oddała nam kolokwia. Jest całkiem nieźle, aczkolwiek mogło być lepiej. Mogłam trochę podkuć te logarytmy. No ale trudno, dwadzieścia jeden na dwadzieścia pięć punktów to nie jest aż tak zły wynik. Do tego jeszcze mam dodatkowe trzy punkty za aktywność. Tak sobie myślę... Ja chyba pomyliłam kierunki, co nie?
20 listopada 2007 × komentarze (4)
W akcie desperacji i nagłej chęci posiadania własnych pieniędzy napisałam ogłoszenie w Internecie dotyczące faktu, iż jestem chętna aby udzielać korepetycji uczniom szkoły podstawowej i gimnazjum z matematyki. I co? I dzisiaj zadzwoniła do mnie jakaś kobieta z pytaniem czy to wciąż aktualne. Z bijącym sercem odpowiedziałam jej, że tak! Mam uczyć dziewczynkę, która jest w piątej klasie... Trochę się boję, bo nigdy nie uczyłam nikogo matematyki za pieniądze! Fakt faktem, że dużo moich koleżanek przychodziło do mnie z matematycznymi zawiłościami, ale to były jednak koleżanki i gdy czegoś rzeczywiście nie umiałam (szczególnie wtedy, gdy przychodziły do mnie wyższe roczniki niż ja) traktowały to trochę inaczej aniżeli domniemany klient może mnie potraktować. W każdym razie nie sądzę, żeby jedenastoletnia dziewczynka zagięła mnie jakimś zadaniem. Jednak może moje zdolności pedagogiczne nie są odpowiednie? Co innego obcować z koleżanką czy przyjaciółką, a co innego z obcym dzieckiem... Gdy moja siostra nie rozumiała, gdy po raz piąty tłumaczyłam jej jakąś oczywistą rzecz szlag mnie trafiał! Mam nadzieję, że z tą małą będzie inaczej.
21 listopada 2007 × komentarze (7)
Tak sobie właśnie siedzę i myślę, że już niedługo Mikołajki. Uwielbiam to święto bo zawsze dostaję jakiś upominek od Świętego Mikołaja (w postaci mojego taty, hehe). Dziś już jest dwudziesty drugi listopada. Jak ten czas szybko leci, prawda? Ja jeszcze pamiętam zeszłoroczne święta, które zmieniły diametralnie moje życie. Poranek z Aleksandrem, a potem na drugi dzień poznałam Marcina. Pamiętam jak poszliśmy do kina i oglądaliśmy film o Jamesie Bondzie. To były czasy! Wtedy był taki słodki i kochany, patrzył tymi swoimi błękitnymi ślepkami w moje oczy i się uśmiechał. A teraz? Teraz pokazał swoją prawdziwą twarz. Emila powtarza, że pewnie później będzie tak, jak było kiedyś, że jeszcze zobaczę. Nie powiem, jest dobrze, odpowiada mi taki układ bez żadnych deklaracji i przysiąg dozgonnej miłości. Marcin cały czas mi pisze SMSy, odpisuje na moje (nawet gdy jest w pracy!) i ogólnie nasze stosunki są dość dobre.
Wczoraj nie poszłam na wykłady. Stwierdziłam, że po prostu nie mogę tak siebie skrzywdzić! Wykłady to najgorsze co może być! To znaczy jeśli są ciekawie prowadzone to owszem, mogę pójść i posłuchac, bo wtedy jest całkiem fajnie, czasami nawet bez względu na temat wykładu. Na przykład taki pan F. naprawdę świetnie potrafi wyłożyć... fizykę! Tak, już widzę to zdziwienie na Waszych twarzach, ale nikt, nigdy w życiu tak ciekawie i z humorem nie opowiadał o tej najgorszej z możliwych dziedzin nauki. Z kolei pan od matematyki nic nie potrafi wyjaśnić. Mknie jak burza z materiałem a ja tylko dziękuję w duchu panu Wiesiowi z liceum, że to wszystko w nas wpoił tak dobrze, że możemy to wykorzystać na studiach.
W ogóle to wczoraj mnie naszło na zakupy kosmetyków. Uparłam się, że chcę szminkę! Kupiłam sobie, szkoda tylko, że nie jest to kolor, o którym zawsze (to znaczy od pewnego czasu) marzyłam. Ostatnio w katalogu Avonu znalazłam szminkę z serii Cynthia Rowley o kolorze
Rose Petals. Gdyby nie fakt, że kosztuje dziewiętnaście dziewięćdziesiąt to pewnie bym ją kupiła. Poszukam, może w Oriflame będzie ciekawsza oferta szminek.
22 listopada 2007 × komentarze (14)
Dwudziestego trzeciego listopada moja siostra obchodziła dwunaste urodziny. Ależ już z niej stara krowa, czyż nie? Już praktycznie rozpoczęła życie nastolatki! W każdym razie wczoraj zrobiła wielką imprezę, która trwała praktycznie do dziesiątej wieczorem. A pomyśleć, że miała być od piętnastej do osiemnastej...?! Oczywiście nie pozwalała nikomu wchodzić do dużego pokoju (czyli tam, gdzie odbywała się wielka uroczystość). Obiecałam, że zrobię tosty dla niej i jej koleżanek. Ponieważ miałam iść z Kaśką na piwo wysłałam do niej SMSa z pytaniem czy przyjdzie mi pomóc. Zaraz odpisała, że za moment będzie i rzeczywiście, po chwili usłyszałam pukanie do drzwi. Obie uwinęłyśmy się w jakieś piętnaście minut (szesnaście tostów zrobiłyśmy) i wyszłyśmy z domu.
Do Creatora postanowiłyśmy nie iść bo trzebaby było płacić za wstęp, zresztą... Tam w piątki i soboty jest mnóstwo ludzi i ta cholerna, głośna muzyka. Wobec tego kupiłyśmy sobie po Warce Strong i poszłyśmy na nasz ulubiony domek. Co z tego, że to nie lato lecz początki zimy? To nie jest ważne! Nic nie jest ważne! To znaczy jest, nasz domek na placu zabaw. Oczywiście jestem taką niezdarą, że niechcący wylałam sobie pół piwa, na szczęście Kaśka okazała się wielkoduszna i podzieliła się później ze mną swoim trunkiem.
Gdy wróciłam do domu to impreza mojej siostry jeszcze trwała. Dostała mnóstwo prezentów i czekolady! Normalnie mam ochotę jej zwinąć jakąś, ale gdyby się dowiedziała znowu byłoby darcie w domu, jak to zwykle bywa. Ewentualnie zapytam ją czy byłaby tak dobra i odstąpiłaby mi jeden smakołyk. W końcu zanim by to zjadła to pewnie wszystko zdążyłoby się zepsuć. Ależ jestem okropna... Żeruję na prezentach siostry! Ach...
Wczoraj oglądałam z Edytą i jej koleżanką spod ósemki
Miss Agent 2. Szczerze mówiąc part drugi był już z deczka naciągany i nie można było powiedzieć, że jest tak dobry jak część pierwsza, niestety. W każdym razie oczywiście musiałam zasnąć w momencie rozwiązania akcji i obudziłam się dopiero wtedy, gdy Sandrze Bullock (nie pamiętam jak się bohaterka nazywała) wszyscy dziękowali, łącznie z tym jej szefem, który chciał aresztować ją i tą murzynkę za utrudnianie śledztwa. No cóż... Mi się to dość często zdarza, dlatego nie powinnam oglądać filmów na leżąco, nawet za dnia.
25 listopada 2007 × komentarze (5)
No i rozpoczęły się czystki na moich studiach... Już nawet doszło do mojej grupy. Moja najlepsza koleżanka zrezygnowała ze studiów i w czwartek zabiera papiery z uczelni. Na początku trochę mnie to przeraziło, bo w końcu już z nią się zakolegowałam. Do tego potworzyły się takie jakby grupki i teraz trudno będzie do jakiejś
dołączyć. Pewnie będę się tak plątać od jednej do drugiej. W każdym razie może jakoś to przeżyję, bo ludzie w mojej grupie są naprawdę w porządku... I to chyba jeden z nielicznych plusów mojego studiowania na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu.
Wczoraj chodziłam z Izką (tak, tą ze studiów) po Pasażu Grunwaldzkim w poszukwaniu kubka z zaparzaczem. Ten mój kaprys chodził za mną już od dłuższego czasu (a konkretnie od jakiegoś roku, może nawet dłużej). Jednak zawsze wychodziło tak, że albo nie podobał mi się wzorek, albo był za drogi, albo cośtam jeszcze. W każdym razie w Pasażu też nie znalazłam żadnego, który w pełni by mnie satysfakcjonował pod względem wyglądu i ceny. Wybrałam się późnym popołudniem z Kasią do Astry i znalazłam to, czego szukałam. Teraz opijam się zieloną herbatą i mate z pomarańczą, tak na zmianę. Herbata niedługo stanie się takim moim hobby, albo nawet i nałogiem! Jak to Marcin stwierdził:
Lepsze to niż alkohol. I tu muszę przyznać mu rację.
W ogóle to zrobiłam sobie wreszcie portfolio! Niemożliwe? A jednak. Nie jest ono jeszcze w pełni gotowe, ale w zasadzie najważniejsze działy (oprócz zamówień, hehe) są już zrobione. Jego adres to:
inez.blogowicz.info (myślę nad założeniem jakiejś domeny w przyszłości, ale na razie na myśleniu chyba pozostanę). Jeśli ktoś chce to może sobie zerknąć i przejrzeć moje prace, byłoby mi miło. Być może niedługo przeniosę tam bloga, aczkolwiek to jeszcze nic pewnego, bo tutaj mi dobrze, przytulnie i ciepło, że tak powiem.
28 listopada 2007 × komentarze (6)