- On po prostu kozaczy - powiedziała Ewelina, gdy usłyszała moją historyjkę dotyczącą ostatniej scysji z Aleksandrem.
W każdym razie prawda jest taka, że on uważa to samo o mnie, co ja o nim. Nic dodać, nic ująć. On twierdzi, że ja każdy podtekst
obracam w głupi żart. Ja zaś sądzę, że to właśnie on tak robi. Nie omieszkałam go o tym poinformować. Z resztą co to zmieni? On i tak jest
w związku. Piszę tak ponieważ z nim nigdy nie wiadomo. Zodiakalny Skorpion. Szlag by go trafił.
Ogólnie to jakiś cholerny wirus zżera mi komputer. Smacznego, że tak powiem. Muszę coś z tym zrobić bo w końcu dojdzie do tego, że wyżej wspomniany wirus zeżre mi pół dysku i potracę wszystko to, co jest dla mnie wartościowe. Wszystkie zdjęcia, opowiadania (chociaż te są już zawarte w pewnej książeczce, która sama sobie stworzyłam jakiś rok temu).
W głośnikach
The girl with the pearl's hair. Czasami tak patrzę w lustro i dochodzę do wniosku, że moje włosy też mają taki jakby perłowy kolor.
Płytka ta notka. I upłycę ją jeszcze bardziej bo powiem, że zaraz pojadę do Galerii Dominikańskiej kupić kolczyki w kształcie anielskich skrzydeł. Tych, których tyle szukałam.
A tak w ogóle to już listopad. Przeraża mnie prędkość czasu.
2 listopada 2006 × komentarze (3)
W głośnikach piosenka, którą po raz pierwszy usłyszałam mając niecałe jedenaście lat. Tytuł?
Hold me, thrill me, kiss me. Wykonawca? To chyba oczywiste, że U2. W każdym razie trochę mnie dziwi, że wtedy podobał mi się taki utwór. Do dzisiaj pamiętam jak Kamila włączyła walkmana, dała mi jedną słuchawkę... Po paru sekundach usłyszałam ponętny głos pana Bono. Pamiętam jak Anka, a raczej dwie Anki siedziały i patrzyły na nas dziwnie powtarzając wciąż:
O matko... Boże! Czego wy słuchacie?!
Skoro już jesteśmy przy głosie to dzisiaj ktoś powiedział mi, że mam
już taki dorosły głos. A wszystko przez to, że nie było moich rodziców i zadzwonił telefon, który oczywiście odebrałam. Okazało się, że to mąż koleżanki mojej mamy (pamiętam go nawet). Tak... Jedni mówią, że mam dorosły głos, a jeszcze jeden osobnik płci przeciwnej (nieco młodszy od tego wyżej wymienionego, starszy ode mnie kilka lat, a konkretnie o pięć) stwierdził, że gdy słyszy mój głos, to po jego plecach przechodzi dreszcz podniecenia. Miłe to było, jej. Aż się zarumieniłam.
4 listopada 2006 × komentarze (8)
Wczoraj moi rodzice wybrali się na dłuższą imprezę (to znaczy, że wrócili wtedy, kiedy już spałam), więc postanowiłam wykorzystać ich nieobecność i wybrałam się mały spacer. Na całe szczęście już nie padało. A przynajmniej nie tak, jak teraz.
Spacerowałam tak sobie chodnikami mojego osiedla (oczywiście koło domu Aleksandra też musiałam przejść, ale to już chyba z przyzwyczajenia) i rozmawiałam sama ze sobą. Nie, nie na głos. W myślach. To było trochę głupie ale z drugiej strony bardzo budujące. I jak tak rozmawiałam sobie z jakimiś moimi drobnymi cząstkami, to zdałam sobie sprawę, że ta jesień w ogóle mnie nie rusza. A jedyne jej skutki, jakie odczuwam na własnej skórze to lekki katar, rajstopy pod spodniami, mokre buty, spodnie i zimowa kurtka (tak, właśnie, muszę zakupić nową).
- Pamiętasz co robiłaś równy rok temu? - spytała jakaś cząstka mnie.
- Tak, pamiętam. Płakałam za Pawłem - odpowiedziałam sama sobie nie czując jakichś głębszych emocji.
- A wiesz, że to, co teraz czujesz jest najzwyklejszą na świecie obojętnością?
- Tak, wiem.
- I nie przeraża cię to?
- Trochę.
- No właśnie... Chyba lepiej być zrozpaczonym, niż aż tak obojętnym na to wszystko, co miało miejsce równy rok temu.
I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że jednak obojętność jest bardzo przydatna. Jej... Jak mi dobrze z tym uczuciem (o ile to w ogóle można nazwać uczuciem). Nic. Zero. Null.
I nawet aleksandrowe historyjki mnie nie przerażają bo Paweł w przeciągu paru miesięcy wyprał mnie doszczętnie z emocji. Fakt, odczuwam je czasami, ale tylko chwilowo. Wiem, że już nikt nigdy mnie w ten sam sposób nie zrani. Śmieszne to, prawda? Śmieszny jest sam fakt, że wzięło mnie na takie refleksje.
Wczoraj, po północy (to już raczej dzisiaj) natchnęło mnie na rozwiązywanie zadań z matematyki. Wróciłam ze spotkania z Emilą (nie widziałam się z nią dość długo) i stwierdziłam, że jeśli teraz tego nie zacznę mogę mieć przerąbaną całą niedzielę. I takim oto sposobem siedziałam do godziny trzeciej nad zadaniami z tego wspaniałego przedmiotu. Po drodze SMSy od Marcina. Szczerze przyznam, że chyba nigdy mi się milej nie robiło
Gdowskiego.
5 listopada 2006 × komentarze (3)
Jest mi źle i niedobrze. Rzucam się z motyką na słońce. Mam dość. Chcę spa(ś)ć. Nie wiem ile jeszcze potrwa ta moja droga krzyżowa. Mam nadzieję, że nie całe życie.
Jest mi okrutnie. Tak bardzo chciałabym kogoś przytulić. Ale w tym domu wszyscy są przeciwko mnie. I ogólnie mieszają mnie z błotem. Ja to ta najgorsza. Od zawsze. Z jednej strony mam to gdzieś, a z drugiej zaś bardzo cierpię momentami, gdy słyszę z ust najbliższych takie określenia jak
darmozjad,
nieuk i tym podobne epitety.
A studia na drugim końcu Polski to całkiem niegłupi pomysł. Może wśród ludzi na Uniwersytecie Gdańskim znajdę jakiś szacunek.
8 listopada 2006 × komentarze (2)
Ale ja jestem szczęściara. To znaczy w bardzo materialnym tego słowa znaczeniu. Wczoraj, po długim czasie niewidzenia z Kasią poszłam na wieczorno-piątkowy spacer właśnie z tąż osobą. Szłyśmy nowymi chodnikami prowadzącymi do
małpiego gaju (czyli placu zabaw, gdzie jest najwięcej huśtawek, zjeżdżalni, i tym podobnych przyrządów do zabawy). Nagle ujrzałam przed sobą coś, co przypominało banknot pięćdziesięciozłotowy. A co najśmieszniejsze? To rzeczywiście było pięć dyszek! Z małym wyrzutem sumienia zabrałam te pieniądze. Pomyślałam sobie jak ktoś musiał cierpieć, gdy nagle zajrzał do portfela czy też kieszeni i nie odnalazł tam swoich pieniążków. Ale cóż... Jedni płaczą, drudzy korzystają.
Popijam grejpfrutową herbatkę z dodatkiem soku wiśniowego. Tak, tak, jak na razie porzuciłam cudotwórczą kawę na rzecz
Herbapolu. Zdrowie to podstawa, prawda? Nie ma co niepotrzebnie faszerować się kofeiną skoro można wypić kubeczek ziołowo - grejpfrutowej herbatki.
W środę, czwartek i piątek matury próbne. Jakoś specjalnie mnie to nie cieszy, ale przynajmniej będę wiedziała na czym stoję. No... I oczywiście wcześniej będę w domku z tej chorej placówki edukacji.
A Aleksander? On jest jak wiatr. Wieje, potem przestaje, a potem znów nadchodzi. Aktualnie jest bezwietrznie.
A w ogóle to dzisiaj jedenasty listopada. Bardzo ważny dzień dla Polaków. Święto Niepodległości. I oczywście dzień wolny od pracy.
11 listopada 2006 × komentarze (1)
Rzuciła okiem na zegarek. To już szesnasta dwadzieścia dwie. Było ciemno. Nic dziwnego, w końcu to grudzień. Spojrzała w kierunku nadjeżdżającego pociągu. Tym razem był wyjątkowo punktualny... Wyjęła z kieszeni telefon komórkowy. Krótka wiadomość tekstowa już dawno doszła. Odczytała ją.
Wagon siódmy - widniał tekst a ona głośno przełknęła ślinę. Jej ciałem wstrząsał dreszcz podekscytowania i strachu. Dzisiaj ujrzy go po raz pierwszy.
Pociąg stanął. Głos, informujący o przyjazdach i odjazdach, który teoretycznie powinna słyszeć zniknął gdzieś daleko, poza jej świadomością.
Szybkim krokiem szła wzdłuż pojazdu licząc wagony. Pierwszy, drugi, trzeci... Wyjęła błyszczyk o smaku truskawki, w końcu obiecała. Czwarty, piąty... Schowała go z powrotem. Szósty... Jej serce waliło jak oszalałe. Nie mogła uwierzyć, że zgodziła się na to. Siódmy. Drzwi jednego wagonu otworzyły się. Z jego wnętrza ludzie wysypywali się jak mąka z dziurawego worka. W nieskończoność. Stała tak z dudniącym sercem i obserwowała każdego człowieka, który szedł w jej kierunku. Każdy z nich to może być On, myślała. Denerwowała się jak nigdy. Serce omal nie wyskoczyło z jej klatki piersiowej. Po krótkiej chwili ujrzała kogoś, kto Go przypominał. Poczuła jak drżą jej dłonie... Tuż przed nią zawrócił i poszedł w innym kierunku.
Nie, to na pewno nie mógł być on, pomyślała i trochę jej ulżyło.
To istne szaleństwo! Co ja robię?! - miała wrażenie, że kurczy się z nerwów. Już chciała się odwracać, gdy nagle przed nią pojawił się On. Lekko odchyliła głowę do tyłu. Po kilku sekundach poczuła Jego wargi na swoich. Złączeni w namiętnym pocałunku zapomnieli o całym świecie. Po tylu miesiącach rozmów wreszcie mogli poczuć się nawzajem. Dotknął lekko dłonią jej twarzy. Czuła, że również był zdenerwowany. Opuszkami palców delikatnie gładził jej zimne i zarumienione już lico.
Charakterystyczny głos poinformował, że pociąg zaraz odjedzie. Niechętnie odsunęli się od siebie. Spojrzała w głąb Jego oczu. Były pełne podekscytowania. Gdy już odchodził wsadziła mu w dłoń błyszczyk, którym dwie minuty temu malowała swoje usta.
- Żebyś pamiętał - powiedziała.
A on po raz ostatni cmoknął ją w usta.
- Dziękuję - odparł i wrócił do pociągu.
11 listopada 2006 × komentarze (3)
Jesienna melancholia odzywa się u mnie tylko czasami. Aż dziwne, prawda? Nie płaczę po nocach, nie szlocham za dnia, nie myślę, nie kontempluję nad miłością swojego życia.
Po prostu totalna afirmacja jednej z rzekomo najsmutniejszych pór roku. Zaakceptowałam ten stan rzeczy. A co najśmieszniejsze? Że on nie jest taki zły, jak być powinien.
A co zamiast tego? Śmieję się, denerwuję na autobusy. Biegam w wiosennych trzewiczkach i tylko czekam aż fiknę koziołka na kostce brukowej tuż obok mojej szkoły, aż wejdę po kostki w błoto, po kolana w kałużę.
Codziennie rano biegnę na przystanek ślizgając się po podeszczowej ciapie, która jest nieodłącznym elementem mojej codziennej trasy do szkoły. Od błota wszystko się zaczyna. A jaką ja czuję radość gdy zasapana, rumiana i zaspana wbiegnę do autobusu, który pare setnych sekundy po moim wejściu zamyka swoje drzwi i odjeżdża. Potem drżącymi jeszcze dłońmi wyciągam odtwarzacz mp3 (własność mamy) i zakładam słuchawki na uszy kontemplując ostatnie wydarzenia z życia codziennego.
Zimno mi w ręce. Chowam je do kieszeni. W jednej z nich moja dłoń kurczowo trzyma telefon komórkowy. A nuż ktoś wyśle mi SMSa? Tak, oczywiście, o tej porze ludzie, od których krótkie wiadomości tekstowe są mile widziane po prostu śpią.
Dzisiaj była matura próbna z języka polskiego. Jak poszło? Nie zapeszać. W każdym razie Pan Cogito jeszcze nigdy tak mi nie zalazł za skórę a
Potop był dla mnie zaskoczeniem. Najnudniejsza lektura pod słońcem akurat na rozszerzeniu? Pocieszam się myślą, że na właściwym egzaminie tego nie będzie. Chociaż OKE lubi robić niespodzianki swoim podwładnym, czyli nam - uczniom.
15 listopada 2006 × komentarze (9)
Never, never gooo... - słyszę w radiu.
Nigdy, nigdy nie idź - dobrze powiedziane.
Dzisiaj wszystko leci mi z rąk. W ciągu dwudziestu minut zdążyłam wywalić talerz ze szczypiorkiem, który znajdował się w lodówce. Później spadły mi kanapki, oczywiście serkiem do dołu, a następnie niechcący szturchnęłam butelkę z Colą, która strąciła kubek z niedopitą herbatą. Co się dzieje? Ja się kurde pytam... No co?!
Pogodziłam się z Izą, zintegrowałyśmy się wszystkie u mnie w domu. Piłyśmy grzańca. Izę wzięło na zwierzenia. A ja się po raz pierwszy zakłopotałam. Matkoświęta. Co się dzieje?
19 listopada 2006 × komentarze (5)
O godzinie siódmej pięć zadzwoniłam, aby go obudzić. Może rzeczywiście coś z tego będzie? Może rzeczywiście, kiedy się spotkamy będzie niczym w krainie mlekiem i miodem płynącej? Co to jest pięć lat? No dobra... Pięć lat bez czterech dni. Szkoda, że nie wiem o której godzinie się urodził. Gdybym wiedziała, to mogłabym z dokładnością co do jednej minuty powiedzieć ile jest ode mnie starszy. Łącznie mamy czterdzieści jeden lat. Rak i Rak. Blondyn i blondynka. Niebieskooka i niebieskooki.
Ogólnie to dzisiejsza informatyka wyniszczyła mnie doszczętnie. Co mnie do cholery interesują stosy w Pascalu? Przepraszam bardzo... Nie zamierzam wykorzystywać w przyszłości swoich
pascalowskich umiejętności (które i tak są dość marne). Siedziałyśmy z Kamilą jak na szpilkach. Ja z telefonem komórkowym w dłoni, a ona liczyła całki (czy raczej przepisywała). Potem
Allegro i oglądanie jakichś szczoteczek elektrycznych,
myszki sześć - dziewięć i ogólnie
kretynizm do potęgi entej.
O kurde.
Ferdydurkowo mi tu.
20 listopada 2006 × komentarze (4)
Nie daję się jesiennej chandrze! Ale za to poddaję się przeróżnym refleksjom. Zastanawiam się nad wszystkim tym, co robię. Myślę nad przyszłością. Co po szkole? Gdańsk czy Wrocław? Dobre pytanie... Mam swoje powody, żeby mieszkać w Trójmieście ale Wrocław, z racji tej, że jest miastem, gdzie spędziłam ostatnie lata swojego życia, gdzie mam swoich przyjaciół, rodzinę, trzyma mnie dość mocno. No ale co z tego, skoro ja chcę się stąd wyrwać i zacząć nowe życie? Tak... Chcę zostawić przyjaciół, rodzinę. Chcę! Tak rzucić to wszystko na pięć lat i przyjeżdżać tylko na Boże Narodzenie czy Wielkanoc.
Bo czymże jest pięć lat w porównaniu do całej wieczności? No czym?! Niczym... Tym bardziej, że w Trójmieście mieszka ktoś... Ktoś bardzo mi bliski, kto pewnie pomógłby mi w asymilacji z tym miejscem.
Nieważne! Już, dość tego zastanawiania się nad własną przyszłością. Po co tak? Mam jeszcze czas. Pomyślę o tym jutro. Albo pojutrze? Albo za miesiąc? A może nigdy?!
25 listopada 2006 × komentarze (3)
Zauważyłam, że im mniej smutku w moim życiu, tym mniej twórczej weny do czegokolwiek. Bo najgorszy jest taki stan pomiędzy. Takie zawieszenie w czasoprzestrzeni.
Nie wiem czy marniejsze jest przeżywanie trudnego okresu dorastania obfitującego w zawody miłosne, kontemplacjami nad sensem własnego życia, picie alkoholu w krzakach, bunkrowanie się z papierosem,
piwoniowa czerwień, kiedy tylko ON się do mnie odezwie czy najzwyklejsza na świecie nuda i brak większych komplikacji. Wszystko to razem, do kupy wzięte chyba lepsze jest od wpadania w rutynę i monotonię. Źle mi, kiedy jedynym moim poważnym zmartwieniem jest matura, przyszłość... Cholera, naprawdę chciałabym sobie popłakać przez Pawełka, mieć myśli samobójcze i ogólnie odczuwać taką wewnętrzną potrzebę niebytu.
Fikuśne to życie. Kiedy byłam w tym okresie, kiedy wszystko wydawało mi się odwrócone plecami do mojej osoby było mi tak okropnie i niedobrze. Melancholia wyłaziła mi bokami. A teraz, gdy to wszystko skończyło się, ja za tym zatęskniłam! Wtedy to z życia czerpało się ile tylko można było. Jednego dnia lało się rzewne łzy przez Pawełka, a drugiego promieniowało uśmiechem. A teraz? Teraz to tylko nuda, nuda, nuda. Zatapiam się w tej nudności. Nudności już od nudy mam. Nuda, nuda, nuda. Weźcie już tą nudność.
I tak, aby moje życie nudne już nie było postanowiłam wczoraj
złapać doła. Tak, tak, cały świat obrócił się przeciwko mnie. Jestem ta najgorsza, najstraszniejsza, najokropniejsza, nic nie umiem, nikt mnie nie docenia. W gardle urosła gula.
Rozpłacz się! Rozpłacz się! Rozpłacz się! - dopingowałam sama sobie. Jednakże, jak na złość, mój ładunek emocjonalny był zbyt mały aby po moim policzku spłynęła łza. Bo kiedy chcę się rozpłakać, za cholerę mi to nie wychodzi. Zaś, gdy życie stawia mnie w odwrotnej sytuacji łzy leją się... Jedna po drugiej. Kap, kap, kap, kap. A potem wycieram sobie policzki rękawem, pociągam nosem i wszystko wraca do normy. I potem tylko
nudności życia Ziemianina.
Ach, gdyby tak się cofnąć pare lat do przodu i przeżywać te wszystkie kryzysy. Ach, zrobić to raz jeszcze. Ach, ach, ach. W marzeniach się rozpływam. Świat idzie tylko do przodu.
29 listopada 2006 × komentarze (6)