List do Adama

Już komuś opowiedziałam moją dzisiejszą historię. Wkleję żywcem wiadomość, którą wysłałam mojemu dobremu znajomemu. Chciałabym to uwiecznić a nie mam siły opisywać tego wszystkiego od nowa.

(...) W każdym razie ja też chciałabym Ci się z czegoś wyżalić. Będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie (pod warunkiem, że niedługo to przeczytasz). Dzisiaj przyjechał do mnie Marcin. Ogólnie było bardzo przyjemnie, miło... Jak to z drugą połówką, prawda? Jak to z osobą, którą kochasz. Ogólnie rzecz ujmując nie mogłam doczekać się tego spotkania. Odliczałam dni, potem godziny, minuty... I aż wreszcie przyjechał. Czekając na niego bardzo zmarzłam ponieważ najpierw czekałam na przystanku piętnaście minut na autobus, potem na samym dworcu... Ogólnie to założyłam niemalże wiosenna kurtkę... Nie spodziewałam się, że spadnie śnieg. W każdym razie nieważne. Biegałam po peronie jak osa i szukałam Marcina wzrokiem. Okazało się, że chodził za mną i się ze mnie nabijał. Biorąc pod uwagę, że było mi zimno co powodowało, że stałam się nieco poirytowana zdenerwowało mnie to zachowanie. No ale nieważne... Po prostu sobie zażartował. Spędziliśmy naprawdę wspaniałe popołudnie. Może nie takie, o jakim marzy para kochanków ale wspaniałe... Gdy wieczorem zasnęliśmy wtuleni w siebie ja się przebudziłam, gdyż przyszedł do niego SMS. Spytałam czy mogę odebrać. Pokiwał głową na znak zgody. Okazało się, że jakaś dużo młodsza od niego koleżanka go molestuje SMSami pokroju: "Dlaczego mi nie odpisujesz?" i takie tam inne pierdoły. Postanowiłam jej odpisać. Napisałam dziewczynie, że Marcin śpi dlatego nie może odpisać na jej wiadomość, podpisałam się swoim imieniem. Spytała mnie kim dla niego jestem. Odparłam, że kimś bardzo bliskim i, że Marcin właśnie śpi obok mnie. No ale to nieważne w gruncie rzeczy... Nie o nią chodzi. Otworzyłam folder z wiadomościami wysłanymi. Postanowiłam, że niczego nie będę czytać... Tylko po prostu "przelecę" wzrokiem listę ludzi, do których wysyłał wiadomości... Gdy ujrzałam "Liwia Orange" nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam SMSa... Z pozoru niczego tam nie było... SMS brzmiał mniej więcej tak: "Aniolq, tak tylko dzwonilem, zeby dowiedziec sie co u ciebie. Buzka dla ciebie". Co tu nie tak? Ten "Aniołek"... Fakt, kiedyś nazywał swoją byłą dziewczynę w ten sposób ale potem zaczął tak mówić na mnie... Powtarzał mi wielokrotnie, że mianem aniołka obdarza tylko tą dziewczynę, która jest mu naprawdę bliska... I dla niego to nie jest jakieś zwykłe sformułowanie. Aniołkiem nazywał tylko Liwię i teraz mnie... I jak się okazało mnie i Liwię! Przykro mi było, bo widzę, że jemu nadal na niej zależy. Może nie w takim stopniu jak mężczyźnie może zależeć na kobiecie (mowa tu o miłości, pożądaniu, etc.). Powiedział mi, że kocha ją jak siostrę, że nie może mu być obojętna po trzech latach bycia ze sobą (w gruncie rzeczy ma rację), że nikt wcześniej go tak nie poznał jak ona... Starałam się być lojalna wobec niego, wyrozumiała... Nawet mi się to udało. Co jednak nie zmienia faktu, że przykro mi było. Zapewniał mnie, że mnie kocha... Że przecież ten "aniołek" to tylko nazwa, że przecież nie to się liczy... Ma rację, ale zadra w sercu pozostaje. Taki mały cios...

Wiesz... Naprawdę trudno z kimś zerwać. Już wielokrotnie zastanawiałam się czy ten nasz związek ma sens. On mieszka tam, ja mieszkam tu. Dzieli nas pareset kilometrów. Często powtarzam sobie, że to tylko pojęcie fizyczne, że tu liczy się uczucie... Ale czasami gdy leżę sama w łóżku po moich policzkach spływają łzy. Czasami sama zastanawiam się czy to łzy szczęścia czy smutku. Bo widzisz... Z jednej strony cieszę się, że jest ktoś kto Cię po prostu kocha... Kocha tak za darmo, po prostu za to, że jesteś. Widzi Twoje wady, ale pomimo tego kocha Cię tak samo... Powtórzę się - zupełnie za darmo. Kocha każdy fragment Twojego ciała bez względu na to jakie ono jest (szczupłe, grubsze, w sam raz). Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że nie należę do szczupłych osób, wręcz przeciwnie... Może dlatego nigdy wcześniej nikogo nie miałam (albo przynajmniej nie było wielu chętnych)... Wiesz... On każdy fragment mojego ciała traktuje jak jakiś skarb. Gdy dotyka mojej twarzy robi to bardzo delikatnie (nie mówię tu już o naszych przepychankach i innych takich, bo to już zabawa)... To tak jakby to była porcelana. I choć nie należę do kruchych i delikatnych dziewcząt on traktuje mnie tak, jakbym nią była. I chyba tylko dlatego, że go kocham, a on kocha mnie wciąż z nim jestem... I nie wyobrażam sobie tego, że mogłabym z nim nie być tylko dlatego, że powiedział do innej "Aniołku". I szczerze mówiąc to nieważne co by zrobił to pewnie i tak nie mogłabym tego skończyć.

Pewnie pomyślisz, że jestem szczęśliwa, że to nie żale i smutki. Po części masz rację. Jestem szczęśliwa, odżyłam. Ale w momencie, gdy idę odprowadzić go na przystanek coś we mnie umiera. Najbardziej nienawidzę widoku, gdy wsiada do autobusu i spogląda na mnie tęsknym spojrzeniem lub w ogóle nie patrzy (może to i lepiej?). Dochodzę do wniosku, że zaczyna się coś na wzór wegetacji. Ja jestem, mój organizm pełni funkcje życiowe ale dusza się kondensuje i czeka na wybuch emocji, gdy przyjedzie Marcin... Czeka na niego, czeka. Liczy tygodnie, dni, godziny, minuty... Ja naprawdę nie mogłabym z nim nie być. Nie dlatego, że nie zniosłabym samotności. Zniosłabym, bo przecież znosiłam ją już tak długo... Ja go po prostu kocham.


Dostałam dwie saszetki herbaty HARNEY & SONS oraz Jego koszulkę. I idę spać.

21/03/07 • komentarze (9)