Trzy wieczory z Aleksandrem

Prison Break oglądam bardzo dokładnie i namiętnie. Maślanymi oczkami spoglądam na Wenwortha Millera i śledzę jego, czy raczej Micheala Scofielda poczynania. Serial naprawdę wciąga, niech nikt nie mówi, że nie. Wciąga, wciąga, jak cholera. A sama nie wierzyłam, że tak się stanie, naprawdę.

Na biurku stoją róże, które były (albo może są nadal?) prezentem na Dzień Kobiet dla mnie i dla mojej mamy. Już uschły. Kiedyś trzymałam wysuszoną różę u siebie w pokoju i jakoś tak nie wiodło mi się w miłości. Muszę wyrzucić te kwiatki, bo jeszcze powtórzy się historia sprzed roku i co wtedy? Pod względem uczuciowym nie chciałabym zmieniać aktualnego stanu rzeczy (chyba, że na lepszy) bo jest dobrze, a jeśli nie dobrze to przynajmniej lepiej niż w przeszłości.

Ostatnio nie mam na nic ochoty i większą część dnia najzwyczajniej w świecie po prostu przesypiam śniąc o jakichś bzdurach. Pare dni temu śnił mi się Aleksander. Jeszcze rozumiem gdyby to zdarzyło się raz, ale nie... Dwie noce z rzędu, w moich myślach musiałam znosić jego obecność. A co najśmieszniejsze? Także i kolejny wieczór z nim spędziłam, tyle, że nie we śnie, ale w rzeczywistości. Stwierdziliśmy, że dawno nie byliśmy w tak zwanym plenerze, więc postanowiliśmy odwiedzić nasze stałe miejsce w parku, gdzie sączyliśmy Reddsy. Powiem szczerze, że było dość sympatycznie, bez żadnych podtekstów i innych takich sytuacji. Pozytywnie.

17/03/07 • komentarze (9)