Pierwszy dzień roku akademickiego!

Dzisiaj rozpoczynam swój pierwszy w życiu rok akademicki. Oczywiście tak zwany Dzień Wstępny miałam już w sobotę, gdzie poznałam jedną dziewczynę ze swojej grupy i jeszcze dwie inne osoby. Zajęcia dzisiaj zaczynam dopiero o czternastej. Czekają mnie dwie godziny grafiki inżynierskiej, potem półtorogodzinne okienko oraz trzy i pół godziny chemii... Szczerze? Ja sobie, podobnie jak Dorota (z którą chodziłam do podstawówki a teraz spotkałyśmy się na studiach) stawiam krzyżyk na drogę. Nie wiem czy dam radę. Teraz, na pierwszym roku mamy samą chemię, matematykę i fizykę (plus jeszcze tam inne przedmioty). Z tym drugim i być może pierwszym jeszcze dam sobie radę, ale fizyka? Matko święta... Przeraża mnie to wszystko, naprawdę. No ale póki co nie ma się czym martwić, wszystko jeszcze przede mną.

Ewelina jest razem ze mną na jednej uczelni. Tyle, że ona na rolnictwie a ja na technologii żywienia, ale zajęcia ma również w moim budynku. Już piętnastego października pierwsza impreza studencka w klubie Alibi, czyli tak zwane otrzęsiny. Oczywiście ja i Ewelina obowiązkowo się tam stawiamy! Bez dwóch zdań.

Zapytacie jak z Marcinem... Albo i nie zapytacie, bo ten temat powoli staje się nudny, a szczególnie dla osób, które bez przerwy muszą wysłuchiwać na temat mojego byłego różnorakich historyjek. Otóż... W jego głosie słychać to uczucie do mnie, ogólnie wiem, że mnie wciąż kocha. I to nie tylko ja tak twierdzę! Zresztą on tego nie ukrywa, bo wszyscy doskonale o tym wiemy. Powoli przyzwyczajam się do bycia singlem. Z Marcinem vol. 2 nie spotkałam się, zobaczymy się prawdopodobnie jakoś po tej środzie. W sumie całkiem miły chłopak, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Nie mówię od razu, że coś z tego może być, bo wiadomo, że ten mój Marcin jeszcze nie uciekł z mojej głowy i nie ukrywam, że gdyby była taka możliwość, to wróciłabym do niego.


1 października 2007   ×   komentarze (4)


Ostatni tydzień

Bycie studentką jest z jednej strony fajne, z drugiej trochę mniej. Jeśli chodzi o to pierwsze to mogę sobie długo spać, imprezować (chociaż będąc licealistką też mogłam) i ogólnie wszędzie pełno zniżek na alkohol i obiadki.

Poznałam trochę nowych ludzi. Pierwsze wrażenie? Szczerze mówiąc trochę dziwne. Moja koleżanka, z którą się zaznajomiłam jest inna... Inna niż wszystkie moje dotychczasowe koleżanki z klasy. Na przykład taka Ewelina czy Kamila, które nauczyły mnie najbardziej niemoralnych czynności na świecie. A Iza? Wygląda jak taka cnotka. Nie mówię, że jej nie lubię, jednak twierdzę, że nie przywykłam do tego typu ludzi. Do ludzi mniej szalonych niż ja sama. Ale mam nadzieję, że jakoś to będzie, bo przecież nie na jednej koleżance zamknie się moje życie towarzyskie. Wręcz przeciwnie... W mojej grupie jest bardzo przystojny chłopak o imieniu Michał, bardzo sympatyczny do tego. Może i byłabym nim w jakiś sposób zainteresowana, gdyby nie fakt, że zachowuje się jak taki typowy dzieciak.

Już na pojutrze muszę przynieść na chemię sprawozdanie z ostatnich ćwiczeń. Nie wiem po co, ale robiliśmy doświadczenia, których wyniki mam w skrypcie. A sprawozdanie będzie wyglądało jak przepisanie ze skryptu. Jaki to ma sens? Może taki, żebyśmy się przekonali, że to nie kłamstwo, lecz czysta prawda!

Ostatnio odnoszę wrażenie, że Marcin chyba wymięka. Przedwczoraj rozmawialiśmy na Gadu - Gadu. Już całkiem normalnie i nawet, gdy wracaliśmy do tematu pod tytułem Nasze rozstanie nie miałam do niego jakiegoś większego żalu, a z moich oczu nie wypływały rzewne łzy. W pewnym momencie Marcin poprosił mnie, abym pokazała mu się w kamerce. Niewiele myśląc podłączyłam ją do gniazda USB, włączyłam Skype'a i po jakimś czasie mój były zobaczł moją twarz. Ładnie wyglądasz - powiedział... Wydaje mi się (nie chcąc zapeszać), że chyba powoli przekonuję go, że tylko on może mi dać szczęście, a jego dość długa depresja powoli ustaje. Skąd to wiem? Stąd, że chociażby nachodzi go ochota na seks, której wcześniej nie było... Bardzo chciał zobaczyć mnie nago, żebym zdjęła koszulkę... Potem dodał, że cieszy się, że widzi mnie tylko przez kamerkę internetową, bo zapewne rzuciłby się na mnie. Poprosił mnie, żebym dała mu trochę czasu bo chce pobyć na razie sam. Czekamy aż opadną z nas emocje i spotkamy się na trzeźwo. Chociaż z drugiej strony wiem, że gdy się zobaczymy te emocje się w nas odrodzą.


6 października 2007   ×   komentarze (3)


Zeszła noc

Niektórzy ludzie nie znają granic rozsądku. Mam pewną koleżankę, która nazywa się Ola. Ogólnie jest świetną laską, jest z nią o czym pogadać i w ogóle nawet ją lubię. Nie to, żeby pretendowała do rangi mojej przyjaciółki, ale muszę przyznać, że czas spędzony z nią nie jest do końca takim czasem straconym. Jednak Ola ma jeden mankament. Całowała się ze wszystkimi swoimi kolegami. Wczoraj ja i Emila poszłyśmy do wyżej wspomnianej koleżanki, ponieważ ta miała wolne mieszkanie na wczorajszo - dzisiejszą noc. Stwierdziłyśmy, że zrobimy sobie taki babski wieczór z filmami, piwem, winem i innymi... Wszystko oczywiście w granicach rozsądku. No i nasz babski wieczór skończył się, że tak poszłyśmy do Creatora, ponieważ tam było kilku naszych znajomych, których tak naprawdę nie znałam, ale to szczegół. Z klubu wróciłyśmy o drugiej. Pewnie zostałybyśmy dłużej, gdyby nie fakt, że impreza po prostu dobiegła końca. Wytańczyłam się za wszystkie czasy. Chociaż nie... Źle powiedziałam. Wcale nie za wszystkie czasy! W każdym razie tańczyłam dużo, choć czasami bywało więcej.

Przyszedł do nas Tadziu i tak nasz babski wieczór poszedł w przysłowiowe pizzzdu. Szczerze powiedziawszy mało przejęłam się jego towarzystwem. Tadziu, Ola i Emila stwierdzili, że podobnie jak w American Pie 2 w scenie z domniemanymi lesbijkami zaczną się rozbierać. I tak moje koleżanki i jeden kolega stali w samej bieliźnie. Ola najchętniej ściągnęłaby i tą bieliznę, ale Emila uratowała sytuację i natychmiast się ubrała. Ja, z racji tej, że ogólnie jestem postrzegana jako cnotka - niewydymka postanowiłam nie brać udziału w tej zabawie, choć próbowali mnie namawiać, żebym razem z nimi się rozbierała. Szczerze? Mnie takie coś nie bawi. Zresztą bardziej przejmowałam się tym, że Marcin nie pisze, aniżeli zabawą w striptiz. Zresztą nie wolno sobie szargać opini, która razi w oczy anielskością i cnotą. Choć niestety ostatnimi czasy opinię tą sobie nieco zszargałam, ale to nic.

W każdym razie wracając do Oli. Koleżanka ma postanowiła spać w jednym łóżku z Tadziem. Co z tego, że ma chłopaka, który co prawda zrobił ją w jajeczko i nie mogła spędzić z nim ostatniej nocy. Ale to nie powód, żeby zaraz lecieć do łóżka ze swoim sąsiadem. Na całe szczęście Ola pohamowała się i nie uprawiała seksu z Tadziem. Ale nie obyło się bez namiętnych pocałunków i dobierania się do siebie. Ja nie rozumiem takiego zachowania. No dobra... Może nie raz ponosiło mnie z Aleksandrem, ale bez przesady... To jest jeden Aleksander, do którego mam słabość od jakichś dwóch lat, a nie wszyscy moi koledzy, bez względu na to czy są moimi przyjaciółmi, czy mnie pociągają i takie tam. No nic, jakoś to będzie.

W ogóle Emila i Tomek podejrzanie mają się ku sobie... Dlaczego do cholery jasnej ona musi kręcić akurat z nim? To znaczy mówi mi, że nic do niego nie czuje, ale ostatnio jakoś ją poniosło i pocałowała się z nim. Nie, nie rozumiem jej. Ani to piękne, ani jakoś specjalnie inteligentne. A wiecie co jest najgorsze? Że muszę trzymać język za zębami i nie mówić o tym Kaśce, a mnie tak świerzbi, żeby jej o tym powiedzieć, że szok, ale obiecałam cholera. Plotkarstwo to też nałóg, wiecie?


7 października 2007   ×   komentarze (2)


Jesiennie

Iza S. zapomniała mi powiedzieć, że grafikę inżynierską mamy dopiero na piętnastą trzydzieści, a nie na czternastą. Wyszłam gotowa na zajęcia przed trzynastą, żeby zdążyć na autobus, a tu bach... SMS od Izy, że mam przyjść później. Ciekawe ile jeszcze takich niespodzianek czeka mnie dziś i ogólnie przez resztę studiów.

Denerwuje mnie to, że na uczelni wyższej wszystkiego trzeba się dowiadywać samemu. Trzeba bez przerwy chodzić pod ten dziekanat i zaglądać na tablicę ogłoszeń. Czasami jak jest jakiś łaskawy wykładowca, to może powie nam co i jak, ale słyszałam, że to się dość rzadko zdarza. Zapewne mówi nam co i jak, gdy tej informacji nie ma na wyżej wspomnianej tablicy. Chyba wykorzystam ten czas i wreszcie pójdę do tej biblioteki. Już dość długo mam przetrzymane książki i pewnie uzbierała się niemała kwota. Cholera... Znowu się zaczyna to moje niedbalstwo bibliotekowe. Szlag mnie trafia na samą myśl, że znowu będę musiała płacic. No trudno.

Ta jesień mnie przytłacza, ale staram się o tym nie myśleć. Choć wiem, że te wszystkie spadające złote, czerwone, żółte i pomarańczowe liście wyglądają przepięknie, to i tak nie sprawiają, że mogę się cieszyć z tej pory roku. Nie wiem skąd bierze się ta melancholia i jesienna depresja. Dlaczego akurat na jesień? Może to wiąże się z tym, że wszystkie moje rozterki miłosne pojawiały się właśnie podczas tej pory roku? Dwa lata temu - sytuacja z Pawłem, która rozerwała mnie emocjonalnie, trzy lata temu - sytuacja z jeszcze innym Pawłem. Cholera jasna... Ja to co roku muszę coś przeżywać. A teraz? Teraz Marcin, moja największa miłość. Choć przypuszczam, że jeszcze między nami coś będzie, bo sam przyznaje się, że mnie kocha, że myśli o mnie. Ale z racji tej, że oficjalnie nie jesteśmy już razem nie pisze co i na siłę stara się być dla mnie chłodny. I to nie jest tak, że ja sobie to wmawiam, tak jest naprawdę, i gdy mu o tym mówię, wcale nie zaprzecza.


8 października 2007   ×   komentarze (4)


Dzisiejsze wykłady

Jem sobie właśnie ciasto o wdzięcznej nazwie Krówka. Nie wiem dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że najlepiej smakuje dopiero jak ze trzy, cztery dni poleży w lodówce. Wtedy się tak nie rozlewa... No, lepsze jest, po prostu. Ale i tak czy siak za słodkie. Nieważne, do rzeczy.

Dzisiaj od ósmej do trzynastej siedziałam na wykładach i nudziłam się cholernie. Matematyka - żadna rewelacja. Pan opowiadał o wzorach redukcyjnych, a te tumany, które siedziały za mną (jak i zapewne większość osób na sali) nie miało pojęcia co to w ogóle jest. I jakby tego wszystkiego było mało jeśli chodzi o funkcje trygonometryczne to będziemy zajmować się tylko dwiema z nich - sinusem i cosinusem. O co w tym wszystkim chodzi? Jakiś replay ze szkoły średniej tyle, że na poziomie podstawowym? No ale ja w końcu jestem na studiach przyrodniczych, a nie na matematycznych... Pocieszam się myślą, że póki co to matematykę mam z głowy, bo już trochę wiem na jej temat. Niektórzy będą musieli kuć z chemii, fizyki i matematyki, a mi pozostaje tylko chemia i fizyka. Pocieszające, prawda?

W ogóle to dzisiaj na wykładzie z chemii pałałam dumą, gdyż pani stwierdziła, że uczniowie z bardzo dobrych liceów, czyli z siódemki i czternastki (podkreślone - moje) pewnie będą się nudzić na wykładach. No i tu czar dumy prysnął jak bańka mydlana, bo ja z tej mojej zajebistej szkoły jeśli chodzi o chemię to wyniosłam bardzo niewiele.

A w moim życiu prywatnym nuda totalna. Z Marcinem wciąż tak samo, nikt inny na horyzoncie się nie pojawił. Nie licząc Aleksandra, który sam z siebie zaproponował mi piwo, na które w ogóle nie poszliśmy, ale jakoś specjalnie się tym nie przejęłam, bo i czym? Nie teraz, to później.


10 października 2007   ×   komentarze (3)


Pogrążona w marzeniach

Uwielbiam ten moment, gdy wychodzę spod prysznica, zawijam się ręcznikiem, szpatułkami usuwam resztki makijażu i wychodzę z łazienki. W pokoju otwieram piszczące drzwi od szafki, wyciągam bieliznę, z fury ubrań na łóżku wybieram wczorajsze spodnie i po pokoju szukam jakiegoś swetra. Ale po co się ubierać? Po przyjemnym prysznicu najchętniej naga wsunęłabym się pod kołderkę i zasnęła.

Chciałabym mieszkać sama, bo nawet przez cały dzień mogłabym chodzić nago, czułabym pełną swobodę, pełen komfort fizyczny i psychiczny. Co z tego, że nie potrafię gotować? Kuchnia mi nie straszna, gdybym musiała, to nauczyłabym się, proste. Sprzątanie? Może w końcu udałoby mi się wyrosnąć z bałaganiarstwa i zaczęłabym systematycznie zbierać po sobie zużyte talerze, szklanki i sztućce.

W każdym razie samotne mieszkanie byłoby fantastyczne. To nie tak, że zaraz chciałabym w nim mieszkać z Marcinem (choć on pewnie i tak nie chciałby ze mną, ale to szczegół, nieważne). Mogłabym być sama. Robiłabym co tylko mi się zamarzy, na co mam ochotę. Oczywiście pod warunkiem, że pozwoliłyby na to fundusze.

Może samotnie w mieszkaniu to jesień nie byłaby mi straszna? Przesiadywałabym czasami z przyjaciółmi od wieczora do rana i byłoby cudnie, swobodnie i mojo.

Marcin wczoraj mi napisał, że podziwia mnie, że jeszcze mam marzenia. To chyba właśnie one mnie napędzają i sprawiają, że żyję. Odpisałam mu tylko, że ja czekam na Niego i wciąż wierzę, że do mnie wróci (nie wiem ile w tym naiwności). On odpisał mi tylko, że wie. Czasami tak się zastanawiam, że może On po prostu nie ma sumienia mi powiedzieć, że to już definitywny koniec, że już nigdy w życiu nie będziemy razem. Może wie, że ta nadzieja jest paliwem, które sprawia, że żyję i mam się w miarę dobrze. Jest jeszcze jedna opcja, bardziej optymistyczna niż ta, którą opisałam przed chwilą i w sumie bardziej prawdopodobna. Mianowicie chodzi tu o to, że on tak naprawdę sam nie wie czego chce i potrzebuje czasu, żeby pobyć samemu. Sam przyznał, że chyba już nigdy nie dopuści nikogo tak blisko, jak mnie.

A w ogóle to dzisiaj po socjologii (tak, na studiach przyrodniczych zrobili nam tak zwany blok humanistyczny po to, żebyśmy byli wszechstronnie wykształceni) idziemy na piwo do jakiegoś pubu. Mają być ludzie z różnych grup. A przynajmniej takiego SMSa napisał mi wczoraj Michał. Nie wiem czy pójdę bo cały czas kaszlę, smarkam, boli mnie głowa - przeziębiona po prostu jestem. I wydaje mi się, że gdybym napakowała w siebie jakieś bąbelki, do tego z alkoholem mogłoby się to dla mnie nieciekawie skończyć, ale jeszcze zobaczę. No bo jak mogę opuścić studencką integrację z Michałem?


11 października 2007   ×   komentarze (7)


Chora i piję drinki

Dopadło mnie jesienne przeziębienie. Cały czas kaszlę i wypluwam substancję o bliżej nieokreślonej gęstości i kolorze. W każdym razie to obrzydliwe. Mama faszeruje mnie Apapami, Apapami na noc, tysiącami rodzajów syropów (wykrztuśny, na kaszel), każe ssać Tymianek i podbiał (okropne to jest!). Przedwczoraj i wczoraj czułam się tragicznie, nawet miałam wyższą temperaturę niż mieć powinnam. Ale nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed pójściem na ćwiczenia z fizyki! Potem spotkanie z Kingą, która miała dla mnie propozycję pracy, na którą się chyba nie zgodzę, bo ja nie potrafię namawiać ludzi do czegoś, bez względu na to czy przejdę jakieś szkolenia, które mają mnie tego nauczyć czy nie. No... I jeszcze musiałabym zainwestować w to dwieście złotych, żeby pojechać na szkolenie do Dusznik. Tak... Tylko, że za każdą podpisaną umowę (czyli po namówieniu kogoś, żeby tę umowę podpisał) dostaję czterysta złotych, czyli nie tak wcale mało. I to właśnie każe mi się zastanawiać. Ale z drugiej strony... Ojciec nigdy w życiu nie da mi dwóch stów na takie przedsiewzięcie. No nieważne, może kiedyś znajdę sobie jakąś inną, normalną pracę.

Wczoraj przez cały wieczór siedziałam z Eweliną i popijałam podróbkę Malibu o wdzięcznej nazwie Bazilio. Smakowało praktycznie tak samo, tylko miało nieco mniej procentów. Wypiłyśmy po cztery, czy pięć drinków po czym powiedziałyśmy dziękuję i dałyśmy sobie spokój z piciem. Oglądałyśmy Powrót Mumii. Tylko ja odnoszę wrażenie, że to jest taki beznadziejny film czy jest jeszcze ktoś, kto mnie w tym poprze?

A w ogóle to w czwartek, przed wykładami z ekonomii i socjologii pobiegłam jeszcze do biblioteki na Bulwar Ikara i pożyczyłam trzy książki. Aktualnie czytam Martynę - całkiem to ambitne i ciekawe. Idę oddać się lekturze.


13 października 2007   ×   komentarze (2)


Źle

Czuję się wypalona od środka, czuję pustkę... Chcę tylko jednego, chcę Marcina. Czekam na niego cierpliwie juz tyle czasu, że powoli tracę cierpliwość, powoli odechciewa mi się wszystkiego. Studiów, przyjaciół, imprez i życia.

Dzisiaj stwierdziłam, że nie pójdę na ćwiczenia z maszynoznastwa, bo spóźniłabym się conajmniej pół godziny, a nie chcę znowu wchodzić w połowie zajęć, zziajana, zmęczona, zdyszana i spocona. Pojechałam tramwajem do rynku, a potem przeszłam na drugą strone i wisiadłam do sto dwadzieścia dwa, wróciłam do domu.

Po drodze było mi źle, może nawet gorzej jak teraz. Jest mi okropnie smutno, pragnę jednego... A tutaj uciekło ze mnie całe paliwo, które motywowało mnie do życia. Wszystko straciło sens.

Nawet wczorajsza impreza integracyjna w Alibi mnie nie pocieszyła. Naprawdę... Nic, kompletnie na mnie nie działa. Umieram wewnętrznie, po prostu.


16 października 2007   ×   komentarze (4)


List do P.

Cześć.

Nie wiem za bardzo co napisać. Ale za to wiem z jakiego powodu zagościła ta pustka we mnie, w moim sercu. Nie wspominałam Ci pewnie, ale od ponad roku mieszkałam z Babcią. Wcześniej okazało się, że ma guza mózgu i po operacji nie mogła mieszkać sama, ponieważ była niepełnosprawna umysłowo. Wobec tego zamieszkała u nas w domu. Opiekowaliśmy się nią jak najlepiej potrafiliśmy. Za jakiś czas przeprowadzamy się do nowego domu i tam nawet ustaliliśmy w którym miejscu będzie pokój dla Babci. W pewnym momencie nawet dochodziła do siebie, sama poruszała się po mieszkaniu, potrafiła sobie zrobić kanapkę... I tak w zeszłe Święta doszło do pogorszenia stanu zdrowia i już nigdy nie była jak kiedyś. Potem miała operację na serce... Babcia przestała chodzić, nie mówiła (choć czasami rozumiała co się do niej mówi), kubki smakowe jej się pozmieniały i jak kiedyś, gdy była zdrowa wstawała w nocy, żeby zjeść coś słodkiego, tak teraz nie mogło przejść jej to przez gardło... Babcię trzeba było przewijać, karmić, myć, ale mimo wszystko kochaliśmy ją bardzo. Nie trudno się domyślić, że moja Babcia zmarła, właśnie dzisiaj. Nie wiem już co mam o tym myśleć. Gdy tylko się o tym dowiedziałam miałam ochotę się rozpłakać, ale nie mogłam. Może dlatego, że wciąż w to nie wierzę? Że wciąż jest to dla mnie... dziwne? Moja Babcia zawsze powtarzała, że nie chce być dla nikogo ciężarem, a dla nas w pewien sposób była. Zawsze ktoś musiał być przy niej. W pewnym stopniu nam to przeszkadzało, ale godziliśmy się na wszystko, bo Ją kochaliśmy i kochamy wciąż.

Bardzo mi smutno bo Babcia zawsze była przy mnie. Gdy w Wielkanoc na przykład kłóciłam się z rodzicami to Babcia starała się nas godzić. Chyba jako jedyna zawsze się o mnie martwiła i powtarzała mi jak mnie bardzo kocha. Nigdy nie wmuszała we mnie jedzenia. I wiesz... Pomogła mi w realizacji marzeń. Na osiemnaste urodziny dostałam od niej dwa tysiące złotych, za które kupiłam sobie aparat fotograficzny (który swoją drogą czeka na naprawę). Oczywiście pieniądze zapisała na moją mamę jakoś w maju (moje urodziny są w lipcu), bo sama wcześniej miała operację mózgu. Pamiętam, kiedy ostatni raz ją widziałam w "normalnym" stanie. Byliśmy w szpitalu i częstowała mnie i mojego kuzyna Tomka bułkami słodkimi, jabłkami... Już wtedy płat odpowiadający za jej pamięć był tak mocno przygnieciony przez guz, że nie wiedziała do końca jak nazwać te słodkości...

Nie wiem już co czuć, jest mi smutno, ale nie płaczę. Boję się pogrzebu, aczkolwiek muszę na niego iść, siłą rzeczy - to moja babcia, najukochańsza na świecie. Pewnie dopiero wtedy dotrze do mnie to, co tak naprawdę się stało. Dopiero wtedy zrozumiem.

Nie piszę już nic, bo chyba pójdę spać. Czuję się samotnie.
Dobranoc.
Agata



16 października 2007   ×   komentarze (9)


Dzieciństwo i @%# ochroniarz

Moje dzieciństwo pozostało jedynie na zdjęciach. Wszystko to, co kojarzyło mi się z nim zostało usunięte, bez skrupułów. Z jednej strony, za oknem zniszczyli naszą łąkę i postanowili wybudować tam kolejne bloki mieszkalne, w sobotę zaś usunęli nasze największe i najpiękniejsze drzewo na podwórku. Co to ma znaczyć? Już nie ma niczego co kojarzyłoby mi się z tymi pięknymi latami. Zostało to zachowane jedynie w pamięci i, jak już wspomniałam, na zdjęciach. Może los po prostu chce nam pokazać, że nie warto już o tym wszystkim myśleć, tylko zacząć nowe życie? Ścięte drzewo, likwidacja łąki... Już nikt nie zobaczy tych miejsc. To znaczy zobaczy, ale w zupełnie innej formie.

Jest jak jest, wszyscy się trzymamy. Dzisiaj mam kolokwium z chemii, z pisania równań reakcji. Mam nadzieję, że nie pójdzie mi aż tak źle jak większość sprawdzianów w liceum. Wczorajsza niedziela po raz kolejny upłynęła mi na rysowaniu jakiegoś badziewia na grafikę inżynierską. Tym razem zaangażowałam do tej roboty mojego tatę, który rapitografem narysował mi linie. Wyszło całkiem nieźle. Zobaczymy co za to dostanę.

Wczoraj kupiłam nowe kozaki zamszowe i torebkę (bo moja dotychczasowa przecudownie się rozwaliła). W sobotę, po odwiezieniu mojej kuzynki na Dworzec Główny poszłam do Galerii Dominikańskiej właśnie w celu obejrzenia tych przedmiotów, które były mi aż tak niezbędne. Nie muszę chyba mówić, że niczego interesującego tam nie znalazłam? Postanowiłam wybrać się do Media Marktu po film do Zorki mojego taty, bo doszłam do wniosku, że czas sprawdzić jak to działa. Oczywiście ta wizyta pociągnęła za sobą małe kłopoty. Oskarżyli mnie o kradzież, bo gdy odchodziłam od kasy zapiszczało coś za mną. Obrzydliwy ochroniarz poprosił mnie o wręczenie mu mojego telefonu komórkowego i kazał ponownie przejść przez to charakterystyczne przejście. Niestety znowu zapiszczało. Westchnęłam głośno. Zawołał swojego równie obrzydliwego kolegę, który zaprosił mnie do kanciapy i kazał wyjąć wszystko z torebki. Spojrzałam na niego z ironią...
- Zasmarkane chusteczki też? - spytałam nie ukrywając złości. On tylko zasmiał się i niewiele zapewne brakowało a powiedziałby do mnie, że oni już nie takie numery tu mieli i że się dziwi, że jeszcze żarty się mnie trzymają pomimo poważnej kradzieży. Żałuję, że nie miałam w torebce żadnych podpasek czy tamponów, ta ciota pewnie zrobiłaby się purpurowa ze wstydu. Okazało się, że mój odtwarzacz mp3 wytwarzał pole elektromagnetyczne przez co właśnie tak piszczały te czujki. Wkurzona wyszłam stamtąd i jak najszybciej pomknęłam do wyjścia z Galerii Dominikańskiej. Oczywiście nie usłyszałam żadnego przepraszam ani, co gorsza do widzenia. Ja rozumiem, że oni musieli to zrobić, ale jakieś zasady kulturą obowiązują również i ochroniarzy, prawda? Co za ludzie... Nigdy więcej nie pójdę do Media Markt w Galerii Dominikańskiej!


22 października 2007   ×   komentarze (6)


Mój mały gastronomiczny sukces

Dzisiaj odniosłam swój mały, gastronomiczny suckes. Skorzystałam z przepisu na omlet mojego kolegi i słuchajcie, że... Wyszedł mi! Zrobiłam wszystko zgodnie z jego recepturą i nawet przerzuciłam omleta na drugą stronę bez żadnego uszczerbku na jego strukturze! Mój omlet jest przepyszny jednakże troszkę za słodki. Następnym razem, gdy będę dodawać cukru to zjem go z dżemem a nie z miodem, bo inaczej się zasłodzę. Moja mama będzie ze mnie dumna jak jej się pochwalę! Wcześniej omleta probowałam robić już dwa razy i za każdym razem coś nie wychodziło. Szlag jasny mnie trafiał, bo marnowałam kolejne jajka, mąkę, i tak dalej, a to co tam narobiłam nie przypominało nawet omleta. Teraz mi się udało! Hura! Hura! Hura!

A w ogóle to wczoraj poszłam z Emilą do Creatora, po jakichś dwóch czy półtorej godzinie dołączyła do nas Ola. Było całkiem sympatycznie. Dołączył się do nas jakiś chłopak, okazało się, że rok młodszy ode mnie. Pochwalił się, że jego edukacja zakończyła się na gimnazjum i aktualnie pracuje zarabiając tysiąc trzysta złotych na rękę. Stwierdził, że to pewnie trochę siara mieć takie wykształcenie, ale przynajmniej ma sporo kasy. No tak, wszystko fajnie tylko on w tej robocie nie będzie już siedział do emerytury. Nieważne... W każdym razie fakt, że nawet nie jest w liceum rzucał się w oczy aż nadto ponieważ jego sposób formułowania zdań zostawiał wiele do życzenia. Może to zabrzmi dziwnie, ale to chyba bardzo ważne dla każdego człowieka, żeby mieć jakieś konkretne wykształcenie. Ja nie mówię tu już o wyższym i mgr przed nazwiskiem, ale żeby chociaż zdać tą maturę i mieć większą szansę na przyszłość.


25 października 2007   ×   komentarze (5)


I znowu źle

Widzę go tylko w snach, czuję go tylko w snach. W rzeczywistym świecie tylko od czasu do czasu usłyszę coś miłego, ale co z tego? Ja chcę mieć Go tu przy sobie, chcę się z Nim kochać i nie chcę się rozstawać. Nie wiem dlaczego, ale ja wciąż wierzę, że jeszcze coś z tego będzie. Że jak przyjedzie (a przyjedzie, bo sam stwierdził, że jest mi to winien) to wszystko się zmieni i znów będziemy razem. Jestem naiwna? Być może.

Nie pytajcie czy warto, bo ja wiem, że warto. Dopóki moje serce bije to bije dla Niego i dla nikogo innego bić nie może, choćbym niewiadomo jak się uparła. Wczoraj na karaoke myślałam, że się rozpłaczę, gdy zaczęłi włączać jakieś powolne, nastrojowe piosenki. Siedziałam tak tylko, patrzyłam w jeden punkt i myślałam o tym jak kiedyś między nami było. I w pewnym momencie do mojej głowy wpłynęła wizja, która sprawiła, że gdyby nie to, że człowiek jest istotą rozumną i potrafi opanować swoje emocje to pewnie zaczęłabym wywracać wszystkie stoliki, płakać i tłuc głową o ścianę... Pomyślałam sobie jak Marcin całuje inną kobietę, jak patrzy jej w oczy...

Nie wiem czy ja powinnam się leczyć, czy powinnam zapaść w śpiączkę, czy się zabić. Nie wiem... Ale wiem, że mam wszystkiego dosyć, że chciałabym aby wszystko się wreszcie ułożyło, abym znów poczuła się kochana przez mojego, jedynego Marcina. Cierpię, jak cholera... Bardzo...


28 października 2007   ×   komentarze (5)