Z Trójmiasta

Z Gdyni wróciłam drugiego stycznia. Na stacji Wrocław - Mikołajów byłam już o dwudziestej drugiej zero jeden. Jazda była dość średnia, nerwowa. Może dlatego, że strasznie tęskniłam za swoim lubym, miałam ochotę płakać, krzyczeć i opowiadać wszystkim dookoła, że bardzo chciałabym z powrotem wrócić do Trójmiasta. Nie to, żeby mi się z Marcinem układało tak cudownie jak kiedyś... Ba... On się nawet zaczął zastanawiać czy potrafi być ze mną tak na stałe, stwierdził, że powinnam schudnąć a w łóżku nie jest mu ze mną jak kiedyś, choć wiadomo... podoba mu się. Już nie jestem dla niego żadnym aniołkiem. Ale w sumie... Aniołkowanie kiedyś musiało się skończyć, tak samo jak moje dzieciństwo czy niewinność (bo to właśnie świadczyło o tej rzekomej anielskości).

W każdym razie teraz było o wiele lepiej aniżeli w wakacje. Dlaczego? W zasadzie w ogóle się nie kłóciliśmy. Czasami tylko strzelałam jakimiś fochami jak robił mi na złość czy coś (i właśnie przez to on się zaczął zastanawiać czy potrafi), ale on nie wiedział o tym, że tak naprawdę to ja się na niego nie gniewam tylko chcę wymusić na nim, żeby podszedł do mnie i przytulił, może pocałował. Ale wszyscy dobrze wiemy, że faceci w ogóle nie są domyślni.

Co z tym wszystkim będzie? Tego chyba nawet Pan Bóg nie wie. W każdym razie samo Trójmiasto było jak zwykle cudowne. Nawet nauczyłam się posługiwać automatami na stacjach Szybkiej Kolei Miejskiej! Piłam drogą cavę (coś w rodzaju szampana) i nie smakowało mi wino za dwie stówy, co Marcinowi się trochę nie spodobało, ale to już nie moja wina, że ja się nie znam na alkoholach, nie pracuję w gastronomii.

Sylwester? Jak wszyscy wiedzą... Spędziłam go na zmywaku. Szczerze mówiąc nie było tak źle jak się spodziewałam, że będzie. A dlaczego? A dlatego, że był to zupełnie inny Sylwester niż dotychczas. Pracowałam bardzo ciężko, ale to nie znaczy, że ominął mnie szampan, śmiechy, chichy i petardy. Co prawda nie jadłam nic przez te kilkanaście godzin (oprócz dwóch kawałków pysznego sernika), choć mogłam, ale nie miałam większej ochoty. Z tego zmęczenia nawet głodu nie czułam. Pokłóciłam się z szefem sali, powiedziałam mu, że jest szefem z bożej łaski. Marcin ogólnie stwierdził, że oboje mamy ciężkie charaktery, zresztą nikt nie lubi tam tego gościa, na mnie też dziwnie patrzyli, ale jakoś mnie to specjalnie teraz nie obchodzi. Pracowałam od siedemnastej do prawie siódmej rano. Zarobiłam dwieście złotych a aktualnie zostało mi z tego jakieś pięćdziesiąt. Ja nie wiem co się z tą kasą stało. W każdym razie w tym miesiącu muszę w tym miesiącu przystopować z imprezowaniem bo prędzej zbankrutuję.

We Wrocławiu zażywam spokojnego, szarego życia, choć o ostatnim piątku nie mogę tak powiedzieć. Kamila porwała mnie do Klubu 54 i zostawiłam tam jakieś pięć dych, może cztery. Głupia jestem, głupia! Ale przynajmniej opiłam się alkoholu za wsze czasy i póki co mam dość.

A w czwartek i sobotę widziałam się z pewnym kimś, jeśli ten pewny ktoś to przeczyta, to będzie wiedział, że jest pewnym kimś, hehe.


6 stycznia 2008   ×   komentarze (3)


Jeszcze wracając do piątku

Wczoraj do drugiej robiłam projekt domku na dzisiejszą grafikę inżynierską. Miałam w ambitnych moich planach zrobić pozostałe dwa, zaległe rysunki dopiero z rana. Niestety nie wypaliło, bo gdy obudziłam się (a raczej obudził mnie komórkowy budzik) o jedenastej stwierdziłam, że nie wstanę... Poprzewracałam się na boki do jedenastej trzydzieści i jeszcze kilkoma minutami i dopiero wtedy zwlokłam się z łóżka.

Tak szczerze mówiąc to nie wiem co się ze mną dzieje. Chodzę non stop zmęczona, wiecznie niewyspana, bezustannie ziewająca... Czy może mi ktoś to wyjaśnić? Będąc w Trójmieście wcale taka nie byłam. Wtedy to tryskałam życiem, mogłam wstawać przed dziewiątą, sprzątać (ale to też nie tak zawsze) mieszkanie, myć gary (to oczywiście do czasu), biec pod prysznic, iść do sklepu... Czyli mogłam wykonywać wszystkie czynności, do których tutaj ciężko mi się zmusić. Wychodzi na to, że Marcin jest takim moim motorkiem, który motywuje mnie do działania. Chociaż... Jakim cudem on to robi skoro sam jest przeokropnie leniwy i wstawał najczęściej kilka godzin po mnie i to dopiero wtedy, gdy go budziłam? Nie wiem, nie wiem.

W ogóle to w poniższej notce wspomniałam, że byłam z Kamilą w Klubie 54. I w sumie zapomniałam powiedzieć o rzeczy najważniejszej, która miała wtedy miejsce. Niektórzy być może pamiętają moje licealne dzieje... To znaczy mówię tu bardziej o początkach mojej kariery w liceum, kiedy to Kamila poznała Pawła i się troszkę działo. Ja zakochałam się z Pawle, razem się całowaliśmy i takie tam. To, co działy się pomiędzy mną a tym chłopakiem było owiane tajemnicą (oczywiście przed Kamilą). Po pamiętnym wydarzeniu (czyli naszym pocałunku z języczkiem) obiecałam, że nigdy w życiu nie powiem Kamili co się wydarzyło. No i tak mijały lata a ja nie pisnęłam ani słówka. Aż właśnie do piątkowej imprezy... Kamila opowiadała mi jak to Paweł ją denerwuje, bo wciąż wypomina jej tą niby zdradę w Grecji (pocałowała się z jakimś Grekiem). Okej, stało się... Ale kiedy? To było w wakacje po pierwszej klasie liceum, a aktualnie obie jesteśmy na pierwszym roku studiów, a on wciąż to wałkuje! W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam, że Paweł wcale taki niewinny nie jest.

- Wiesz coś o tym? - spytała podejrzliwie Kamila.
- Nie... Ale tak mi się coś wydaje, że on wcale taki święty nie jest - odparłam próbując się nie wygadać, ponieważ nie chciałam niczego psuć między nimi.
- Widzę, że coś wiesz. Powiedz mi!
- Nieważne!
- Bzykałaś się z nim?!
- Nie!
- Lizałaś się?
- Tak... - I tu starałam się nie patrzeć na nią, próbowałam się tłumaczyć, ale ona totalnie mnie zaskoczyła.
- Stara, kocham cię! Naprawdę jestem ci wdzęczna, że mi to powiedziałaś! I jak? Fajnie było? Kiedy to było? A kto pierwszy zaczął? A długo się całowaliście? - posypały się pytania a ja starałam się na każde z nich odpowiedzieć...


7 stycznia 2008   ×   komentarze (4)


Wiosna w środku zimy

Wiosna w środku zimy, cudownie. Szczerze mówiąc cieszą mnie dodatnie temperatury i świecące słońce, gdyż poprawia mi to nastrój. Wyrosłam już z radości dołowania się, więc robię wszystko, żeby było jak najbardziej optymistyczne w moim życiu, ale bardzo często mi to nie wychodzi. Dlaczego? Nie wiem... Może ja już jestem taką zgorzkniałą młodą osobą, która tylko stara się myśleć pozytywnie, a rzadko jej to wychodzi? Ewelina zerwała z Kacprem, dziewczyna się odradza i szaleje. A ja? A ja dalej nie wiem co z moim związkiem. Prowadzimy jednominutowe rozmowy przez telefon, piszemy do siebie. Jego głos jest całkiem wesoły, ale czasami wrednie się zachowuje. Zdążyłam już do tego przywyknąć i nie jest tak źle. Grunt, żeby się nie przejmować. No bo po co psuć sobie humor?

Od kilku dni czuję się tragicznie, ale w sensie fizycznym. Chyba łapie mnie grypa. Wczoraj biłam się z myślami czy iść na wykłady, czy też nie. Stałam na przystanku i ujrzałam nadjeżdżający autobus, powiedziałam sobie w myśli: Jeśli to sto dwadzieścia dwa to jadę na wykłady. Oczywiście miałam nadzieję, że to nie ten autobus, bo nie miałam jakiejś większej ochoty iść i się nudzić na maszynoznastwie czy fizyce (na matematyce się nie nudzę, czasami). Starałam się dojrzeć numerek na autobusie i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to właśnie sto dwadzieścia dwa... Przez chwilę się zawahałam, ale powiedziałam sobie, że widocznie mam jechać na te wykłady, więc wsiadłam do środka.

Z Martą nie poszłam na maszyny i chemię. Na to drugie nigdy nie chodzę, bo uważam, że to nie ma sensu. Więcej wyniosę czytając podręczniki aniżeli słuchając tej starej baby. Złe podejście? Być może. Piątego lutego mam egzamin, zobaczymy jak na tym wszystkim wyjdę. O ile w ogóle mnie dopuszczą do tego egzaminu! Mam jeszcze do zaliczenia trzy kolokwia! W tym dwa do poprawy, dzisiaj idę. Trzymajcie kciuki. Właśnie... Wczoraj przy tej rozkładającej mnie grypie (czy cholera wie czym) musiałam zrobić jakieś trzydzieści siedem zadań ze stężeń procentnowych i dziewięć z analizy wagowej. Wcale nie napawało mnie to optymizmem biorąc pod uwagę, że byłam wręcz umierająca. Dopiero po dwudziestej mama poczęstowała mnie Gripexem i jakoś udało mi się w miarę normalnie funkcjonować w moim aktualnym stanie.

U mnie w grupie jest jedna osoba, która potrafi poprawić mi humor. No dobra... Może garstka osób, które to potrafią... Kamila, Karolina, Marta i Marek. Z Karoliną zawsze chodzę na papierosa i słucham jej opowieści, z Kamilą jeżdżę na zajęcia i wracam (mieszka niedaleko mnie), Marta się ze mną buja, a Marek rozwala tekstami. Ta ostatnia osoba zasługuje na szczególną uwagę. Ostatnio w sali, na moim krześle leżał kapsel od Tymbarka z napisem: Obejmij mnie. Niewiele myśląc rzuciłam go na ławkę obok, gdzie później usiadł Marek. Sam rzucił okiem na napis...

- Agata, no wiesz? - mówił a ja na niego spojrzałam z politowaniem po czym zaczełam się śmiać pod nosem spoglądając na jego reakcje. Potem wszyscy (oprócz Kamili) poszliśmy do Pasażu Grunwaldzkiego, żeby się napić kawy. Dzwonił Marcin i powiedział mi, że ostatniego wieczoru nie rozmawiałam z nim lecz z jego kolegą. O ile to w ogóle można nazwać rozmową! Ja mówiłam a w odpowiedzi słyszałam jakiś bliżej nieokreślony bełkot. Tak to jest jak się dwóch facetów porządnie spije. Ale wracając do tej kawy. Siedzimy sobie przy stoliku, pałaszujemy bułki słodkie (w przypadku Marty i Marka były to pączki) popijając je kawą i nagle spoglądam na Marka a na jego twarzy maluje się olbrzymie obrzydzenie.

- Ten koleś podrapał się po dupie... - mówi - Po tym rowku! Aż mi pączek w gardle stanął jak to zobaczyłem! - Ja i Marta zaczęłyśmy prawie płakać ze śmiechu a Markowi ta cała sytuacja obrzydziła jedzenie. Śmiesznie jest, naprawdę.


10 stycznia 2008   ×   komentarze (3)


Skrót z zeszłego tygodnia jakby

Przepraszam Państwa... Jak ja się nazywam? A, tak, już wiem, już wiem! Z rana, po średnio przespanej nocy najlepiej sobie walnąć kubek gorącej kawy, takiej mocnej, fest mocnej. Dzisiaj kolejne koło z chemii do poprawy, tym razem alkacymetria i redoksymetria. Alkacymetria poszła mi dość gładko (jeśli chodzi o rozwiązywanie zadań), z tym drugim może być trochę gorzej, ale chyba muszę nauczyć się na pamięć kilku równań reakcji i będzie po krzyku. Tylko ilu? Sześciu? Zaraz sprawdzę.

Ten tydzień minął mi baaaardzo pracowicie. Praktycznie przez cały ten czas uczyłam się chemii. Toż to paranoja! Ja naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio uczyłam się z tego przedmiotu tak naprawdę długo, długo. Chyba nigdy... Ewentualnie w gimnazjum, ale to już są niepamiętne czasy. Gimnazjum? Pfff...

W ogóle to Paweł dowiedział się, że wygadałam Kamili, że się z nim całowałam. Hohohohooo... Śmiesznie w sumie było i jak się odezwał do mnie na Gadu - Gadu to zaczęłam się śmiać. Powiedziałam mu dlaczego to zrobiłam i tyle. Na drugi dzień spotkałam się z Kamilą i pojechałyśmy do naszego, starego siódmego LO. Szkoda, że nie było Gieni (naszej wychowawczyni), ale zadzwoniłyśmy do niej i powiedziała, że będzie na nas czekać za dwa tygodnie. Dowiedziałam się, że Kamila dość mocno ochrzaniła Pawła, że się te kilka lat temu tak chamsko wobec mnie zachował. Ta dziewczyna naprawdę mnie zadziwia... Na jej miejscu to chyba zabiłabym taką zdradziecką przyjaciółkę, a nie jeszcze ją broniła! W każdym razie im bardziej o tym sobie myślę, tym bardziej teraz mi głupio. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo przecież to było ponad dwa lata temu. Od tego czasu wszystko się diametralnie zmieniło.

Poszłyśmy z Kamilą na kawę do Coffee Planet. Było całkiem sympatycznie biorąc pod uwagę, że miałam minę jakby ktoś podłożył mi zdechłego ślimaka pod nos. A wszystko przez Marcina, który skutecznie potrafi mi zepsuć humor, ale nieważne, przynajmniej nazwał mnie wtedy aniołkiem, co mnie zaskoczyło i uszczęśliwiło. No ale nieważne.... Siedziałyśmy tak sobie i popijałyśmy w najlepsze kawę, gdy nagle zadzwonił Kamili telefon (czy tam ona zaczęła gdzieś dzwonić). Okazało się, że rozmawia z Pawłem.
- W Coffee Heaven. - Tu nastąpiła cisza, bo Paweł coś zaczął do niej mówić. - Z Agatą.
Ja już odruchowo chciałam wstać, ubrać się i wyjść.
- Paweł tu przyjdzie? - spytałam nie kryjąc niesmaku.
- Tak - odpowiedziała.
- To ja sobie stąd idę. - Przypominam, że dzień wcześniej prowadziliśmy średnio sympatyczną rozmowę przez Gadu - Gadu.
- No przestań! Nigdzie nie idziesz, zostajesz tutaj.
Na mojej twarzy wymalowała się niemała konsternacja...
- Ale stara, on mi przecież łeb ukręci jak mnie zobaczy!
- Nic ci nie zrobi... - Tu na moment przerwała. - Ale jak ja mu powiedziałam, że jestem z tobą to on zaraz: To ja jadę do domu.
Dobrze by zrobił. W każdym razie zebrałam w sobie całą odwagę i stwierdziłam, że w sumie może przychodzić. I tak też się stało. Gdy tylko zobaczyłam, że kręci się wokół naszej kawiarni serce załomotało mi szybciej niż zwykle. Nie, nie ze szczęścia, że go widzę. W końcu wszedł do środka, powiedział nam coś w rodzaju cześć, usiadł na pufie i zaczął przeglądać jakieśtam notatki.

Szczerze przyznam, że to było bardzo miłe popołudnie. Paweł wcale się na mnie nie gniewał, ani ja na niego. Bardzo zdziwiła mnie ta przyjacielska atmosfera, która panowała między naszą trójką. W pewnym momencie poczułam się jak za starych, dobrych czasów. Kiedyś musimy to powtórzyć.

OK, ja wracam do chemii, bo wypada zaliczyć to koło. Babka to już chyba na kilometr będzie mnie poznawać, bo trzeci raz do niej śmigam.


17 stycznia 2008   ×   komentarze (4)


Badbad

Źle się dzieje, bardzo źle. Sesja, Marcin mnie zdradził, w dupę z tym wszystkim. Jak naprawię kompa i telefon to do Was wrócę.


31 stycznia 2008   ×   komentarze (5)