Sylwestrowe wspomnienia panny Agaty

Szampańskiej imprezy... Taka szampańska to ona nie była, ponieważ szampana wypiłam ciut - ciut. Gdybym wlała w siebie jeszcze szampana, to potem nie doszłabym nigdzie (choć i tak nie mam zielonego pojęcia jak Kaśce udało się mnie zaciągnąć do domu, naprawdę, gratulacje dla niej).

Nie wypiłam dużo, a byłam tak spita, jakbym wytrąbiła ze dwa wiadra wódki. To było koszmarne. Nigdy więcej tyle picia, naprawdę. Chociaż to też tak się zawsze obiecuje i obiecuje, a tak na poważnie to i tak pije się tyle, że głowa boli (rano, oczywiście).

Ale ogólnie było całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę, że po raz pierwszy Sylwestra spędziłam poza swoim osiedlem. Było to coś nowego. No i na pewno nowością było męskie towarzystwo, którego często nam brakowało. Ogólnie to była kwestia dość dziwna, ponieważ jak chodziłyśmy do różnych klubów, to płci męskiej nam nie brakowało. A w Sylwestra? Na odwrót... Wyżej wspomnieni mężczyźni tak naprawdę byli dziećmi. Najstarszy był rok młodszy ode mnie. Ale to się wytnie, naprawdę. Za rok Sylwestra spędzam w Sopocie, z moim M.

W każdym razie, ostatnio w różnych kontaktach z mężczyznami mam potem z rana kaca moralnego. Dlaczego? W sumie to był tylko pocałunek. No ale nie pytajcie, ile ten kandydat miał lat. Eh... Zaczynam zachowywać się potwornie! Obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię, nigdy.

Rano rozmawiałam z M. Miał taki śliczny głos. Uwielbiam go. Jest cudowny. Ja się naprawdę zakochałam. Bo ja naprawdę żałuję tego, co zrobiłam w Sylwestra. Pocieszam się myślą, że gdybym była trzeźwa na pewno bym tego nie uczyniła. Kocham mojego M. Naprawdę go kocham. Cholera, dawno tak nie kochałam.


1 stycznia 2007   ×   komentarze (8)


Szarość, szarość

Tęsknota któregoś dnia mnie zabije. Najchętniej wsiadłabym do pociągu i pojechała na drugi koniec Polski. Cierpliwości - powtarzasz wciąż. Ale ileż można czekać? Jak kocha, to poczeka - fakt. Poczekam. Znajdę sobie jakieś absorbujące zajęcie i wszystko wróci do normy. Czas minie i znów się spotkamy.

Powrót do szarej rzeczywistości. Nie cieszy mnie. Ale taki kop szarości dobrze mi zrobił. Może w ten sposób wrócę do starego trybu życia i przestanę rozmyślać nad tym co działo się tak niedawno? Rozmyślanie i katowanie się wspomnieniami to też forma samodestrukcji...

Postanowienie na Nowy Rok? Po prostu zmądrzeć i wyjąć głowę z chmur, myśleć trzy razy zanim coś zrobię. No i bardziej przyłożyć się do nauki, a przynajmniej postarać się. Ach... I zasypiać częściej z uśmiechem na twarzy, bo potem ranek i reszta dnia wydają się jakby lepsze.


2 stycznia 2007   ×   komentarze (6)


Z kubkiem herbaty, uzależniam się

Herbata dołącza do grona moich uzależnień, ponadto prawdopodobieństwo zaczyna wchodzić do mej głowy niczym woda do gardła. A to oznacza? Jest dobrze.

Dzisiaj spóźniłam się na fizykę, a wszystko przez to, że znów jakiś cymbał zepsuł naszą kłódkę od szatni i musiałam biegać do portierni po kluczyk (bo tak normalnie to każdy ma swój). I oczywiście zanim z samej piwnicy wbiegłam niemalże na samą górę, to trochę czasu minęło. W sumie... Nawet niespecjalnie mi się nie spieszyło. Bo kto gnałby na fizykę? Im krótsza lekcja, tym lepiej.

Na WOSie prezentacja o terroryźmie. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, że tak swobodnie będę się czuła prezentując coś na forum klasy! TEJ klasy, znaczy się. Tej, za którą nie przepadam. No trudno się po prostu mówi, i tyle. Jeszcze cztery miesiące przemęczyć się i będzie git, acz wiem, że jeszcze mi zabraknie tych sympatyczniejszych mordek.

Buuu... Skończyła się moja herbata, a drugiej robić nie będę bo uzależnię się od Pu - Erh jeszcze bardziej. W każdym razie taki nałóg lepszy niż kawa (przynamniej żelaza czy tam magnezu nie wypłukuje).

Wczoraj zagadał W. W gruncie rzeczy rozmowa ta była całkiem sympatyczna. Zaczęło się od tego, że na Gadu - Gadu tłumaczyłam mu zadania z kombinatoryki. Potem nasza pogawędka zeszła na nieco inny temat, a właściwie to tematy bo gadaliśmy dość długo.

I znów położyłam się grubo po dwunastej (W., WOS). No to znam już powód tego mojego nicmisiękurdeniechce. Może gdy zacznę wcześniej chodzić spać, to będę bardziej żywa? Wiem, że nawet jeśli takie coś postawię sobie za punkt honoru, to i tak skończy się na tym, że jednego wieczora położę się koło dwudziestej trzeciej, a drugiego już nieco później... No nic, starania też są ważne.


4 stycznia 2007   ×   komentarze (7)


Łyżwiarstwo weekendowe

Dzisiaj weekend a ja nie ruszyłam zarówno chemii, jak i matematyki. Bo i po co, nie? Chyba poczytam sobie Miłość w czasach zarazy, bo potem jeszcze czeka na mnie Buszujący w zbożu i Pachnidło (które zresztą wczoraj przyszło z Allegro). Najchętniej rozpoczęłabym wszystkie na raz, ale ja tak nie lubię. Dlaczego? Może dlatego, że wolę robić wszystko po kolei. Może wtedy lepiej wychodzi?

Dzisiaj byłam na łyżwach, z Kasią. Założyłam je po roku przerwy, co jest raczej zrozumiałe, bo niestety u nas, we Wrocławiu nie ma takich cudownych lodowisk, które są otwarte przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni (ewentualnie trzysta sześćdziesiąt sześć). Jeździło się całkiem nieźle. Oczywiście pomijając fakt, iż potem cholernie bolały mnie nogi, byłam zmęczona, no ale to chyba normalne. Napisałam SMSa do M., że kiedyś zaciągnę go na łyżwy, to odpisał mi krótko: Twoje niedoczenie. Pamiętam jak przechodziliśmy obok lodowiska w rynku, to on spojrzawszy na nie przeraził się śmiertelnie. Chyba wystraszył się, że próbuję go wyciągnąć na lód... Wyznał mi, że trzy razy był i nie wspomina tego najlepiej. E tam... M. nie wie, co dobre i tyle. Może jak przyjedzie w któryś weekend stycznia uda mi się go namówić, w co jednak wątpię, bo on jest uparty jak osioł. Chociaż gdybym użyła odpowiednich argumentów, to kto wie...


6 stycznia 2007   ×   komentarze (8)


Głupia jestem i matematyczne emocje sięgają zenitu

Muszę zacząć bardzo brzydko tą notkę. Przykro mi to mówić, ale już rzygam na pana Gdowskiego i Plucińskiego, którzy stworzyli pewien boski zbór zadań z matematyki. Jutro mam sprawdzian z tych cholernych zadań. Szlag mnie trafia na samą myśl, że jeszcze tyle przede mną a już jest za dwadzieścia dwunasta. Naprawdę mnie to przeraża. No ale nic, zrobię sobie jakąś kawkę czy coś w ten deseń i zacznie się całonocny maraton matematyczny. Ciekawe kiedy padnę, hm?

Dni, kiedy M. nie odzywa się do mnie z pewnych przyczyn są dniami straconymi. Dzisiejszy poniedziałek jest (czy raczej już był bo to zaledwie niecałe dwadzieścia minut mu zostało) dniem straconym. Jest tak koszmarnie stracony, że to aż się w głowie nie mieści (no, oczywiście nie licząc tych hektolitrów wiedzy z matematyki, którą namiętnie wlewam sobie do głowy). A wszystko przez tą moją głupotę. Moją nieograniczoną, wielką, koszmarną głupotę! Jak można być taką kretynką i ochrzanić faceta, że... zasnął! No po prostu aż żal mi dupę ściska jak sobie pomyślę, że mogłam zachować się tak potwornie. Ba! Ja mu jeszcze wytykałam, że się nie stara. A w rzeczywistości stara się tak bardzo, jak nikt nigdy w moim dotychczasowym życiu dla mnie się nie starał. Bo co? Bo nie potrafi mi napisać czułego SMSa, bo to tylko ja to robię? Ach, puknij się durna babo w ten Twój pusty łeb! Ten chłopak robi dla Ciebie, co może a Ty go ochrzaniasz, że zasnął i Ci nie odpisał? Nie będę się usprawiedliwiać, bo to będzie po prostu fałsz. Na moje egoistyczne zachowanie nie ma argumentów. Oprócz tego, że byłam troszkę zaspana. I co z tego? Cholera... To podczas zmęczenia moje procesy myślowe przechodzą na jakieś dziwne, kretyńskie obroty? Co ja zrobiłam...? Głupia! Głupia! A potem dziw, skąd te łzy na poduszce, skąd te cholerne gule w gardle... Zadzwoniłam do niego. Niby nie jest zły i takie tam gadanie. Na koniec powiedział to swoje: Trzymaj się ciepło. Brzmiało dość szczerze, acz sądzę, że i tak był podirytowany tym wszystkim. Głupia jestem i tyle. Ale co ja mam na to poradzić, że ja tak zachłannie chciałabym, żeby był obok...? No co ja poradzę na to, że czuję do niego to, co czuję...? Kiedy uczucia sięgają zenitu, to one biorą górę, a emocje wychodzą z nas każdym bodźcem.

Dostałam od niego SMSa. Ja się załamię. Nie... Idę popłakać.


8 stycznia 2007   ×   komentarze (4)


Wywodowo

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się stresowałam. Najważniejszy sprawdzian w semestrze z najważniejszego przedmiotu w szkole to coś, co ciągnęło się za mną od ostatniego miesiąca, czyli czasu odkąd znałam datę wyżej wspomnianego wydarzenia. Wsiadłam do tego cholernego autobusu, wyjęłam swój mega - gruby, szary zeszyt i zaczęłam oglądać jak rozwiązywałam zadania. Ja nie wiem... Czy ja wtedy taka mądra byłam? Trzasnęłam tym zeszytem, powiedziałam sobie nie po czym wysiadłam z pojazdu. Mały papieros (mały, jak mały, zwykły po prostu) przed, a potem sypnął zadaniami. Uszło.
Ogólnie to dochodzę do wniosku, że potworna ze mnie panikara. Czasami to jest niemalże komiczne. M. się nie gniewa. Całą noc SMSowaliśmy na temat kajdanek, śmiechy, chichy i w ogóle, takie tam, farmazony erotyczne. On na zbaku, a ja na stresie - jakkolwiek to traktować.

Ja i Ewelina. Przyjaciółka z czasów gimnazjum. Stanęłyśmy pod latarnią, na zakręcie. Nie celowo, oczywiście, najzwyczajniej w świecie - przypadkiem. Nie wiem jak to zrobiłyśmy, ale stałyśmy w tym miejscu dobre czterdzieści minut i nawijałyśmy jak głupie. O wszystkim... O sukienkach studniówkowych, butach studniówkowych, makijażu studniówkowym, niestudniówkowych pannach, niestudniówkowym piciu i ogólnie o studniówce. Potem nadeszła pora na wspomnienia (skoro mówimy o przyszłości, to dla zachowania pewnej homeostazy należy napomknąć o przeszłości). Permutacje, kombinacje i inne procesy żołądkowo - matematyczne po zjedzeniu wyśmienitej zupy z włosami niewiadomego pochodzenia (prawdopodobnie z torsu kucharza), pryszczaty Włoch oraz obcisłe bokserki Damiana. Oto z czego się śmieją dwie puściutkie dziewczynki, które po dobraniu się do czyjejś skóry nie zostawią na niej suchej nitki. Podłe jesteśmy, prawda? Ale to tylko czasami. Każda kobieta to lubi. Każda jest na swój sposób wredną plotkarą. W tym sęk, że nie każda o tym wie i zdaje sobie z tego sprawę.

Właśnie doszłam do wniosku, że moje notatki pozbawione są jakichkolwiek przemyśleń i kontemplacji. Ewentualnie obmawiam siebie samą lub innych, którzy to tak niszczą moje życie i ogólnie wydają się być do kitu. Szczerze mówiąc - oni po prostu je urozmaicają. Czymże byłby człowiek bez nerwów? To nie byłby człowiek. Trzeba czasami się podenerwować, a najlepiej już na innych.

Na przykład taka Ilonka. Ilonka chodzi ze mną na WF. Jeszcze w zeszłym roku ją lubiłam (naprawdę!). Teraz zaś wydaje się być puściutką panienką ubierającą fajne ciuchy z równie fajnych sklepów, do tego posiadającą idealnego faceta, figurę i cudnie proste włosy i kuszące oczy. Ilonka jest w ogóle naj, naj. Naprawdę. Ja się nie śmieję z Ilonki. Ilonka z równoległej klasy wyprowadziła mnie z równowagi. To znaczy sprawiła, że moja opinia o niej zmieniła się diametralnie i naprawdę przekonałam się, że jest taka, jak to ją opisałam powyżej. Jej snobistyczne zachowanie sprawia, że mam ochotę płakać... Ale ze śmiechu czy istnej głupoty? Czasami coś jest tak głupie, że aż śmieszne. Ilonka jest tak głupia, że aż śmieszna.

W ogóle... W telewizji dzisiaj byłam, regionalnej. Moja szkoła jest sławna. Strajk nauczycieli też. Śmiesznie. Dzisiaj o osiemnastej w TVP3 Wrocław.


9 stycznia 2007   ×   komentarze (6)


Krótkie sprawozdanie

M. dzwonił i powiedział, że przyjedzie w następny weekend. Chyba zacznę wykreślać dni w kalendarzu. Już się nie mogę doczekać, kiedy moje oczka znów go ujrzą, kiedy rzucę mu się na szyję i obdarzę utęsknionym pocałunkiem.

Najgorszy wtorek mojego życia minął. Najbardziej niechciany tydzień mojego życia również. Teraz tylko czekam na ferie i zastanawiam się jak pojechać do Trójmiasta, do M. Coś wymyślimy, kiedy tylko się spotkamy.

Wczoraj byłam z Eweliną na małym piwku, które zamieniło się na trzy duże piwka, ponieważ poznaliśmy nowych, bardzo sympatycznych kolegów. Zaprosili nas do kortowego pubu i próbowali spić, ale my się nie dałyśmy. To znaczy ja się nie dałam, z Ewelinką było troszkę gorzej. Cóż... Zdarza się. Tym razem niczego, zupełnie niczego nie przeskrobałam. Nawet nie próbowałam przeskrobywać! Mam czyste sumienie. I tak mi z tym lekko.

Aleksander odezwał się do mnie po długim czasie ciszy. Było jak zawsze. Bez podtekstów, bez różnych pseudoerotycznych propozycji i takich tam. Tylko czekać aż na kawę zaprosi.
Skończyłam Buszującego w zbożu, na języku polskim.


13 stycznia 2007   ×   komentarze (5)


Świąt pędzi, pędzi, bez ustanku

Świat pędzi do przodu, bez ustanku, bez chwili wytchnienia. Nawet nie może zatrzymać się na momencik, żeby przysiąść na kamieniu i wziąć łyka orzeźwiającej wody. Nic... Biegnie, a ja tylko patrzę jak to wszystko wymyka się spod kontroli. Bo czas. Bo on nie może poczekać. Dlaczego?

Każdy dzień spisuję na straty. Dzisiaj stało się to i to. Dzisiaj nie wyszło to i to. Każdy dzień jest stratny i tak naprawdę niewykorzystany do samego końca. Jeszcze nie przeżyłam chwili, którą mogłabym wydusić jak cytrynkę. Nigdy.

Wystawianie ocen już za mną. Mam święty spokój i mogę wziąć trochę oddechu. To mnie pociesza.


17 stycznia 2007   ×   komentarze (5)


Polonezowo

Dzisiaj odtańczyłam poloneza na rynku. No po prostu bosko było. Zimno jak na Syberii, wiatr jak w górach, partner o dwie głowy wyższy ode mnie, do tego spadająca torba z ramienia no i oczywiście pchanie się po certyfikat. No cóż... Ale przynajmniej jest co wspominać, bo tak jakby na to spojrzeć z perspektywy czasu tańczenie poloneza na wrocławskim rynku może zdarzyć się tylko raz w życiu. Klimat był świetny.

Potem wpadła Ewelina. Dzięki jej zabiegom moje włosy znów wyglądają jak nowe a M. padnie gdy mnie ujrzy. No dobrze, może nie padnie, w każdym razie na pewno mu się spodoba, gdyż uwielbia blondynki (i pewnie tylko dlatego zwrócił na mnie uwagę!), a ja należę do tego zaszczytnego grona jasnowłosych kobiet.

A za tydzień studniówka, za osiem dni konkretnie. Mam sukienkę, biżuterię i czerwoną podwiązkę. Jest świetnie.


19 stycznia 2007   ×   komentarze (3)


M.

Nikt jeszcze nie dał mi tyle szczęścia i rozkoszy, co M. przez ostatnie dwa dni, które powinny być o wiele dłuższe. Wciąż czuję jego zapach i dotyk. Widzę jego spojrzenie. A moją gumkę do włosów dostanie ktoś, kto przejmie po nas pokój w naszym hotelu.
Czekam na kolejne spotkanie.

Powiedział mi to i ja mu też to powiedziałam. I to jest szczere.


21 stycznia 2007   ×   komentarze (10)


Z tęsknoty umieram

Ja umieram z tęsknoty i on umiera z tęsknoty. Ostatnio widzieliśmy się w niedzielę, a już bez siebie żyć nie możemy. Jak to możliwe? Nie wiedziałam, że aż tak można tęsknić za drugim człowiekiem. A szczególnie jeśli jest on bardzo bliski... Żeby nie powiedzieć, że najbliższy. I choć wiele osób ma obiekcje co do naszego związku, to jednak mam ich słowa w głębokim poważaniu.

- A bo ja to tak nie mogłabym prowadzić związku na odległość... - powiedziała Kamila patrząc na mnie ze współczuciem.

A co ja mam zrobić? Przecież nie można przestać kogoś kochać i zerwać z nim ze względu na odległość. Za cztery miesiące matura. Jak wszystko zdam, dostanę świadectwo to zaczniemy zastanawiać się co dalej z tym fantem zrobić. Aniołku, ale te cztery miesiące to prawie jak cała wieczność... - napisał. Trudno, trzeba czekać i wytrwale pracować.

Przede mną leży repetytorium z języka angielskiego, około trzysta słówek aż się prosi o wkuwanie ich w zakamarki pamięci... Pociesza mnie myśl, że jeszcze tylko środa, czwartek, piątek i ferie. W niedzielę studniówka i będzie hulaj dusza, piekła nie ma. Przerażają mnie troszkę te przygotowywania do tej całej imprezy. Jeszcze muszę kupić buty, rajstopy, bieliznę... Już nie wspomnę ile chodziłam z rodzicielką po sklepach aby znaleźć odpowiednią sukienkę na tą okazję. Przez bite sześć godzin szukałyśmy kreacji. Mniej więcej po pięciu moja mama zaczynała tracić zarówno siły, jak i cierpliwość. Ja zresztą również. Skonana weszłam do ostatniego sklepu i przymierzyłam małą, czarną. Była idealna (właściwie to jest nadal).

Moja siostra bardzo polubiła M. Gdy ją spytałam czy chciałaby, aby jeszcze kiedyś wpadł do nas do domu stwierdziła, że tak. Wcześniej zaś powiedziała, że jest fajny. Jeszcze mi moja dwunastoletnia siostra mężczyznę odbije i co wtedy?


23 stycznia 2007   ×   komentarze (4)


Radość, smutek...

Aniołku, właśnie zobaczyłem wodę w szybie autobusu i tak mi się smutno zrobiło, bo Ciebie tu nie ma - napisałeś, a mi się serduszko pokrajało nagle na kawałki, a każda jego częśc zaczęła bić mocniej niż zwykle. Tak banalne, a tak cudowne - wspomnienia. Śmieszny komentarz, że woda między szybami a autobusie fajnie wygląda tak potrafi potem oddziaływać na drugiego człowieka, tak potrafi wzbudzać wspomnienia...

Ostatnio doszłam do wniosku, że życie nie polega na tym, aby je przeżyć, ale aby żyć, a radość czeka na nas w każdym zaułku, szczęście jest wszędzie, tylko musimy nauczyć się je dostrzegać. Kiedy już posiądziemy tę umiejętność będziemy wytrwalsi w drodze życia, o której końcu nie wolno nam myśleć. O dalszej częsci - owszem. Ale nie o końcu.

I żeby stać się szczęśliwym trzeba widzieć to wszystko, co nas otacza. Bo smutek i radość to są dwa równoważne zjawiska, które zachodzą z prawdopodobieństwem jedna druga, oba się wykluczają. Dlaczego więc wszyscy wciąż się smucą? Przecież równie dobrze można być szczęśliwym, z takim samym prawdopodobieństwem... Dwa zdarzenia elemenetarne uznajemy za jednakowo prawdopodobne...


25 stycznia 2007   ×   komentarze (6)


Studniówka 2007

- Studniówkę ma się raz w życiu! - powiedziała Kamila i wpadła w śliską kałużę.

Wczoraj miałam studniówkę. Muszę powiedzieć, że było naprawdę bardzo fajnie. Nie sądziłam, że będzie tak miło. Co prawda nie szłam z M. ale z Rafałem... Ale przynajmniej zobaczyliśmy się po roku niewidzenia. Odtańczyłam poloneza, nic nie piłam (no, tylko troszkę). Odziana w czerwone majtki i podwiązkę o tym samym kolorze tańczyłam na parkiecie w pewnym momencie już na boso.
Jest co wspominać, oj jest.


29 stycznia 2007   ×   komentarze (9)